Bieg Kaprów 2021,
czyli bez wiatru na długiej trasie
6.06.2021

Trasę Gdynia - Łeba - Gdynia przerabialiśmy rok wcześniej, na Bałtyckim Śledziu.
Regaty Kotwicy, Bieg Kaprów, dla małych jachtów zostały zorganizowane na tej samej trasie. Pomysł nie jest zły, trasa jest trudna taktycznie, odejść w morze za bardzo się nie da. Można, ale jakie nadłożenie drogi.
Zdecydowaliśmy się na start, choć było trochę trudności. Raz, że Andrzej nie mógł popłynąć z powodów służbowych. Do tego niespodziewane problemy rodzinne zabrały trochę czasu i to w środę przed startem.
Jacht został dopiero co na nowo złożony - postawienie masztu drugi raz po kłopotach.
Ale urlop na środę i piątek udało się załatwić.
W środę mogłam zjawić się na jachcie dopiero po południu. Podstawowe zakupy, tankowanie wody, zakładanie zawleczek na ściągacze, jakieś porządki i można ruszać.
Przynajmniej pogoda dopisała, więc samotny przelot do Gdyni był szybki i przyjemny. Ale już wtedy dało się zauważyć, że jest zimno. Woda jest zimna, wiatr ze wschodu jest zimny.

Wchodzę do Basenu Zaruskiego, gdzie wita mnie druga część załogi, już z pączkami z Pączusia (polecam, jak ktoś lubi). Wędruję do biura Kotwicy. Tam się okazuje, że cała organizacja została przeniesiona do drugiej mariny, odprawa dopiero będzie, tak samo jak IŻ do odebrania.
Mieliśmy już do startu nie ruszać jachtu, ale myśl o tym, że zaraz po odprawie trzeba będzie gnać kawał drogi na jacht powoduje, że jednak przepływamy do Yacht Park Marina. Tam także jest zimno, bo miejsce postoju jest zacienione przez SeaTowers. Trudno, widocznie ma być zimno na tych regatach.
Odprawa i wychodzimy na start. Dwie imprezy (Bieg Kaprów i DH 400) zostały organizacyjnie połączone. My startujemy przed jachtami z DH, 10 minut różnicy. Trzeba się sprężyć, czasu jest mało.
Mimo to udało się zauważyć, że linia startu jest tak ustawiona, że warto startować przy pinie, blisko Akwarium. I tak robimy, od razu na lewym halsie, przechodząc konkurencji daleko przed dziobami.
Relacja zdjęciowa ze startu, opis startu, są na stronie Oficyny Morskiej.
Jak widać, może przez nową genuę(?!), nieoczekiwanie mamy wyjątkowo dużo zdjęć.

Powoli większe jachty nas wyprzedzają. Wiatr jest całkiem silny, kilkanaście węzłów i uczymy się nowej genuy w takich warunkach. Powoli udaje nam się ustawić poprawnie żagle i ruszamy w nadchodzący mrok. Start był o godzinie 20:50. Halsujemy pracowicie, powoli gubimy orientację gdzie jest nasza bezpośrednia konkurencja. Ani Zefirek, ani Rastaban nie mają AIS-a. Rastaban nie jest tym razem konkurencją, bo płynie w klasie KWR, ale zawsze jesteśmy ciekawi, gdzie jest i jak mu idzie.
Wybieramy swoją drogę do Helu i już bardzo blisko pławy HLS przechodzi nam przed dziobem Happy Hour, potem Vataha 2, a Bigger Johnka musi odpaść, żeby w nas nie wjechać. Wystartowali 10 minut po nas, ale na takiej trasie dawno powinni nas wyprzedzić. Pójście w Zatokę Pucką nie opłaciło się, jak widać.
Wiatr mocno osłabł, powoli odpadamy okrążając cypel. Ścinamy drogę i w pewnym momencie, na znanym wszystkim wypłyceniu, echosonda pokazuje równe 2 metry głębokości. To lekka przesada dla jachtu z zanurzeniem 1,8 m, zwłaszcza przy dopychającym wietrze.
Robi się coraz pełniej, stawiamy spinakera. Piękna żegluga, spokojna woda, gwiazdy i światła na brzegu.
Wygląda na to, że udaje nam się uciekać od świateł za nami. Czerwcowa noc jest bardzo krótka. Robi się jasno, wiatr cichnie a my płyniemy już bardzo wolno.


Czas na poranną herbatę, a w dzień załoga zalega w koi, jak w kokonie, odsypiać noc.


Rastaban się wycofał, bo padł mu autopilot, a jest sam.
W końcu stajemy niemal bez wiatru na wysokości Rozewia, zrzucamy spinakera, potem nawet genuę (to nowy żagiel, szkoda go!).


