Narty biegowe, po przerwie, za to trochę dalej i aż trzy razy!
31.01.2021r.

Jak pisałem w poprzedniej relacji „narciarskiej”, zimy od dawna narciarzy biegowych nie rozpieszczają.
Poprzedniej zimy na narty nie udało nam się wybrać w ogóle. Tym razem (16-01-2021), jak tylko pojawiła się możliwość, ruszyliśmy tyłki. Nie będąc pewni, czy w lesie blisko będzie odpowiednio dużo śniegu, w piątek zaplanowaliśmy wypad dalej, samochodem na obwodnicę Trójmiasta, do Otomina. To tylko trochę dalej, ale za to 100 metrów wyżej. Poza tym, czasami warto wybrać się w nowe miejsce.
Ambitnie zerwaliśmy w sobotę dość wcześnie, bo przed godziną 8. Spakowani byliśmy wcześniej. Pierwszy wypad turystyczny po przerwie zawsze wymaga wyszukania sprzętu: odpowiednie ciuchy, smary do nart, termos, woda mineralna i tak dalej. Zawsze czegoś nie można znaleźć: ulubionych rękawiczek, poddupnika itp. Oczywiście za drugim, trzecim, kolejnym razem wszystko już jest na miejscu. Tylko że narty trafiają się raz/dwa na zimę, a czasami wcale. Szkoda.
Z innej strony: zakładanie szkieł kontaktowych robię rzadko i od niedawna i nie mam wprawy w tym.

O co w ogóle chodzi z biegówkami napisałem w innym miejscu: relacja_05.html

Wstaliśmy wcześnie, spakowaliśmy się do samochodu w miarę szybko i na parkingu niedaleko Jeziora Otomińskiego byliśmy też w miarę wcześnie (bo po drodze ruch niewielki, a i miejsc na parkingu było sporo). Potem jeszcze smarowanie nart (niby na płaskiej trasie, jeżeli narty mają łuski albo foki, niekoniecznie trzeba, ale to nawyk z wypraw w góry).
Nasza trasa prowadzi koło jeziora, i tam zaskoczenie - sporo morsów.
My po długim przygotowaniu przy samochodzie byliśmy dość zmarznięci, więc myśl o wejściu do wody nie była kusząca. Ale jak widać, ludzie to robią. W tym sporo dzieci i młodzieży.


Dotąd na nartach biegałem bez okularów, bo strasznie parują. Wtedy widać, hmm, niezbyt wyraźnie. Szkła kontaktowe zupełnie zmieniają sytuację. Co prawda za to w ogóle nie widzę detali na mapie, ale ten problem rozwiązuje duża lupa. Ewentualnie specjalne okulary do szkieł, ale to mniej wygodne.
Ruszamy niebieskim szlakiem i od razu atakuje nas zima. Oczywiście nie każdy musi lubić, ale ja lubię bardzo.




Po podejściu pod górkę docieramy do skrzyżowania dróg a nawet małych wąwozów w lesie, które poznaliśmy na imprezie na orientację w roku 2019, wiosną. Zimą wygląda też fajnie, ale zdjęcia nie zrobiliśmy.
Powoli się rozkręcamy, ruchy na nartach są swobodniejsze, ale to nas nie chroni przed upadkami. Obojgu nam się to trafia, ale bilans całej imprezy wygrywam 3:1 (w sensie, że wywróciłem się raz). Wstanie zawsze jest trudne bez wypinania nart.
Teren jest dość płaski, ale jednak całkiem poziomo nie jest. I dobrze, bo byłoby nudno.
Docieramy do „wodnej przeszkody terenowej”, którą trzeba pokonać. :)

Docieramy do miejscowości, nasza trasa skręca. Robi się chłodniej, bo wieje od pól. Robię zdjęcie kolejnych na trasie bałwanów - ludzie chyba bardzo stęsknili się za śniegiem.

Oczywiście w lesie nie jesteśmy sami. Spotykamy trochę narciarzy, trochę piechurów, rodziny w różnych zestawach. Wchodzimy w las i robi się cieplej - wiatr znika.
Las jest przepiękny, a czarny szlak prowadzi czasami bardzo wąskimi ścieżkami.








Nie zrobiliśmy wiele kilometrów, trochę ponad 7, ale jak na pierwszy raz... Docieramy nad jezioro gdzie morsy dalej korzystają z lodowatej wody. Przychodzi śnieżyca, co na zdjęciach dobrze widać.






Do samochodu jest bardzo blisko. Rano było pustawo, teraz samochodów jest mnóstwo. Dwie beemki mają problem z wyjechaniem, jedną wspólnymi siłami kilku kierowców wypychamy. Zbyt szerokie opony (tak na oko, bo może letnie?), nie działają dobrze, nawet przy napędzie na 4 koła.
Pozostaje się przebrać, skorzystać z herbaty w termosie, i w śnieżycy, choć malejącej, ruszyć do domu.

