Regaty Gdynia - Władysławowo - Gdynia 2017
5.09.2017r.

Obiektywnie subiektywna relacja I - szej oficer s/y Czarodziejka

W końcu załoga w komplecie, nie do wiary, udało się. Sezon ciężki bo część przepływana w ciężkich warunkach, we dwoje. Ale z załogą tak bywa, zwłaszcza tą pracującą.
Umówiliśmy się na godzinę 11.00 w AKM.  Przed bramą wjazdową do klubu słychać odgłosy mocno wzburzonego morza, to uruchamia wyobraźnię – co nas czeka skoro takie prognozy. Tym razem załogant był pierwszy i pewnie się zdziwił jak zobaczył zamkniętą Czarodziejkę. Spóźnienie jednak tylko kilkuminutowe. Mistrala nie widać, pewnie już w Gdyni. Busy Lizzy dalej nie ma, pływają gdzieś daleko, a szkoda bo konkurencja solidna. Duży Ptak na miejscu, no cóż decyzja podjęta, Ptak nie startuje. Moje domowe kalkulacje wskazują, że w takim przypadku, gdy ptaki nie startują w GWG, a Czarodziejka w regatach o Puchar Komandora JKM „Neptun”, nasze szanse na I miejsce w PZG są marne. Mówi się trudno, może przyszły sezon będzie lepszy.  A tak lubimy pierwsze miejsca i ostatnio bardzo za nimi tęsknimy. Nieładnie szanowna nasza konkurencjo, nieładnie ;-)
Szykujemy się, rozkładamy liny, wpinamy dużego foka, spinakerbom na bojowo, a co, nóż-widelec będą w czasie regat warunki... Niebo wygląda niezachęcająco, przeżyjemy. Zresztą jeszcze nigdy w całej mojej karierze załogantki nie zdarzyło się abyśmy nie wystartowali, skoro już jesteśmy na łódce. Oczywiście padały „propozycje”, że może jednak nie, ale na zasadzie żartu. Duch bojowy w nas przecież był zawsze, jest i będzie. No to do dzieła!
Przy kei jeszcze wodna cisza przed wodną burzą jak się okazało. Stawiamy grota. Zbliżamy się do główek. Od razu skojarzenie na widok tego co tam się działo. Drobna retrospekcja w głowie i obraz gdy wchodzimy w główki z drogi powrotnej non-stop z Darłowa (urlop 2015), przy fali takiej jak teraz a w morze wychodzi, odważny, drewniany jacht. Wrażenie niesamowite jak przedzierał się pod falę. A teraz to my na jego miejscu… Mijamy ostatnią zieloną pławę i stawiamy foka. Opór na fale. Co się stało, dlaczego nie idzie do góry? Brak pomysłów przez chwilę, przecież wszystko wygląda ok. Jeszcze raz spojrzenie na żagiel, coś się przyblokowało na sztagu. Decyzja – idę na dziób. I idę na kolanach, trzymając się mocno relingu. Żeby nie było – kamizelka asekuracyjna obowiązkowo na grzbiecie, innej opcji nie może być. Próba ściągnięcia żagla w dół, znowu opór, o co chodzi do cholery? Okazuje się, że część żagla tak dziwnie się zawinęła, że raksy tkwiły jedna przy drugiej jak przyklejone. W tym czasie, jak odbijana piłka, mimowolnie podskakuję do góry i opadam, i nic w dodatku się nie dzieje z tym już przeklętym żaglem. Krzyczę, że nic się nie da i że chyba musimy wracać na spokojniejszą wodę. Na pomoc idzie Grzegorz, chce wstać i zza mnie sięgnąć do żagla. Widząc to krzyczę nie! Trzymaj żagiel żeby nie szalał na tym wietrze! Już widziałam jak wstając po chwili wylatuje za burtę, a w takich warunkach, aż strach pomyśleć, tym bardziej, że nigdy nie ćwiczyliśmy podejmowania człowieka z wody. Trzeba będzie! Jeszcze raz ciągnę żagiel w dół, udaje się. Szlag by to… moje kolana…, to rzucanie po pokładzie nie wyszło im na dobre. Nie przypuszczałam, że na przelot Górki- Gdynia należy założyć ochraniacze.
