Regaty GWG 2019,
czyli wredne warunki i analiza błędów
12.09.2019

Oficjalny opis tych regat jest oczywiście na stronie Gryfu. Do tego wyniki, listy startowe i wszystko to, co powoduje, że można uznać, że regaty są porządnie podsumowane. W tym relacje z innych jachtów (na razie jedna), czyli inne spojrzenie na sprawę.
Na stronie Czarodziejki nie ma lukrowania i pudrowania. W związku z tym pojawi się opis trochę inny, żeby nie było nudno. Oraz w celach dydaktycznych i ku pamięci (mojej!).
Najpierw refleksja. Dość często po regatach słyszę teksty typu: to nie były nasze warunki, wiatr rozdał karty, awaria nas załatwiła, nie mieliśmy załogi i tak dalej. Są to, tak naprawdę, słowa-wytrychy, które mają tłumaczyć słaby wynik. Poza tym oczywiście popłynęliśmy świetnie, przegraliśmy przez... i tutaj wstawia się to co wyżej.
Z innej strony słychać czasami takie stwierdzenia: popłynęliśmy absolutnie najlepiej, bezbłędnie i brak wygranej wynika z: ORC, świadectw, błędów sędziów itp. itd. a ogólnie przeliczniki są do bani, bo nic lepiej nie dało się zrobić.
Bywa też czasami tak, że winna jest załoga, w oczach sternika. Gdybym miał załogę to... Albo gdyby załoga nie zrobiła takiego błędu to byśmy wtedy pokazali...
Te trzy opisy mają jeden podstawowy feler: nie mówią o błędach popełnionych na pokładzie. Co automatycznie zamyka drogę do poprawy sytuacji i wyników. Błędach głównie sternika. Oczywiście załoga może czasami nawalić poważnie, coś zepsuć. Zwłaszcza na dużym jachcie. Ale sternik i tak o wszystkim decyduje, a jeżeli nie ma dobrej załogi, to czyja to jest wina?
Pomijam w rozważaniach ewidentne błędy załogi na pokładzie. Sprawa jest oczywista i nie ma o czym mówić. Pomijam także sytuację, gdy na pokładzie jest rzeczywiście zielona załoga, która nie poradzi sobie z ciężkimi warunkami. Wtedy sternik musi to brać pod uwagę i odpuszczać.
Co nam pozostało? Błędy sternika. Temat rzeka, a są to błędy decydujące o wyniku o wiele bardziej niż np. błąd załogi ze spinakerem.
Co gorsza, sternik może nie wiedzieć, co zepsuł. Ale jak się rzetelnie zastanowi, to może znajdzie swoje błędy?
Pozostało nam jeszcze przygotowanie jachtu do regat. Drugi temat rzeka.

W przygotowaniu jachtu zasadą  powinno być, że przed regatami, np. dzień lub dwa, ktoś ogarnięty, najlepiej skipper, przyjeżdża na jacht i spokojnie wszystko przygotowuje. Zakłada lajfliny na pokładzie, dolewa paliwa do zbiornika, dolewa wody do zbiornika, dolewa paliwa do kuchenki albo sprawdza gaz (jak jest butla) ładuje akumulatory oraz baterię ręcznej UKF-ki i akumulatorki do GPS-ów, latarek i tak dalej.
Jeli spodziewa się gorszej pogody, to zakłada na grocie refy (w naszym przypadku chodzi o przywiązanie refszkentli do remizek na liku tylnym).
Czemu nie w dniu wypłynięcia? Żeby
robić to spokojnie i żeby, w razie braków, był czas na poprawę. Po prostu taka zasada, jak u bohatera filmów z serii „Transporter”.

Warto też siebie przygotować. W tym wypadku w sensie tego, żeby coś widzieć w deszczu. Deszcz okazał się sporym utrudnieniem i założenie szkieł kontaktowych zamiast okularów mogło mocno poprawić sytuację.

Jeżeli chodzi o przygotowanie jachtu, to nie zostało ono zrobione przed wypłynięciem. Oczywiście z powodu „braku czasu”. W sobotę, przed wypłynięciem, dolałem paliwo do zbiornika (było już naprawdę niewiele), dolałem paliwo do kuchenki (jeden palnik był pusty). Zrobiliśmy jeszcze kilka rzeczy, zapominając o dwóch ważnych. O założeniu refszkentli drugiego i trzeciego refu. Oraz o dolaniu wody do zbiornika.
Po drodze do Gdyni jeszcze dozbrajaliśmy jacht, ładowaliśmy bateryjki różnych urządzeń.

Sprawa braku wody wyszła na jaw po wyjściu na regaty, przy uzupełnianiu butelek przeznaczonych na wodę do picia. Dobra dusza z innego jachtu poratowała nas kilkoma litrami w baniaku. Nie miało to co prawda wpływu na wynik, otrzymana woda nam się nie przydała, ale sam fakt takiego przeoczenia był deprymujący.

Start w słabym bardzo wietrze był mocno średni. Spóźniony i większy jacht nas przykrył. Potem udało się z tego wygrzebać, ale jednak pierwszy błąd zaliczony. Po rozprowadzającej był spinaker na ostro. W takich warunkach, dość rzadko, dobry jest genaker, ale takiego żagla na jachcie nie ma.
Około 4 mil przed pławą HLS wiatr wyostrzył. Jakiś czas próbowaliśmy utrzymać spinakera już całkiem na ostro.
I to był kolejny błąd. Należało albo zrzucić spinakera i iść wyżej w prawo, albo polecieć w lewo na spinakerze i potem, drugim halsem, na skręcającym wietrze, okrążyć cypel. Tylko że trudno było przewidzieć, kiedy wiatr mocno skręci w lewo. Spinaker, mokry od deszczu, wylądował w kabinie.

