Zatoka samotnie i we dwoje,
czyli krótki urlop na Zatoce (2020)
06.08.2020r.

Urlopy zawsze są za krótkie. To banalna refleksja, ale w tym roku urlop w ogóle wyszedł krótki. Co gorsza, zwariowany, częściowo samotny. Co można zrobić, mając mało czasu, niepewną sytuację związaną z ograniczeniami w podróżach zagranicznych, przesunięte terminy wolnego?
Można się wybrać  jachtem blisko, po wodach niby znanych, ale rzadko odwiedzanych. Czy to ważne, dokąd się płynie? Ważne, żeby płynąć, skoro jest jacht i kilka dni wolnego.

Urlop mam niby od soboty, ale z różnych powodów wypływam dopiero w środę. Miałem ruszać sam, co byłoby turystyczną nowością. Sam jak dotąd żeglowałem albo przeprowadzając jacht na regaty (blisko), albo w regatach samotników - też w sumie blisko, i do tego w towarzystwie.
Ruszam jednak z innym Tomkiem, do Jastarni. Wiatr całkiem silny, zakładamy dużego foka na sztag (to trzeci wielkościowo sztaksel na jachcie). Za wyjściem z Górek szybko bierzemy pierwszy ref na grocie, a niedługo  później drugi. Niezupełnie ostry bajdewind i całkiem długa droga. Przelot jest szybki, nawet bardzo szybki, a zlatuje nam jeszcze szybciej, bo gadamy i gadamy...
Obiad w jednej z ulubionych knajp z gyrosem, kolega leci na pociąg, a ja mam mnóstwo czasu na różne rzeczy. Trochę zwiedzania. L
ubię wchodzić w odludne uliczki i zakamarki, których się siłą rzeczy nie zna, a jak zna, to sprzed 30 lat. Czyli nie zna.




Jest zimno, ale przecież aktualne lato jest jednym z najzimniejszych od lat. Jakoś nie wierzę, że tylko w Gdańsku.
Kolejny dzień, po namyśle i kalkulacji pogodowo-czasowej, zrobił się wolny od pływania. Miał być dniem leniwym, ale rano dostałem informację, że do odbioru w Gdyni są zamówione niedawno, zupełnie nowe, kabestany szotowe.
Zastanawiam się chwilę i postanawiam pojechać po nie pociągiem. Kto i kiedy jechał ostatnio pociągiem na trasie Jastarnia-Gdynia? Potraktowałem to jak przygodę. Przygoda okazała się w drodze powrotnej dość męcząca. Kabestany są ciężkie jak cholera (4,2 kg sztuka), zapakowane w duże dwa pudła i nie wchodzą do plecaka. Niosę je więc bardzo niewygodnie w zbyt słabej siatce, najpierw na dworzec, potem na jacht. Dobrze że chociaż mi wyjątkowo dobrze połączenia podpasowały i nie musiałem czekać. Nowe skarby oglądam z zachwytem w kabinie, a potem pakuję do bakisty pod koją, gdzie nie uszkodzą niczego i same się nie uszkodzą.

Niejako na fali, mając jeszcze sporo czasu, wykonuję na jachcie kilka zaległych prac, a potem z książką i herbatą zalegam w kabinie. Znów jest zimno i zbiera się na deszcz.
Deszcz budzi mnie, padając prosto na twarz, o 4 rano. Zamykam całkiem zejściówkę i przez chwilę kusi mnie, żeby wypłynąć już teraz. Jednak zasypiam, wstaję o 8 rano i wychodzę z portu. Wyjście jest pod wiatr, ogólnie do Górek, które są celem, jest pod wiatr.
Stawiam żagle, genuę nr 2 i grota z jednym refem. Teraz można zrobić poranną herbatę, na śniadanie nie bardzo jest czas, bo halsówka oznacza, że powinienem sterować, jeżeli chcę płynąć skuteczniej. Autopilot bez wiatromierza kiepsko steruje. Widać to wyraźnie na ploterze. Gdy steruje autopilot, kąt martwy wyraźnie  przekracza 90 stopni. Gdy ja steruję, kąt martwy maleje do 90 stopni.
Jest pochmurno, wieje całkiem silny wiatr. Próbuję telefonem zrobić kilka zdjęć.