Płyniemy, chlapie, rzuca od czasu do czasu na większej fali (a były na oko dwumetrowe), ale fala jeszcze w miarę regularna. Przed portem zwrot. Słoni na grocie i silniku nas wyprzedza, idą bliżej pirsu, a kartoflisko niezłe. Fala straciła jakiś porządek, teraz rządzi tu przypadek i chaos. Płyniemy dalej, kolejne chlusty, załogant już cały przemoczony. Współczucie w naszych oczach. Dobry sztormiak to jednak podstawa. Przed Sopotem fala maleje, wiatr się uspokaja. Szybka rada dla Grzegorza, aby z domu żona przywiozła mu dodatkowe ciuchy na zmianę. Niedoświadczenie dało się zauważyć, ale tak bywa. Dobrze, że nas słucha. Dopływamy do Gdyni, cumujemy do statku IM-u, krótka pogawędka z pracownikiem. Wędrujemy do Gryfu, przed odprawą jeszcze ciepły posiłek w pobliskim barze. A tu spotkanie i pytanie Łukasza z Goodspeeda: Co to za zło, to w Górkach?
Dobrze to nazwał :-) dało popalić i dało pojęcie co będzie nas czekać jeśli prognoza się sprawdzi. Ale też myśl, że może to zło, które miało nas czekać, to właśnie to zło, które nas już spotkało? Czyli co? Coś się przesunęło? Być może… to się okaże...
Przed odprawą jeszcze rezygnacje, mała i duża Johnka. Rozumiemy, jaki jest powód. Próbujemy pożyczyć z klubu jakiś, nawet stary, sztormiak dla załoganta, do tego informacja, że jeśli się nie uda to Grzegorz nie płynie. Jeśli nie płynie to my też nie. Na nas dwoje będzie za ciężko. Spodnie znalezione. Dzięki uprzejmości kolegi z Tauriego Czarodziejka popłynie. Dochodzą do nas przecieki, że jeszcze kilka innych jachtów się wycofało. No tak, nie widać kilku twarzy, które miały być. Na odprawie, jak na odprawie, ale też nowy element. Na ekranie telewizora wyświetlana prognoza pogody, mapa akwenu, do tego wskazówki i bezwzględne zalecenia sędziego. Ruszamy. W myślach: „będzie się działo…, ale przecież Czarodziejka już coś takiego przetrwała, więc po co się zastanawiać na zapas...”.
Po wypłynięciu na akwen, wizja sprawdzającej się prognozy pogody nie pozwala na postawienie genuy (duża, innej nie mamy, znowu będziemy w plecy). Trudno. Może to „trudno” nie było przejawem waleczności, ale w tym momencie było już za późno na zmiany. Start. Nie tak zły, ale na pewno nie w tym miejscu, w którym chcieliśmy. Robimy co możemy aby było dobrze. I jest. Wchodzimy na rozprowadzającą w towarzystwie większych jachtów. Za nami doskonale nam znany Pallas (sentyment nadal jest). Spostrzeżenie, po dość długim czasie ;-) Przecież mieliśmy zabrać załoganta Rastabana, hmmm. Co z Rastabanem? W oddali widać żółty kadłub halsującej łódki. To pewnie oni, spóźnią się. Czy zdążą wystartować? W myślach pytanie: czy jeśli minie 15 minut dane na wystartowanie to czy go przyjmą? Obawa, jak się potem okazało, sprawdziła się. Po boi ciche przekonanie, że jednak trzeba było postawić genuę. Płyniemy, ale można by płynąć jeszcze szybciej. Przecież nie wieje mocno. Za nami Pallas stawia białego spinakera. Płynie, daje radę. Pytanie: może też postawimy czarnego? Wahamy się, ale stawiamy. Kilka razy nas wywozi, ale płyniemy. Płyniemy ale spadamy, tracimy wysokość. Pallas dogania. Przez jakiś czas płynie lekko za nami obok, wyżej. W końcu spada i płynie przez jakiś czas tuż za nami, dokładnie w naszej linii, jakieś 10 m za rufą. Ładny widok, ładnie skrojony i pracujący ten biały spinaker, mimo swej świeżości to już po ciężkich przeżyciach...