Jachty za nami to z drugich regat Double Scotch, IRS Challenger i „nasz” Zefirek. Zefirka udaje się rozpoznać przez lornetkę. Przychodzi trochę wiatru, idealnie od rufy. Robimy eksperymenty z genuą na wytyku i w efekcie lecimy na motyla idealnym fordewindem. Uciekamy jachtom za nami. Zefirek stawia spinakera i wtedy całkiem znika za rufą.
Duża nauka z tych regat, to poznanie granicy siły wiatru, przy jakim jeszcze nie opłaca się stawiać spinakera przy fordewindzie. Wiatromierz zaczyna się zwracać. Pilnie notuję wartości.

Wiatr powoli rośnie i już wiemy, że czas na spinaker. Poza tym, brzeg odkręca i robi się baksztag. Do pławy Łeba mamy już niedaleko. Wiatr rośnie do 12-15 węzłów, co pod spinakerem oznacza fantastyczną żeglugę.


Przez radio wywołuje nas Hydrocat 3 z prośbą, żebyśmy skręcili, bo wpłyniemy w ich boje pomiarowe. Lekko ostrzymy, omijamy obszar i znów kierujemy się na pławę. Nie idealnie, bo się nie da, a nie warto robić przebrasowania.
W efekcie w dość silnym wietrze wychodzimy kabel od pławy, stawiamy genuę, zrzucamy spinakera, robimy zwrot przez rufę i punktualnie o godzinie 16:00 okrążamy pławę.

Zaczyna się halsówka i pierwszy problem. Przy tak silnym wietrze (15 węzłów) genua nie chce wskakiwać za reling. Trzeba ją luzować i wciągać, zwroty trwają koszmarnie długo. Do tego chyba wtedy lekko rozdarliśmy na stójce zupełnie nowy żagiel. Niegroźnie, ale jednak. Refujemy grota.
Asia steruje, ja dobieram fały, składam w kabinie spinakera,
robię porządki w kokpicie. Nagle okrzyk: Koraliki! Kilka metrów przed sieciami robimy awaryjny zwrot. Kurcze, było blisko...
Wiatr siada i zdejmujemy ref na grocie.

Po porządkach siadam w kokpicie i zerkam do przodu. W końcu dostrzegamy Zefirka. Mijamy się, jesteśmy 5 mil przed nim, to niewiele. Oglądamy prognozy pogody, wychodzi na to, że generalnie wiatr ma powoli kręcić w prawo. I tak się dzieje, dla nas fatalnie, bo po każdym zakręcie brzegu mamy idealnie pod wiatr. Zefirek za nami ma jednak korzystniejszy trochę wiatr i mniej halsowania.
Nic na to nie poradzimy. Poza tym, wiatr wcale nie kręci tylko w prawo, są zmiany i trzeba się w nie wstrzelić. To nam nijak nie wychodzi, co wyraźnie i dobitnie pokazuje ślad na ploterze. Za cholerę nie umiem wyczuć zmian wiatru, to nie jest dobra halsówka.
Z drugiej strony, mam szybką odpowiedź z plotera. Chyba nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele może dać analiza własnego śladu, zwłaszcza robiona na bieżąco, gdy wszystko jeszcze się pamięta.
Przychodzi noc, wiatr siada. Widać, że dryfujemy do tyłu. O godzinie 1:40, na wysokości Karwi, na głębokości 18 metrów, rzucamy kotwicę. Bez łańcucha, na cumie pływającej.
Na zdjęciu widać jak nas zdryfowało, widać także, że kotwica nie trzymała do końca dobrze, czemu trudno się dziwić. Jednak to kolejny błąd.

Tak przy okazji, mamy praktyczny test jak szybko można kotwicę przygotować. Przepisy OSR mówią, że wszystko powinno być tak przygotowane, żeby udało się zakotwiczyć w 5 minut. U nas kotwica jest pod koją w mesie, przykręcona dwiema śrubami motylkowymi. Z nią lina ołowiana (robi za łańcuch kotwiczny) i lina kotwiczna. Spokojnie mieścimy się w 5 minutach, rzucam kotwicę z kokpitu i wędruję z końcem liny na dziób. Stajemy.
Wiatru zero. Włączamy światło kotwiczne i czekamy, podsypiając. Wieszam kulę, bo robi się jaśniej. Niepokoi mnie trochę jednostka niedaleko nas. Kręci się powoli, dryfuje. To Baltic Explorer z Litwy. W końcu przechodzi nam za rufą, pod brzeg.
Zasypiamy z przerwami. Jesteśmy naprawdę zmęczeni. W końcu przysypiamy poważniej, i to był błąd. Spaliśmy trochę za długo, może 10 minut, może godzinę? Zrywamy się, już jest jasno, godzina 6:40 gdy jacht rusza. Wieje kilka węzłów wiatru. Dalej halsówka. Tym razem, może mniej zmęczeni, halsujemy o wiele lepiej. Trafiamy w zmiany wiatru. Mimo to mijamy Rozewie dopiero o godzinie 9:30. Wcześniej spotykamy się z holownikiem Koral, który ciągnie ponton z kutrem rybackim.