Okrążanie półwyspu zawsze jest ciekawe. Przydaje się dobra echosonda. Można było popłynąć trochę bliżej brzegu. Potem długi bok połówkowo-baksztagowy. Znów na genaker. Czy na spinaker? Spinaker, mniejszy, czarny, był nawet wpięty, ale kilka razy uznałem, że nie warto. Tuż przed pławą WŁA należało przełożyć brasy i fał na drugą burtę, żeby używać brasu do genuy na pełniejszym kursie. A potem, żeby być gotowym do postawienia spinakera jak najszybciej się da. Po ominięciu pławy kurs był ostro na wiatr. Wiatr był już silny i jacht leżał na kancie.
Wzięliśmy zaraz za WŁA pierwszy ref na grocie (za późno, można to było zrobić jeszcze przed okrążeniem pławy).
Szybko się okazało, że to za mało. Przydałby się drugi ref, ale nie był założony.
Jacht był przeżaglowany. Wymiana genuy oznaczała dużą stratę, a trudno było przewidzieć, jak mocno wiatr wzrośnie i kiedy osłabnie. W tej sytuacji wybrałem przetrwanie, licząc że albo wiatr osłabnie, a jak nie, to za Jastarnią będzie można odpaść. Błąd, należało założyć linkę drugiego refu i zarefować grota bardziej.
W  silnym wietrze i w deszczu okulary były niemal bezużyteczne. Szkoda że nie miałem szkieł. W trudnych warunkach i na dużej fali wszyscy(?)  bali się płynąć blisko brzegu. My i tak szliśmy najbliżej w naszej stawce, ale można było bliżej. Było to istotne, bo wszystkich spowalniał silny, przeciwny prąd.
Za Jastarnią można było trochę odpaść, ale ponieważ wiatr wzrósł, jacht dalej leżał na kancie. W pewnym momencie, luzując żagle, należało przełożyć róg szotowy genuy na bras, żeby lepiej wytrymować żagiel. Brasy nie były przełożone, fala była już naprawdę duża, jacht miał bardzo silny przechył. W tej sytuacji także wydawało się, że lepiej jest przetrwać niż poprawiać sytuację przez manewry na dziobie i na nawietrznej. Koniec półwyspu się zbliżał, a jacht i tak płynął bardzo szybko. Zaczęliśmy odpadać. W pewnym momencie należało postawić spinakera, ale nie był gotowy. Silny wiatr zniechęcał do tej operacji. Dodatkowo, kalkulacja wykazywała, że do Gdyni będzie fordewind i lepiej będzie płynąć prawym halsem. Nie chcąc ryzykować przebrasowania, poczekaliśmy na możliwość zwrotu. Jedyne co zrobiliśmy dla przyspieszenia jachtu, to zdjęcie refu na grocie.
Jak widać, całe okrążenie półwyspu zostało źle rozegrane. Przyczyną było złe przygotowanie, silny wiatr, noc i deszcz. Oraz brak determinacji sternika.
Spinaker został przygotowany, zwrot przez rufę zrobiony. Tylko że zaczęła się wtedy seria szkwałów. Zamiast postawić jednak spinakera (małego, rzecz jasna), przez jakiś czas płynęliśmy na motyla z genuą na spinakerbomie. Po pewnym czasie, na szczęście niedługim, jednak postawiliśmy spinakera. Na prawym halsie, co jednak chyba było także błędne. Sama żegluga pod Gdynię była sprawna, choć piłowanie na maksymalnie pełnym kursie, na dużych falach, jest męczące. Minęliśmy pławy G1-G2. Nie chcąc robić przebrasowania, zrzuciliśmy spinakera i resztą drogi przepłynęliśmy na żaglach podstawowych, baksztagami. To był kolejny błąd. Należało po prostu postawić szybko spinakera na drugim halsie. Byłoby i szybciej i bez takiego bujania na odbitej fali.

Możliwość robienia przebrasowań w silnym wietrze umożliwia system podwójnych brasów.
Trzeba ten system koniecznie, w pełnym zakresie, uruchomić i przećwiczyć.

Policzyłem wyniki alternatywne, sprawdziłem ile minut szybciej musieliśmy przypłynąć, żeby zająć wyższe miejsce.
Do Quanty (czyli trzeciego miejsca w generalce) zabrakło nam 5 minut. Do pierwszego miejsca w grupie i drugiego w generalce (czyli do wyprzedzenia Busy Lizzy), zabrakło nam 11 minut. Do pokonania GoodSdeed-a - 24 minuty.
Wyeliminowanie choć części wymienionych błędów dałoby nam coraz wyższe miejsce.

Z drugiej strony, są pozytywy. Zajęliśmy wysokie miejsce. Całe regaty załoga przesiedziała na pokładzie, czy w kokpicie czy na balaście. Niczego nie jedliśmy, nikt nie spał (poza załogą na balaście). Nikt nie chorował, nikt nie przemarzł. Z jachtu nie trzeba było w ogóle wybierać wody, nie było żadnej awarii (poza włączeniem się na rufie pławki świetlnej, której zamokły styki). Załoga mówi, że dalej lubi te regaty... :)