Regaty 90lecia JKM Gryf 2018
27.06.2018

Oficjalny, dość krótki opis regat jest oczywiście na stronie Gryfu. Także wyniki i reszta dokumentacji.
Tutaj za to powstał opis z punktu widzenia pokładu Czarodziejki. I jej załogi. Subiektywny, bo jakże inaczej?
Start z Gdyni, w piątek, o godzinie 19, oznaczał że przeprowadzić jacht trzeba wcześniej. Zakupy żywności i drobiazgów w czwartek, zawiezienie tego też w czwartek wieczorem, pozwoliło mieć więcej czasu w piątek. Mamy urlop i na jachcie meldujemy się w samo południe. Dokładniej - dwie trzecie załogi.
Szybkie rozpakowanie, montaż autopilota (w sensie wstawienia i podłączenia do gniazda) i można ruszać.
Pogoda świetna, wiatr raczej słaby, docieramy do Gdyni. W Gdyni jak to przed regatami nocnymi: warto coś zjeść.
Zaokrętowanie reszty załogi, odprawa obowiązkowa i start.
Start komisja ustawiła dziwnie, bo pin był bardzo blisko falochronu z Akwarium Gdyńskim. Dodatkowo blisko linii startu była pława GS. Ale przecież nie z takimi problemami można sobie poradzić. Wiatr wskazywał, że warto startować koło pinu, ale podejście pod sam falochron i niejako zablokowanie się przy nim budziło wewnętrzny opór. W efekcie wystartowaliśmy dość blisko pinu, ale nie przy nim. I to był przyzwoity start. W słabym wietrze kombinacje polegały na tym, żeby odejść od brzegu w miarę szybko, żeby złapać silniejszy wiatr. Pracowicie wszystkie jachty halsowały. Na zdjęciu widać, że start mieliśmy dobry i większość jachtów jest na razie za nami.

Hadar nie jest za nami, ale on ma prawo.

I znów rzut oka do tyłu.


Do Helu pracowita halsówka, ale że dzień w czerwcu jest krótki, to naprawdę długo było jasno. Za Helem można było odpaść i postawić spinakera. A że baksztag był dość ostry, i wiatr wzrósł, stawiamy spinakera nr 2. Całą noc była spokojna jazda w równym wietrze, bez stresów i walki z wiatrem. Ranek zastał nas już daleko w morzu, na kursie, gdzieś daleko, stawa zwrotna.

Jak widać, trochę przywiało.

Przy czym całą drogę do stawy wskazania GPS-u były wyższe niż wskazania logu. Wniosek - mamy prąd z rufy. problem polegał na tym, że w drodze powrotnej było tak samo. I podczas trasy wzdłuż Półwyspu Helskiegi. I na Zatoce. Ponieważ jakoś nie bardzo wierzę w to, że cały czas mamy prąd z rufy, to pojawił się nowy wniosek - log zaniża wskazania. Co wcześniej nigdy się nie zdarzało. Do sprawdzenia wiatraczek.
Zdjęcie Czarodziejki z jachtu Four Winds wykonał Wiesiek, gdy akurat nas wyprzedzali. Oba nasze jachty niemal całą drogę płynęły blisko siebie, wymieniając się prowadzeniem. Dziewczyny walczą, gdy ja wpadłem w objęcia Morfeusza.

Później wiatr trochę osłabł i trochę się wypełnił. Przeprowadzamy akcję wymiany spinakerów i na maszcie stoi duży, tęczowy. I tak będzie aż do stawy.

Żegluga, jak pokazują zdjęcia, dalej jest piękna, a Bałtyk wyjątkowo spokojny. Wiatr powoli słabnie i ostatnie mile płyniemy już coraz wolniej. Wyraźnie też dogoniliśmy jachty z przodu. W końcu widać, widać, widać nasz cel!

A tak nas widać z pokładu konkurencji. Jak widać znów zmiana prowadzenia w prywatnym pojedynku...

Podchodzimy fordewindem na coraz słabszym wietrze i pechowo musimy zrobić wcześniej zwrot. A więc i spinaker wcześniej na dół. Tak tez bywa, a przed punktem zwrotnym nam z zasady wiatr się zmienia.

Początek powrotu. Stawę okrążyliśmy o godzinie 19:31 - doba żeglug od startu. Four winds miał jakieś kłopoty ze spinakerem i trochę stracił.

Droga powrotna była pod wiatr. Wiało tak, że jachty kierowały się w okolice latarni Stilo. Załoga odpoczywa "aktywnie" balastując... ;)

Bo zdarzają się momenty z ciut silniejszym wiatrem.

Konkurencja cały czas obok.
Przy polskim brzegu dopada nas na około godzinę wyraźnie silniejszy wiatr. Do tego stopnia, że zakładamy na grocie jeden ref, a potem drugi. Nie trwa to długo, ale pozwala przećwiczyć system refowania. Wiatr słabnie, zdejmujemy stopniowo refy. Kurs prowadzi koło pław pomiarowych IMGW. Uwieczniamy je w aparacie.

Zbliżamy się do Rozewia. Kilka jachtów stoi pod brzegiem w ciszy. W słabym wietrze powoli opływamy dziurę wiatrową, doganiamy Słoniego, Oceannę i Nec timide. Ten ostatni wycofuje się z regat.
A nam pozostaje dalsza walka. Przychodzi wieczór i wiatr jednak trochę rośnie. Prędkość także, na logu już 4 węzły. Za to trudno powiedzieć, że mamy upalne lato. Jest zimno, co w ubiorze daje się zauważyć. Ale duch bojowy nie upada, chociaż to już nasza trzecia noc na morzu.

Tak wygląda log bez lampy błyskowej, no i z lampą błyskową. Coś wieje, szkoda tylko, że cały czas od dziobu.


Przychodzi świt i zbliża się Hel. Już prawie go opływamy, gdy wiatr cichnie do zera. Ugrzęźliśmy, a prąd powoli nas cofa. Prędkość zero. Gdy czasami coś wieje, cieszymy się, że płyniemy prawie węzeł. Dwa razy wiatr daje nadzieję i dwa razy cichnie. Pod brzegiem tak samo męczy się Four winds.


Gdy wiatr po raz trzeci lekko rośnie, popełniam błąd. Chcę za wszelką cenę opłynąć półwysep i kierujemy dziób jachty w kierunku Gdańska i powoli odpływamy w bok kilka kabli. Niestety, albo stety, tym razem wiatr już nie cichnie. Dobra strona jest taka, że płyniemy. Zła taka, że jesteśmy niżej niż Four winds, który nagle uzyskuje nad nami sporą przewagę. Już do mety nie uda nam się go dopaść, mimo prób na Zatoce i kombinacji w halsowaniu. Bo wiatr zmienił się na zachodni, więc znów mamy w pysk.

Wpływamy na metę przed godziną 12. Cumujemy na chwilę w Gdyni, Martyna schodzi z jachtu, oddajemy tracker, i ruszamy w dalszą drogę. Silny wiatr w plecy. Stawiamy tylko genuę i dość szybko, choć bez wysiłku, pędzimy do Górek. Czas coś zjeść.

A o ster martwi się autopilot...

Podsumowując, były to jednak dość długie regaty, log pokazał 316 mil, a wiemy, że to wartość zaniżona. Jednocześnie były to pierwsze od lat regaty na morzu, z naprawdę dobrą pogodą i gładką wodą. Nie licząc silniejszego wiatru w okolicach Stilo (krótko) i silnego wiatru dla ostatnich jachtów na mecie.

Wyniki regat na stronie Gryfu