Dalej słabo wieje, ale wiatr lekko odkręca, o dziwo korzystnie.

Władysławowo, Kuźnica. Rozmawiam przez telefon z Zefirkiem. Są za nami 3-3,5 mili. Fatalnie.
Dalej halsujemy, wiatr jeszcze słabnie, ale daje się płynąć. Nagle trafiamy na dziurę wiatrową. Jacht staje, robimy bezwładnie kółko i wiatr znów przychodzi. Ile to trwało? Kilka minut.
Góra Szwedów, powoli odpadamy. Znów po płytkiej wodzie, a co tam. Dobra echosonda jest bezcenna. Szykujemy spinakera. Wiatr przy Helu wyraźnie rośnie, co jest zupełnie niezgodne z prognozami. Spinaker w górę, obok widać jacht czarterowy, który na fordewindzie niemal staje, gdy my lecimy już 5 węzłów. Kurs na Gdynię, przebrasowanie.
Wieje 10-12 węzłów. Oglądamy się pilnie za siebie. W końcu widać znajomy spinaker, chyba 4 mile za nami.
Rozmawiamy z sędzią, okazuje się, że w Gdyni jest szklanka. Kolejne przebrasowanie, mijamy pławę GD. Trochę nerwowo przecinamy tor wodny przed statkiem. Przy pławach G1-G2, czyli niecałe 2 mile przed metą, wiatr cichnie zupełnie do zera. Koszmar. Stawiamy genuę na spinakerbomie, na motyla. Potem już nie wiem ile razy, ale naprawdę dużo, zrzucamy genuę, stawiamy ją na ostro, na wytyku, znów zrzucamy, stawiamy. Lewy hals, prawy. Dryfujemy w kierunku mety, raz szybciej a raz wcale. Mijamy Dar na kotwicy. Zefirek za nami jest coraz bliżej, ale w końcu i on zrzuca spinakera. Przychodzi chmura, lekko pada, jakieś podmuchy. Jesteśmy naprawdę zmęczeni i mamy wszystkiego dość. Po co ta walka, przecież z Zefirkiem i tak już na pewno przegramy. Do mety kilkaset metrów. Wiatru zero, na fali cały osprzęt jęczy od uderzeń, cały takielunek drży, gdy grot zaczepia o achtersztag. W bomie słychać jakieś potworne trzaski (czego, do licha???). Z jednej strony nie należy się wycofywać. Z drugiej - w tym wypadku walka naprawdę nie ma już żadnego sensu. Po co? Te dwie mile dryfujemy ponad 2 godziny, jesteśmy głodni, zmęczeni, chcemy na obiad (raczej kolację). Przychodzi lekki podmuch od rufy, stawiamy genuę, motyl. Jacht rusza, prędkość ponad jeden węzeł! Do mety kilkadziesiąt metrów, ale znów stajemy. Cisza. Przychodzi lekki podmuch od dziobu. Zostaje kilka długości jachtu do mety, a my zaczynamy halsować bez wiatru. Ledwo udaje się zrobić zwrot, potem drugi, trzeci. W końcu, w końcu, trąbka!!! Jacht dryfuje za boję, zrzucamy żagle. Ulga. Zerkamy za siebie: Zefirek jest od mety kilkaset metrów. W końcu mija linię mety pół godziny po nas. Zgodnie z umową bierzemy go na hol i holujemy do mariny - padł im silnik. Mieliśmy wejść do Gdyni i zostawić jacht na noc, ale jednak wychodzimy do Górek. Silnik prawie na pełny gaz, autopilot, kanapki i herbata. Robi się ciemno, zimno i ponuro. Ponurość potem znika, noc jest ładna, więc humory nam się poprawiają.
Co prawda przerżnęliśmy, ale to były fajne regaty. Pomijając koszmarną końcówkę.
Wymieniamy się wnioskami, to co udało się ustalić, czego nauczyć, co sprawdzić. Taki rozruch na początku sezonu, gdy jacht jest ledwo gotowy, a załoga wcale, jest bardzo potrzebny.
Jest też coś takiego jak atmosfera regat. Regaty Kotwicy, wcześniej starannie omijane, nagle zrobiły się, od zeszłego roku, bardzo fajne. To wcale nie jest nieważne, jeżeli żeglujemy naprawdę dla przyjemności.

Co do wyniku.
Gdy stoi się wiele godzin w zupełnej ciszy to potem każdy wynik jest możliwy. Zefirek dryfował szybciej gdy nic nie wiało, my byliśmy szybsi gdy wiało bardzo niewiele.
Nowa genua bardzo dobrze się sprawdziła, takiego żagla, na bardzo słaby i słaby wiatr, nam brakowało.

Wyniki naszego wyścigu są tutaj.