Koniec sezonu 2020,
czyli urlop i regaty
16.10.2020r.

Było już o zbyt krótkich urlopach. Teraz można coś dodać o urlopach po sezonie. Kilka dni, które z tegorocznego urlopu pozostały, wykorzystaliśmy na pływanie w tygodniu. Potem były regaty, bo w końcu, czemu nie?
Ruszyć mieliśmy w środę rano, ale okazało się, że możemy dopiero po południu. Przyjechaliśmy na jacht przed godziną 16, odcumowaliśmy z AKM-u dokładnie o godzinie 16. Ponieważ nam się spieszyło, to założyliśmy tylko genuę i szoty do niej. Osprzęt spinakera miał być zakładany na wodzie. Nie jest to wygodne ani fajne, ale cóż.
Tylko że najpierw padał deszcz, potem robiłem kanapki dla bardzo głodnej załogi i dopiero za torem wodnym do PP był czas na przygotowanie lin i wpięcie żagla.


Padać przestało, spinaker poszedł w górę. Prędkość wzrosła z 4,5 do 6 i więcej węzłów.




I tak sobie spokojnie płynęliśmy baksztagiem. Asia sterowała, ja rozgryzałem trochę dalej nasz ploter (nie mam nabożeństwa do elektroniki, ręczny GPS Lowrance'a jest świetny i w sumie wystarcza). Za rufą, dość blisko, przeszedł nam ORP Ślązak (tak sądzę). W tym też czasie minęliśmy statek o dość morskiej nazwie.


Na wysokości Helu zaczęło się robić ciemno. Trochę, w zasadzie jak zawsze na urlopie, błyskało gdzieś nad Puckiem, ale nad nami chmury znikły.

Minęliśmy pławę J i niedaleko Kaszycy zrzuciłem spinakera bez wychodzenia z kokpitu, jak to w metodzie z workiem (długa dyskusja na jednym forum). Co prawda w ciemności i ferworze walki odknagowałem najpierw fał grota, ale to drobny błąd, bez żadnych skutków. Spinaker szybko i suchy wylądował w kabinie. Luzując topenantę spinakerbomu opuściłem koniec spinakerbomu na pokład. Do Jastarni wchodziliśmy na grocie i silniku, bez genuy. Chciałem się zgłosić do bosmanatu i do mariny, ale chyba już dla nich sezon się skończył. Po zacumowaniu i porządkach na pokładzie sklarowaliśmy spinakera do jego torby.

Październik oznacza chłodny dzień, i jeszcze bardziej chłodną noc.
Mamy na jachcie bardzo lekki grzejnik kwarcowy, który świetnie działa, bez nawet jednej ruchomej części. Do tego kosztował grosze. I ładnie oświetla kabinę, nawet włączony na pół mocy.

W planie na czwartek dzień był przelot do Pucka. Ale zrezygnowaliśmy, biorąc pod uwagę prognozę na piątek (wredną), długą trasę do Gdyni z Pucka i chęć dotarcia do Gdyni wcześnie, żeby odwiedzić sklep żeglarski. W efekcie mieliśmy w Jastarni dzień wolny, co było miłe.
Gorzej wypadła noc, bo przy silnym wietrze dokładnie z południa, w porcie zrobiło się bardzo niespokojnie, trudno było spać, a do tego co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy cumy dobrze trzymają. Poza tym, padało, jak zwykle na urlopie. Tym bardziej grzejnik się przydał.
W piątek wyszliśmy przed godziną 10, gdy zmienił się kierunek wiatru. Przezornie na dużym foku.
Pogoda się poprawiła, zakupy w Gdyni udało się zrobić, więc poszliśmy na pierogi. Chyba dlatego, że i dobre i blisko. Potem odwiedziliśmy biuro regat.
W regatach JKMW Kotwica wystartowaliśmy pierwszy raz od dobrych kilku lat. A to dlatego, że dowiedziałem się, że wyniki regat mają być policzone porządnie. Koniec sezonu, żal nie wykorzystać dobrej okazji na pościganie się. 
Pogoda podczas obu dni okazała się dobra. Wiatr był, choć słaby, ale jednak. Trasy wyścigów były dobrze dobrane, bo był i spinaker i dużo trudnej halsówki.
Zresztą spinaker także był trudny i bardzo kształcący. W słabym, zmiennym, fordewindowym wietrze okazało się, że spinakery mają zdecydowaną przewagę na genakerami. Oraz to, że gdy w ogóle nie ma się żagli na pełne kursy, można dużo stracić.
Wcale nie tak łatwo jest pływać tylko na żaglach podstawowych, gdy wiatr jest bardzo słaby. Genaker w tych warunkach także jest trudnym żaglem.
W każdym razie, i w sobotę i w niedzielę na kursach pełnych udało nam się bardzo dużo zyskać.
Na zdjęciach: tuż za Hadarem oraz przed większą częścią floty.


Jachtów na regaty zgłosiło się dużo, bo 17. Gorzej było w klasie ORC, bo tutaj konkurencja nie była zbyt liczna. Nam udało się wygrać i w grupie i w generalce oba wyścigi i to z dużą przewagą.
Zostajemy w Gdyni na zakończenie regat, co jest okazją, żeby pójść na obiad oraz zjeść ciasto, i spokojnie posiedzieć w kokpicie, rozmawiając z sąsiadami.
Wychodzimy z Gdyni po godzinie 16. Prognozy wiatrowe są marne, wiatr jest słaby i kawałek drogi płyniemy na silniku. Ale jeszcze przed Redłowem coś zaczyna wiać. Stawiamy żagle, jacht płynie 3 węzły, potem 3,5, potem nawet więcej.
Pełny bajdewind, czego można chcieć więcej?
Końcówka powrotu okazuje się zupełnie bajkowa. Piękny zachód słońca i noc, spokojna woda, niezbyt silny wiatr. Jest zimno, to już naprawdę koniec sezonu.








Pięć dni na jachcie minęło błyskawicznie. Przypomnieliśmy sobie Jastarnię, odpoczęliśmy, wygraliśmy regaty w ORC i przepłynęliśmy 79 mil.