Decyzja - zrzucamy. Fok do góry. Zrzucamy, bo spadamy za mocno, trochę tracimy do tych, którzy płynęli na genuach i fokach. Na nieszczęście przy ściąganiu spinakera do kabiny wypina się bras. Moja wina. Powinnam pilnować aby nie zahaczyć karabinkiem o zejściówkę. Biegnę na dziób, wypinam bras  ze spinakerbomu i ściągam czarnego. Po chwili mam pomoc.
Udało się, dość sprawnie. Jednak strata pewna jest. 
Przy cyplu wyprzedza nas Pallas. Cichnie. Bujamy się dwa węzły – słyszę siedząc w kabinie. Kapitan oddelegował, więc trzeba było :-)
Ściemnia się, Pallas coraz dalej. Widać jego białe, mocne, ledowe światło. Rozpędzamy się, w końcu coś zaczyna się dziać. Fala rośnie, jest już spora, ale łagodna. Chyba podganiamy Pallasa, który jakby bliżej. Widać coraz lepiej rufę. Nie chcąc iść za bardzo w morze robimy zwrot. Pallas jeszcze płynie dalej. Po dłuższym czasie robi zwrot i widzimy jego czerwone światło, czasami przechodzące w białe. Wiatr się wzmaga. Próbujemy na balaście znaleźć dogodne ułożenie. Takie siedzenie bez ruchu sprawia, że robi się chłodno. Na szczęście woda jest ciepła i nawet się cieszę gdy nas oblewa. Oblewa nas coraz częściej. Siedzę na pierwszej linii, w końcu mam lepszy sztormiak. Dobrze, że mamy pianki pod tyłki, bo bez tego było by nieprzyjemnie, zimno, i ciepła woda na nic by się zdawała. Marek! Chyba w końcu musimy Ci je oddać? Zadomowiły się na dobre na Czarodziejce. :-) Monotonność sprawia, że ucinam sobie kilkunastominutową drzemkę, świadomą drzemkę. Trzymam się rękoma za odbojnicę, przechylona przez reling. Względna cisza i spokój. Rozwiewa się, deszcz zaczyna padać, ale to już nie ma znaczenia skoro fala wlewa się co jakiś czas przez kołnierz. W okolicy Kuźnicy, robi się coraz ciekawiej. Rzucam nieśmiało: może ref? Tomek wzrusza tylko ramionami, chyba jeszcze nie. Poczekajmy. Dajemy radę. Przechył nie taki mocny w tym najsilniejszym wietrze. Od razu pojawia się kolejne wspomnienie, sprzed  5 lat gdy takie warunki zastały nas na Pallasie. Zbliżamy się do Wła. Mijają nas jachty już po minięciu pławy, mijają niebezpiecznie blisko, sądząc z reakcji Tomka. Ja zgięta w pół i balastująca, ochlapywana uderzającymi w burtę falami nie widzę tego. Nie patrzę się na wprost póki co bo woda chlusta prosto w twarz i dostaje się za kołnierz. Trwam ze schyloną i odwróconą głową. To samo robi Grzegorz. Pława Wła o dziwo dobrze dla nas widoczna. Nie mamy większego problemu z jej znalezieniem, ładnie błyska na tle latarni w Rozewiu. Zbliżamy się, mijamy ją, luzujemy żagle i od razu przyjemniej. Zupełnie inna jazda. W głowie przemyka myśl: dlaczego nie pada propozycja a nawet komenda stawiamy spinakera? Rzucam pytanie: czy warto postawić spinakera? Tomek odpowiada, że nie, nie będziemy stawiać. Mamy dobrą prędkość i lepiej nie ryzykować, w końcu mamy świeżaka na pokładzie i w razie W byłoby ciężko. I to była dobra decyzja jak się potem okazało. Płynęliśmy blisko brzegu w ślad jedynego jachtu, którego widzieliśmy przy brzegu. Zobaczymy na trakingu kto to był. Trochę zirytował nas widok bardzo wyraźnej lampy topowej, zielonego światła