Wycieczka do Świbna (2020),
czyli miało być krótko
18.11.2020r.

Sezon jesienny, prawie zima. W weekendy można oczywiście pracować na jachcie, ale ile? Wycieczki zawsze są pożądane, nawet spontaniczne. Plan urodził się w niedzielny, dość późny poranek.
U ujścia Wisły jest rezerwat, wieże widokowe, foki i ogólnie przyroda.
Pojechaliśmy dość na wariata, nie mając ze sobą nawet samochodowej mapy (gdybyśmy jechali moim samochodem to jakaś mapa by była, bo ja mam wiele).
Niby prosto: jedziemy do Świbna, podjeżdżamy pod las, idziemy nad morze, potem na wieże widokowe, potem na brzeg Wisły. Krótki kawałek i krótki spacer.
Rzeczywistość okazała się troszkę inna...

Tak przy okazji, to czy warto pisać o niemal zwykłym, niedzielnym spacerze? Chyba jednak tak, bo doświadczenie uczy, że naprawdę nie znamy swojej najbliższej okolicy. Siedzimy w domu, albo cenimy tylko egzotykę. Dalekie wyprawy, dalekie kraje. To błąd, choć oczywiście, co kto lubi...
My lubimy wycieczki dalsze, ale także te zupełnie bliskie.

Wjechaliśmy do Świbna, skręciliśmy dość blisko na mały parking. Droga przez las do plaży. Miało być krótko. Szliśmy i szliśmy przez las, ścieżki się zmieniały, ludzie nas mijali a my dalej szliśmy.
Nie było źle, ale zaczęliśmy się zastanawiać gdzie trafimy. Wtedy też odbyła się refleksyjna dyskusja o przygotowaniu do wycieczki. Z jednej strony warto się przygotować, z drugiej strony - czy wszystko musi być zawsze zaplanowane?


Nadziei nabraliśmy, gdy zobaczyliśmy tablicę, że jesteśmy przy wejściu nr 3 na plażę. Wejście jednak okazało się długie, wydmy wysokie i mocno piaszczyste.
Ale w końcu na plaży wylądowaliśmy, do dość długim marszu, na pewno nie najkrótszą drogą.





Widok w lewo, widok w prawo...



Jak widać, do Wisły, w prawo, jest jednak spory kawałek. Plażą, jak wiadomo, chodzi się dość ciężko.
W końcu dochodzimy do plażowego jeziorka, czy może zatoczki. Z daleka nawet widać wieżę widokową.





Wieża to może za dużo powiedziane, ale platforma widokowa jak najbardziej. Solidna konstrukcja, widać z niej wysepkę, która w tym momencie była królestwem kormoranów. No dobra, miejscem ich odpoczynku.







W rezerwacie często są tablice informacyjne i tak jest tutaj.





Dochodzimy do rzeki. Wchodzimy na kierownicę nurtu, tam gdzie nie wolno, i po betonie dochodzimy do końca. Na głowicy jest stacja pomiarowa meteo oraz oczywiście latarnia ze światłem nawigacyjnym.





Na zdjęciach akurat ludzi niemal nie widać, ale było ich całkiem sporo. Czas wracać po śliskim, mokrym, pokrytym mchem betonie.
Widoki są bardzo ładne, Wisła szeroka. Dochodzimy do kolejnej platformy widokowej. Ta już nie jest tak solidna, ale działa i oczywiście można na nią wejść.





Kierownica rzeki się kończy, wchodzimy na starszy brzeg.



Zaczyna się las, mocno zdemolowany przez bobry.



Po dłuższym marszu dochodzimy do Świbna. Widać przystań promu oraz dość nową siedzibę SAR-u.



Wędrujemy dalej. Naprzeciwko portu, który wygląda tak, jakby czas się zatrzymał, trafiamy na „Dragon Bar”. Czynny, choć można brać jedzenie tylko na wynos, trafia nam jak z nieba. Głodni jesteśmy, więc z chęcią korzystamy. Jedzenie na stojąco pod płotem portu, jest nawet romantyczne.
Dodatkowo jedzenie było bardzo dobre, tak samo jak dodatkowo kupione do domu kotlety rybne.



Mocno podbudowani i jedzeniem i gorącą czekoladę, z nowymi siłami, ruszamy dalej. Dochodzimy do głównej drogi i idziemy licząc na szybkie dojście do samochodu. Cóż, szybko jednak nie było.
Po drodze robimy zdjęcia architektoniczne. Bo czemu nie?







Docieramy do samochodu, czas wracać do domu, bo zrobiło się całkiem późno.
Przeszliśmy około 9 km.