Pierwsza wyprawa turystyczna po uruchomieniu jachtu,
czyli krajówka w 2013 roku
26.01.2018

Opis jak kupiłem jacht jest na stronie w swoim własnym dziale. Minęło lato 2012 roku, minęła zima z pewnymi pracami, zaczął się sezon 2013 roku. Stare dzieje już. Pierwsze wodowanie jachtu, pierwsze przygotowania, pierwszy rejs do Górek na miejsce letniego postoju. Poznawanie silnika, o którym wiedziałem tylko, że jest i że nawet działa. Pomiary na wodzie do świadectwa ORC. Pierwsze pływanie turystyczne, pierwsze stawianie spinakera, pierwsze przebrasowanie. Pierwsze regaty, na których dostaliśmy łomot zajmując ósme miejsce na osiem jachtów w ORC. Ale ostatni wyścig już nie był zły, wywalczyliśmy drugie miejsce. Potem rocznicowe regaty Gryfu, czyli  pierwsze wyjście na pełne morze (do platformy Baltic Beta). Pierwsze regaty samotników i w ogóle wszystko pierwsze ;)
Skoro jacht jest, do tego własny i całkiem wygodny, to warto go wykorzystać bardziej. Czyli rejs turystyczny, w planach krajówka, może Bornholm.
Z powodów służbowych Asi ruszam do Władysławowa tylko z Elą. Jest wtorek, czyli dość nietypowo. Wychodzimy z Górek w samo południe. Do Helu płynie się całkiem miło. Ale przed Helem łapie nas to, co niejako stanie się potem tradycją. Burza, ulewa, silny wiatr, halsówka.

Zmieniamy małą genuę na małego foka (na jachcie wtedy nie było więcej sztaksli, poza fokiem sztormowym), refujemy się. W którymś momencie grot rozdziera się na szwie. Burza przechodzi, ale wiatr dalej jest zmienny, więc żagle zmieniamy nie ostatni raz. W końcu pogoda się poprawia, płyniemy dalej.

Do Władysławowa dopływamy po godzinie 20, czas na obiadokolację w knajpie. Rano Ela schodzi z jachtu, a ja mam wolny dzień i mogę dochodzić do siebie. Dochodzić dosłownie, bo bardzo bolą mnie plecy i nawet spanie jest trudne. Następnego dnia przyjeżdża Asia, czyli w końcu załoga w komplecie. Nie obijamy się, trzeba zszyć grota i zlikwidować przeciek wody ze zbiornika. Robimy też lekką korektę ustawienia masztu (to wnioski z burzy i halsowania na samym sztakslu).

Jest piątek, ruszamy dalej. Pogoda bardzo ładna, spokojna woda, sielanka. Do tego stopnia, że włączamy na 45 minut silnik gdy wiatr cichnie. Piękna pogoda, piękne widoki, ludzie na plaży.




W wejściu spory ruch, ale woda spokojna. Po godzinie 17 cumujemy w Łebie. Plaża, kąpiel i po raz pierwszy od kilku dni plecy przestają mnie boleć gdy leżę na piasku, a to powoduje, że odpływam w sen. Na krótko, ale jednak.
Co można zwiedzać w Łebie? Po drodze do wydm trafiamy nad jezioro. I na wieżę widokową.






Pogoda piękna, choć wiatr dość silny. Do wydm jedziemy w melexowych wagonikach, a co sobie będziemy żałować. Same wydmy, które w sumie wszyscy znają, są warte zobaczenia. Zwłaszcza po latach nieobecności.




Wracamy pieszo długą drogą przez las, i ten spacer, oraz przejście po Łebie, nas wykańczają.




Knajpa, obiad, krzesła, to prawdziwa ulga. Łeba ma ten duży plus, że w marinie jest cicho i spokojnie.
Wychodzimy z Łeby w niedzielę, dość wcześnie rano. Śniadanie na wodzie... A potem spokojne sterowanie.