jachtu, którego nie mogliśmy zidentyfikować a który płynął po naszej lewej burcie. Myśleliśmy, że to Pallas nas dogonił, ale ta perspektywa wydawała się wątpliwa, bo przecież jeszcze przed WŁA został gdzieś daleko za nami. Z relacji Zbyszka wyszło, że to był Jaricho. Grzegorz niedługo po minięciu WŁA położył się, cały przemoknięty. Rozumiemy i nie zazdrościmy. Doskonale wiem jak to jest bo kilka lat przepływałam w lichych ciuchach zastępczych, zanim udało się dorobić porządnego sztormiaka. I tak, ze śpiącym załogantem pod pokładem dopłynęliśmy do mety, po drodze mijając statki na redzie włącznie z Darem Młodzieży. O warunkach, jakie panowały w tym czasie pisze już Tomek, więc tylko wspomnę, że od WŁA były zmiany za sterem. Tomek zdołał trochę odpocząć. Przed metą zameldowaliśmy, że się zbliżamy. Pamiętając ubiegłoroczne nagłe zmaterializowanie się Pallasa zaraz po naszym wejściu na metę, zapytałam się przyjmującego nas Tomka S. czy Pallas był przed nami (taką możliwość dopuściliśmy). Nie wszystkich meldujących dopłynięcie słyszeliśmy przez UKF-kę. Tomek (sędzia) powiedział, że Pallas jest na środku zatoki i ma jeszcze kawałek do przepłynięcia. Nasze zdziwienie było spore, bo to przy tym wietrze jaki wówczas panował to około 1 godzina straty do nas. Rzuciłam, że pewnie postawił po WŁA spinakera i mieli jakieś przeboje. Jak było już wiecie, bo p. Jasiu został prawie bohaterem tegorocznych regat GWG :-) Podjął ryzyko, wyszło jak wyszło. Po nas, widzieliśmy, wpłynął Jaricho prawie łeb w łeb z Saint Amour. Potem na radio słyszeliśmy meldującego się Oriona, Andromedę – i tu nasze zdziwienie, bo andromedowcy mieli plany zawinięcia do Helu i nie ukończenia wyścigu – to przecieki jeszcze sprzed odprawy. Widocznie ktoś podziałał na ambicję Zbyszka. :-)
Podsumowując: ze względu na zestaw jaki dobraliśmy troszkę było szkoda, że prognoza się nie sprawdziła. Czarodziejka zdała kolejny egzamin, nowy załogant też. Gdyby nie zmoczenie, może by dotrwał bez snu. Czarodziejka nie śpi :-) bo za dużo się traci :-) przecież są wrażenia i przeżycia, widoki, spostrzeżenia, które nam szkoda przegapić!!! Pewnie jest ktoś, kto jest w stanie nas zrozumieć. Liczę na to! Akurat ten dystans daje takie możliwości.
Ewentualnie krótka drzemka…
Jeśli po przeczytaniu tej relacji ktoś stwierdzi, że złagodziłam warunki, które panowały zwłaszcza za Helem, to być może tak jest. Wynika to jednak z tego, że pływanie bez wiatromierza powoduje pewne przyzwyczajenie i wyciszenie emocji. Może to źle, ale na pewno nasza czujność jeszcze nie została przez to stłumiona!

W niedzielę jak zwykle pyszne jedzenie w postaci pierogów i przysmaków z grilla. Sympatyczne rozmowy. Szkoda że zapomnieliśmy upominków z Łotwy dla naszych pomagaczy w czasie urlopowego rejsowania - jednego spóźnialskiego i drugiego nieobecnego bo zapracowanego. Jeszcze nic straconego ;-)
Podtrzymuję zdanie, że regaty GWG są moimi ulubionymi regatami.

Na koniec zdjęcia, które zrobił Cezary Spigarski i które są skopiowane ze strony Oficyny Morskiej:
http://oficynamorska.pl/2017/58-regaty-gdynia-wladyslawowo-gdynia/