Mam przed sobą dość długą drogę, pod wiatr, bez śniadania. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Jacht płynie bardzo ładnie, a ja, nawet sterując uważnie, mogę zatopić się w myślach, co jest bardzo miłe.
Fale nie są wcale małe i czasami chlapie do kokpitu. Robi się zimno już naprawdę i ubieram kurtkę sztormiakową.
Przecinam tor wodny do Portu Północnego i wtedy wychodzi słońce, a wiatr wyraźnie słabnie. Morze się wygładza, włączam autopilota i zdejmuję ref na grocie.

To oczywiście tylko chwilowa zmyłka, przed samym wejściem zaczyna zdrowo szkwalić i jacht moczy w wodzie gumową odbojnicę. To trochę za duży przechył, ale i tak zaraz zrzucam żagle.
Dojście samotne do naszego miejsca postoju przy bocznym silnym wietrze nie jest łatwe, ale na szczęście pomaga mi klubowicz z Jasnej Ciasnej.
Cumuję, czyli połowa urlopu za mną. Jadę do domu.
Wracamy w sobotę, już we dwoje. W planie jest wymiana kabestanów (potrzebne narzędzia), pomoc koledze przy instalacji elektrycznej na jego jachcie (potrzebne inne narzędzia), pomiar masztu do ORC na nowym jachcie w klubie (potrzebne przyrządy pomiarowe). Dzień przelatuje błyskawicznie i pracowicie, ale kąpiel z jachtu daje frajdę i jest nagrodą za pracowitość.
W niedzielę przyjeżdżamy w miarę wcześnie i wychodzimy w kierunku Władysławowa.
Wiatr z rufy, na tyle silny, że dajemy sobie spokój ze spinakerem. Za to system drugich szotów sprawdza się bardzo dobrze. To ta brązowa linka zaczepiona do rogu szotowego foka.


Czemu w  ogóle taka trasa? Z powodu prognoz pogody. Prognoza mówi, że pod wieczór wiatr się zmieni,  przyjdzie burza i ogólnie będzie mało  przyjemnie. Zbliżamy się do portu i widzimy, że idzie zło, albo przynajmniej zmiana.

Cumujemy, szybko klarujemy żagle, pomagamy dobić innemu jachtowi do pomostu i w tym momencie zaczyna lać deszcz. W deszczu płacimy za postój a potem chowamy się do środa i zamykamy zejściówkę.
Dopiero jak deszcz trochę zelżał, wychodzimy coś zjeść i trochę pospacerować. Mżawka nam w sumie nie przeszkadza. W nocy dalej pada, ale rano wstaje całkiem ładny dzień.
Wychodzimy z portu wcześnie. Zgodnie z prognozą wiatr się odwrócił i wieje z rufy. Stawiamy spinakera i szybko przeganiamy dwa jachty, płynące przed nami w kierunku Helu. Spinaker to potęga. Czas na śniadanie, które robię ja, bo Asia, zgodnie z umową, niemal cały czas steruje. Widać, że już naprawdę dobrze czuje jacht i kapryśny przecież żagiel.
Ale to są godziny sterowania, w długich przelotach, w różnych warunkach i nie w regatach. W regatach jest presja, która źle wpływa na sternika. Nowe kabestany cieszą oko, ale już wiadomo, że trzeba dorobić pod nie podkładki, grubości na oko (jeszcze zmierzę dokładnie) 20 mm.






Płyniemy, niejako ścigając się ze zmianą kierunku wiatru. Wiatr odkręca na północ szybciej niż my skręcamy za Jastarnią i musimy płynąć coraz ostrzej do wiatru. Czas na zrzucenie spinakera. Okrążamy cypel powoli, kierując się na HLS. Ruch zrobił się całkiem duży: kilka jachtów, kutry wycieczkowe, katamaran. Ruch także w eterze na kanale 10 VHF.
Stawiamy spinakera na drugim halsie, ale wiatr zaczyna kręcić, zmieniać się. Zmienia się także nasz kurs. Zrzucamy spinakera, trochę szkwałów, a potem raptownie wiatr cichnie. Będzie dalej skręcał, widać to, ale widać to nie przy nas. Bujamy się w ciszy koło HLS, widzimy zmarszczki wiatrowe niedaleko nas od strony Bałtyku. Do nas jakoś nie chcą dojść. Od strony Zatoki płynie kilka jachtów na silniku, zupełnie bez wiatru.

