Wyprawa na "dziki zachód"
11.12.2016r.

To miał być dłuższy wypad, głównie do Dziwnowa na Mistrzostwa Polski. Poza tym - trochę turystyki, w wolnej chwili, rzecz jasna.
Trzy lata wcześniej, podczas pierwszego dalszego pływania, dotarliśmy do Darłowa, zwiedzając wszystkie porty po drodze. Tym razem cel był konkretny i dopłynąć na czas było trzeba.
Czas, czas, czas. Trochę go zabrakło na przygotowania z powodu obowiązków zawodowych. W sobotę, 30 lipca 2016, ostatnie zakupy jedzenia, pakowanie jachtu i tak dalej i tak dalej. W sile dwóch osób, czyli ja i Asia, szykujemy się do wyjścia. Ale udaje się to dopiero o godzinie 14:50. W sumie co za różnica, i tak mamy w planie płynięcie non-stop do Dziwnowa. Wypływamy z AKM-u, wypływamy z Górek, stawiamy żagle.  Pogoda nawet ładna, trochę wieje, na początku bajdewind, potem wiatr powoli odkręca trzeba halsować. Mijamy Port Północny a straszy nas platforma wiertnicza na holu, która powoli bo powoli, ale płynie na nas. Rozmowy ze znajomymi jachtami przez ukf-kę. Ale pogoda się pogarsza.
No właśnie, w planach był spokojny przelot, miły jak zawsze a dodatkowo wygodny z powodu zamontowania autopilota. Taki był plan...
Na razie trzeba halsować, wiatr rośnie, fala takoż, wieje już dokładnie w dziób. Czas się ubrać, bo chmury dookoła zaczynają straszyć. Kilka mil przed Helem dopada nas: przywiało, lunęło i to zdrowo, świat niknie w deszczu, nie widać za wiele, jedyną orientację daje nam ledwo widoczna platforma. Oczywiście GPS też wie, gdzie jesteśmy, ale na razie płyniemy na wiatr, na kompas, zerkając na platformę.
Wcześniej trzeba się było zarefować, genuę zmienić na foka, bo kto wie co będzie a chmury wyglądają groźnie. No i naprawdę wieje. Cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak trwać, pracowicie przebijając się pod fale. W końcu, w końcu pada mniej, znów mniej, wiatr słabnie. Robi się miło, no prawie. Deszcze nie pada, można postawić genuę, słońce nawet jakieś się pojawia. Ale za to wiatr siada zupełnie. Spotykamy pod Helem Quicka, chwilkę rozmawiamy, ale nasze drogi się rozchodzą. Oni płyną do Helu, a my chcemy dalej. I tu jest problem, bo wiatru nie ma w ogóle. Nie bardzo mamy wyjście, włączamy silnik, włączamy autopilota, i na martwej fali jachtu rusza w kierunku Władysławowa. Buja, ale lepiej bujać się i płynąć niż bujać się i stać. Prędkość ustawiona na 5 węzłów, choć oczywiście można szybciej. Tylko po co? Płyniemy tak aż do Władysławowa. Wiatru nie ma, nie chce nam się płynąć dalej na silniku, więc decyzja jest prosta. O godzinie 23:05 cumujemy we Władysławowie, z braku miejsca do burty gryfowej Andromedy. Znajomi, więc nas nie wygonią. Tym razem silnik chyba pobił swój rekord długości pracy, 5,5 godziny, brrrr.
Wychodzimy dość wcześnie, bez śniadania, zjemy po drodze. Pogoda nawet ładna, coś wieje, ale trzeba halsować. Za Rozewiem, ładnym jak zawsze w słońcu i dobrej pogodzie, wiatr odkręca i ruszamy wzdłuż brzegu. Cieszymy się autopilotem, to jednak duuuże ułatwienie dla dwuosobowej załogi - połowa może spokojnie spać, gdy druga połowa zajmuje się i żeglowaniem, i nawigacją, i kuchnią. Z kuchnią nie przesadzajmy, chętnych do dużego gotowania nie ma, ale przynajmniej herbatę spokojnie można zrobić.
Ale morze nie jest puste i trzeba sobie narzucić dyscyplinę obserwacji. Autopilot jest fajny, ale trzeba się pilnować...
Po południu wiatr znów siada, silnik włączamy na dwie godziny. Warto zerknąć do baku, bo nie wiadomo ile tej ropy zostało. Bak ma 20 litrów, a silnika pali... no właśnie, tak naprawdę nie do końca wiadomo ile pali. Wg dokumentacji 1 litr na godzinę, ale może ciut więcej. I o to ciut "się rozchodzi". Trochę zaczyna znów wiać, można silnik wyłączyć. Zbliżamy się do Łeby. Wiemy z rozmów telefonicznych, że jest tam znajomy Polled, także płynący do Dziwnowa. Spotykamy się pod wieczór, oni dopiero co wyszli z portu. A my znów płyniemy, nie za szybko. Wiatr powoli odkręca. Polled stawia genakera. Nam się niezbyt chciało, ale skoro oni stawiają, to my także. Trudno, taki los, nie można się obijać gdy inni mają motywację. Ruszamy ostrym baksztagiem. Płyniemy całkiem szybko, wiatr korzystny, zaczyna się robić ciemno. Potem jeszcze ciemniej, ciemniej niż zwykle. Już wiemy, że coś się będzie działo. Widać na trawersie światła Darłowa, widać jeszcze światła Polleda, znacznie bliżej brzegu. Gdy zaczyna kropić, w świetle latarki zrzucamy spinakera. Robi się naprawdę ciemno, na horyzoncie od strony morza widać błyski burzy. Niby jeszcze daleko, ale... Robi się naprawdę ciemno (o ile to w ogóle możliwe), pada lekki deszcz. Sytuacja robi się nieciekawa, przywiązujemy solidnie genuę na dziobie, szykujemy się na burzę. I w końcu, oczywiście około północy, uderza i wiatr i ulewa. Ponieważ wieje z baksztagu, a przed dziobem mamy miejsce, zrzucamy od razu całego grota.  Klarujemy go odrobinę, odłączamy autopilota, zapinamy dokładnie kaptury sztormiaków i trwamy. Kokpit jest lekko oświetlany przez kompas, z tyłu widać poświatę od lampy rufowej. Leje jak jasna cholera, jacht na samym takielunku płynie równe 4 węzły w dobrą stronę. Jest tak ciemno, że w zasadzie ledwo widać poświatę od lampy dziobowej. O obserwacji w tych warunkach w ogóle nie ma co mówić. Gdyby cokolwiek było na kursie, nie mamy szansy tego zobaczyć. Nie widać także kompletnie nic za relingiem, nie widać nawet wody po której płyniemy. Nie zobaczylibyśmy nawet grupy pancerników typu Iowa, gdybyśmy minęli takiego o metr. Nie widać także świateł na brzegu ani latarni. Jedyne co czasami widać, to błyski piorunów. Są ani bliżej ani dalej, na szczęście nie nad nami.
Czasami włączamy latarkę, wodoodporną oczywiście, żeby sprawdzić czy wiatr się nie zmienia. Ale nie, wieje z ostrego baksztagu, my cały czas płyniemy na zachód, powoli odchodząc od brzegu. Równie powoli mija czas. Rzut oka na log - zwalniamy, rzut okna na icki - dalej ostry baksztag, rzut oka na kompas - cały czas na zachód. Minęła dobra godzina, deszcz słabnie, wiatr słabnie, prędkość spada. Ale dalej czekamy, bo ciemność ciągle całkowita, jak nigdy. Dopiero gdy prędkość spada do dwóch węzłów, i steruje się wyraźnie gorzej, stawiamy grota na dwóch refach. Czemu tak? Bo dalej widać błyski. Choć wygląda na to, że burza zostaje z tyłu. Dopiero około godziny drugiej deszcz prawie przestaje padać, i jak się dobrze wpatrzyć w horyzont, zaczyna być widać granicę między niebem a wodą. Ponieważ wszystko ma swój koniec, deszcz także. Pogoda się poprawia, zaczyna świtać, pancerniki typy Iowa byłoby widać. Można zejść pod pokład, zaznaczyć pozycję na mapie, postawić genuę. Robi się jasno, wiatr odkręca na coraz ostrzejszy. I rośnie. Bo czemu by nie? Miał być spokojny i lekki przelot. Ale to nie dla nas. Tak to mają inni, gdzieś w Chorwacji, my nie. Widać Kołobrzeg, coraz bliżej do celu. Ale wiatr odkręca na przeciwny i robi się wrednie zmienny. Przychodzi piździel, zmieniamy genuę na małego foka, refujemy się. Po jakimś czasie wiatr cichnie, i to niemalże do zera. Zmieniamy foka na genuę, zdejmujemy refy. Po pewnym czasie znów piździel, znów zmiana na foka, znów refy. Znów po jakimś czasie wiatr siada niemal do zera. Zmieniamy... Pomysłem racjonalizatorskim jest zostawianie na relingu aktualnie niepracującego żagla. I zmiana, i zmiana. I tak do wieczora. Jedyne co się inaczej zmienia w tych zmianach, to fala - ta cały czas rośnie.