Żegluga robi się miła, jest wiatr, prędkość ponad 5 węzłów. Płyniemy blisko brzegu, bo czemu nie. Sporo ludzi na plażach, zwłaszcza koło Rowów.
W Ustce cumujemy wcześnie, bo o godzinie 15. Jak zwykle chcemy coś zjeść, potem odwiedzamy znajomy, ustecki jacht. W Ustce wtedy nie było mariny dla gości, nie było mowy o prysznicu, nawet o WC ciężko. Dla równowagi nie było też opłat. Słusznie, bo za co płacić. Wieczór przywitał nas deszczem, padało i w nocy
. Wychodzimy z Ustki po 7 rano, bo i czasu szkoda i czekać nie ma na co. Poza tym, trzeba ominąć poligon. Już za rogiem poligonu wiatr cichnie zupełnie. Korzystamy z okazji i kąpiemy się na pełnym morzu. Potem włączamy silnik, potem go wyłączamy. O 16:30 dopiero mijamy drugi róg poligonu. Wiatru trochę więcej, stawiamy nawet spinakera. Warunki do relaksowej żeglugi bardzo dobre, ale wolno się płynie. W Darłówku czekamy 50 minut na otwarcie mostu. Niby wiatr słaby i woda spokojna, ale przy nabrzeżu lepiej się pilnować. Dopiero po godzinie 20 cumujemy w nowej marinie w Darłówku. Płynęło się długo, a przez poligon musieliśmy nadłożyć sporo mil.
Dwa dni przeznaczone na zwiedzanie Darłowa (kilka zdjęć z budowanej w mieście przystani) i oczywiście samo miasteczko, z zamkiem. Następnego dnia zwiedzamy Darłówko. Zawsze obowiązkowa jest latarnia i próbowanie zupy rybnej (takie drobne upodobanie).
Marina w Darłówku, choć ciasna, jest bardzo miła. Gdy tam byliśmy budowana była docelowa marina dla żeglarzy (zdjęcie drugiego brzegu rzeki), teraz już uruchomiona.
W Darłówku są już jachty, które przypłynęły na Mistrzostwa Polski. My ze startu rezygnujemy, jacht i załoga zupełnie nie były na MP przygotowane. Jeszcze nie teraz.






Rezygnujemy także z wypadu na Bornholm, czas nam się skończył.
Wypływamy do domu dzień przed MP, wcześnie rano. Mamy zamiar dotrzeć do Górek bez postojów
. Oczywiście mamy pecha i poligon jest zamknięty. Dwa jego rogi wbite są w GPS i płyniemy jak na regatach, po waypointach. Korzystny początkowo i niezbyt silny wiatr w nocy się zmienia, odkręca na NE. Na szczęście jesteśmy już za Rozewiem, więc mamy pełny bajdewind. Ale wiatr jest silny i rośnie, fala także. Na wysokości Kuźnicy widzimy bardzo dziwną, czarną chmurę, z wysuniętym stożkiem.
Później gwałtowna, niespodziewana(?) zmiana kierunku wiatru o kilkadziesiąt stopni, Asię bom lekko muska po głowie. Na szczęście bez strat. W dzienniku zapisano, żartem oczywiście, że może to była mała trąbka wodna. Pod Helem ciuciubabka z promem, a potem kurs na Górki. Fala jest naprawdę duża, wiatr oceniamy na 7B, kurs idealnie fordewindowy. Dwa refy na grocie i żałuję, że nie ma trzeciego refu. Każdy zwrot  przez rufę, a było ich kilka, jest celebrowany - nie chcemy uszkodzić starego, słabego żagla.




Wchodzimy do rek z naprawdę dużą falą, bardzo pełnym baksztagiem. Spotykamy w wejściu nieduży, drewniany jacht, który wychodzi w morze. Cumujemy o godzinie 9:05.
Log od Darłówka pokazuje 141 mil, które przepłynęliśmy w 26 godzin i 20 minut, co daje średnią 5,35 węzła. Łącznie przepłynęliśmy, spokojnie i leniwie, 290 mil, zwiedzając miejsca, w których rzadko się bywa. Cały wypad trwał 11 dni.
Jak widać pływamy też turystycznie, poza regatami.