Czekamy spokojnie, cierpliwie i niezbyt długo. Wiatr przychodzi od dziobu i wieje całkiem mocno. Ostro na wiatr, ale prosto na Jastarnię, płyniemy szybko do celu.
Liczne kejty przy porcie pokazują, że wieje. Wchodzimy w kanał na żaglach, maksymalnie ostro na wiatr, ale przed główkami zrzucamy genuę. Nie chce nam się halsować na ostatnich metrach. Mamy za sobą wiele godzin niezbyt szybkiej żeglugi.
Zbliża się wieczór, a my oczywiście idziemy coś zjeść. I zwiedzać Jastarnię. O świcie budzi mnie deszcz padający prosto na twarz. Zamykam zejściówkę i śpimy dalej. Ale niezbyt długo. Wstajemy wcześnie i znów bez śniadania wychodzimy z portu. Tym razem celem jest Puck. Pogoda całkiem ładna, wiatr korzystny. Płyniemy połówką szybciej niż jacht, który pojawił się za nami. Zwłaszcza jak przestawimy żagiel na drugi, zewnętrzny szot. Mijamy Rewę, skręcamy za Bekami i można postawić spinakera.
Wyraźnie przyspieszamy. W sumie się rozwiewa, żegluga robi się bardzo przyjemna...

Przy Pucku zrzucamy spinakera i na samym grocie przebijamy się przez różne trenujące grupki jachtów i desek. Cumujemy w porcie rybackim, który zawsze był tym fajniejszym, między dwoma kutrami, niemal na końcu pływającego pomostu. Liczyliśmy na prysznic, bo jest wcześnie, ale okazuje się, że bosmanat jest czynny tylko do godziny 12, a aż tak wcześnie to jednak nie jest. Pozostaje nam spacer, obiad i spacer.
Na kutrze obok nas trwa laminowanie, nawiązujemy stosunki dyplomatyczne z załogą. W sumie nie mamy nic do roboty, możemy sobie siedzieć w kokpicie i kontemplować „piękne okoliczności przyrody”.
Trochę przeszkadza nam w tym deszcz, ale rozpinamy na bomie tent z plandeki i dalej możemy siedzieć w kokpicie. Tylko że wiatr się zmienił, więc jak pada mniej, obracamy jacht, żeby stać jednak dziobem do wiatru. Ekipie z kutra deszcz zakończył laminowanie. Za to nawiązujemy stosunki dyplomatyczne z kormoranem, który odpoczywa na końcu pomostu. W tym sensie, że on nie ucieka, a my go nie płoszymy.
Za to wskakuje do wody, gdy ktoś przychodzi na pomost na spacer. Co jakiś czas pojawia się jakaś grupka czy para.
Zauważamy, że kormoran wraca z wody na pomost po drabince stalowej na końcu pomostu i próbujemy zrobić mu w tym momencie zdjęcia. Coś nawet widać. Wchodzi, skubany, normalnie po szczeblach drabinki.




Gdy deszcz mija i robi się miłe, późne popołudnie, z ładną tęczą, z drabinki rufowej jachtu schodzimy do wody, żeby popływać.

Gdy opływamy kuter i zbliżamy się do pomostu od końca, kormoran zerka na nas uważnie. Nie chcemy go płoszyć, więc zachowujemy dystans około 10 metrów, który on akceptuje.
Po kąpieli idziemy do drugiego portu na wycieczkę. Stoi tam pięknie utrzymany jacht „Peter von Seestermühe”. Robimy kilka zdjęć, a krótka rozmowa z załogą uświadamia nam, że to „Peter von Danzig”, znany z książki Iwony Pieńkawy i z regat Whitbread.
Tuż za nim stał w Pucku inny jacht-legenda.






Wracamy na jacht i jak widać, miejscówka kormoranów jest dobra. ;)
Ale i jaskółki lubią siedzieć blisko nas.


Kolejny dzień, znów ruszamy wcześnie rano i znów bez śniadania. Wiatr jest dość silny, baksztag i ostry baksztag. Za Rewą widać Dar Młodzieży, holownik Gniewko i ogólnie ruch jest dość spory.
Wieje coraz mocniej, genua nr 2 i jeden ref na grocie to czasami za dużo.




Pchaczowi z barką ustępujemy z drogi i niedługo później cumujemy na swoim miejscu.
Ta część urlopu została zakończona. W sumie nic takiego, ot pływanie po Zatoce. Ale trochę mil jacht w tym czasie przepłynął. Dokładnie 148. Tym razem bardzo dobrze udało nam się wpasować w wiatr i zmiany pogody. Mieliśmy trochę szczęścia (plus planowanie) i na wodzie nie dopadła nas ulewa czy burza. To swoista nowość w naszym urlopowym pływaniu.
Czas urlopu jak zwykle był zbyt krótki.