Po drodze dochodzi niezupełna nowość: deszczowo-burzowe chmury, które w miarę możliwości próbujemy omijać - w końcu halsujemy, więc jest niewielkie pole manewru. Omijanie deszczu nie zawsze nam wychodzi, im bliżej Dziwnowa tym trudniej i jednak czasami znów nam pada. Ponoć jest lato. Ponoć. Ponoć jest ciepło. Ponoć. Ponoć gdzieś tam nie buja - ale to nie u nas, fale są strome i wysokie, widać że gdzieś dalej, na północnym zachodzie, musi wiać. Nastawiamy się na pławę DZI. Daleko do brzegu i trochę nakładamy drogę, ale tak na wszelki wypadek... I tak niektóre halsy są blisko brzegu, echosonda, która jeszcze działa (pod koniec sezonu lepiej było jej nie włączać, żeby się nie denerwować), pokazuje czasami całkiem niewiele metrów pod nami. Widać słynne bloki, widać to co powinno być widać. Ale wiatr słabnie coraz bardziej, mimo pełnych żagli (kolejna zmiana) płyniemy coraz wolniej.

Za to na horyzoncie znów widać chmury, zbliża się wieczór. Włączamy silnik, widać już pławę, widać wejście do portu (daleko), skręcamy w lewo. Za rufą widać coraz gorsze chmury.

Wchodzimy do portu z falą, znajdujemy miejsce postoju, cumujemy, zgłaszamy się, klarujemy jacht. I wtedy przychodzi burza i ulewa. Na szczęście stoimy już w porcie, jest godzina około 22, można skorzystać z prysznica, zrobić kolację.
Dwie doby i około 6 godzin, 209 mil za nami (to dane z dziennika jachtowego).
Teraz mamy kilka dni wolnego, zanim zaczną się mistrzostwa. Szkoda tylko, że pogoda nie sprzyja ani zwiedzaniu, ani treningom, ani pracy na jachcie. A praca jest bo dojeżdża kurierem nowy grot.
Tylko że niemalże cały czas pada, mniej lub bardziej. Wieje, leje, szkwali, duża fala.

Nasz udział w mistrzostwach to zupełnie inna historia.