Atak „bestyjki” ze wschodu poza mrozem przyniósł także piękną pogodę. Brak chmur, słońce, lekki mróz. W końcu -8 stopni to nie jest duży mróz. Taki akurat - rześkie powietrze.
Zerwaliśmy się podobnie jak dzień wcześniej - wcześnie. Tym razem, i ze względu na mróz (licho wie jak sytuacja na obwodnicy) wybraliśmy znaną nam na pamięć trasę AWF - Borodziej. Wcześnie rano ludzi jest mało, ale trochę było. Spacerowiczów, biegaczy, narciarzy, rowerzystów.
Dość nietypową sytuacją było to, że dwie osobno spotkane osoby, różnej płci, zagadały nas o narty biegowe, o tym gdzie kupić/wypożyczyć i ogólnie o wrażenia. Może ktoś z nich się skusi i faktycznie jakiś używany sprzęt sobie kupi.
Zima w lesie jest piękna, a narty biegowe/śladowe naprawdę pomagają utrzymać formę. Poza tym, turystyka narciarska jest bardzo przyjemna, a i czasami można sobie szybciej zjechać.
Tym razem narty nasmarowaliśmy w domu, więc było ciut szybciej. Zmiana butów i w drogę...




Słońce świeci i droga jest piękna...




Trochę dłuższa niż wczoraj, ale za to z miejscem postoju na końcu. Jak to w Borodzieju.
Trochę przykre jest to, że główna wiata, z kominkiem, kiedyś była dostępna dla wszystkich. Teraz jest zamknięta i można z niej korzystać tylko po opłacie. Dawno, dawno temu czasami bywało tam sporo ludzi, całe grupy. Teraz zwykłym turystom pozostają małe wiaty.








Chwila odpoczynku z herbatą, zmierzenie z ciekawości temperatury. Zimno jest i zimno się robi, szybko ruszamy w drogę powrotną. Tym razem generalnie jest z górki.




W domu jesteśmy wcześnie, czując wszystkie mięśnie, niewątpliwie zbyt rzadko używane.
To był bardzo fajny weekend. Ciekawe czy uda się tej zimy jeszcze na nartach zwiedzić jakiś las?



Minęło troszkę czasu, przyszedł ostatni dzień stycznia (31.01.2021). Wczoraj w Gdańsku padał śnieg i napadało go tyle, że na narty w lasy trójmiejskie można było iść. Trzeci raz na nartach tej samej zimy oznacza sporą zmianę zim i swoisty rekord. Dotąd (czyli od 10 lat...) udawało się pójść na narty maksymalnie dwa razy, czasami raz, a czasami zero. Może za tydzień znów się uda? Jak nie blisko Gdańska, to troszkę dalej.
Tym razem miałem iść sam, ale rano zadzwonił znajomy kolega żeglarz, że może jednak we dwóch?
Zgodziłem się, co miało dwie konsekwencje. Kolega narzucił solidne tempo, co spowodowało, że do Borodzieja dotarłem naprawdę zmęczony. Może to nie był mój dzień. Może dołożyły się problemy z nartami? A może po prostu forma jest słaba i trzeba solidniej poćwiczyć? Cóż... ;-)
Mimo że nie wyruszyliśmy bardzo wcześnie, to w Borodzieju śnieg był dziewiczy. Byliśmy pierwsi tego dnia, aż dziwne. Ludzi po drodze trochę spotkaliśmy, ale mało. Piesi, narciarze, rowerzyści, biegacze.


Problem z nartami polegał na tym, że po raz pierwszy od bardzo dawno zabrałem swoje pierwsze w życiu narty, które były stare jak je kupowałem jako używane. Norweski „Landsem”. Przetrwały ze mną wyprawy w góry (np. Beskid Sądecki, Gorce) oraz dalekie wyprawy poza Gdańsk na Kaszubach. Daaawno to było.
Czemu je zabrałem? Bo skoro miałem iść sam, to mogłem poeksperymentować, a lubię te narty, bo są szybkie - nie mają łuski ani fok. Ale albo mam problem z ich impregnacją, albo nie dogadują się z nowymi smarami do nart. Śnieg się do nich kleił, choć po przesmarowaniu w Borodzieju było trochę lepiej.


Drugą konsekwencją pójścia we dwóch była zmiana trasy powrotnej. Mimo że naprawdę byłem zmęczony, w końcu uległem. Od pewnego momentu weszliśmy na zielony szlak. Było generalnie dość wąsko, czasami bardzo wąsko. Za to trasa piękna, jak i pogoda. Temperatura: minus 1 stopień Celsjusza.

W pewnym miejscu zrobiło się stromo i nierówno. Zaliczyłem jedną wywrotkę, dosłownie 10 metrów dalej drugą, i stwierdziłem, że wystarczy. Odpiąłem narty. Kolega się uparł że zjedzie kawałek dalej. Skończyło się wywrotką i wybiciem palca w dłoni. Cóż, bywa i tak. Bez komentarzy proszę! :-)
Zrobiliśmy ponad 10 km. Niby niedużo, ale narty uruchamiają naprawdę wiele mięśni. Poza tym, wstawanie po upadku, gdy się nie wypina nart, też nie jest łatwe...