Przygotowania do sezonu 2021
16.04.2021

O wnioskach posezonowych pisałem już kilka razy. Zimą wnioski są realizowane, w miarę możliwości. I ważności, ale jednak możliwości, czyli finanse, decydują głównie.

Najpierw nie praca, ale inwestycja. W tym wypadku nowa, duża genua. Tego dawno nam brakowało. Minusem takiej inwestycji jest to, że ewentualne niepowodzenia będzie trudniej zrzucić na „braki sprzętowe i trudności obiektywne”...
Wbrew powszechnym u nas trendom „optymalizacyjnym”, jest troszkę większa od starej. Materiał Fusion C (
205 g/m2), poziome listwy. Jest lżejsza o około kilogram od starej.

O dodatkowych, zewnętrznych szotach sztaksli było już chyba do znudzenia. Kolejna poprawka, chyba już ostatnia. Poza tym dość ważne dla mnie oświetlenie kompasu i czerwone oświetlenie kabiny. Zrobienie tego to była naprawa awarii. Wszystko opisane w artykule z jesieni.
Piękne zdjęcie czerwonego oświetlenia kabiny jest w galerii jachtu.

Kolejna praca, opisana dokładnie, to poprawa mocowania autopilota. Ważna, i oby bardzo przydatna w żeglowaniu, naprawa błędu.

Kolejna może nie praca, ale wydatek. Kasa poszła na coś, co może wydawać się absurdalne dla dużej części czytających
Może i jest absurdalne, poza tym, podkładam się teraz wszystkim szydercom. Trudno.
W tym roku okazało się oficjalnie, że mamy zbyt niskie relingi. Oficjalnie czyli podczas inspekcji OSR. O ile? Zależy jak mierzyć, ale sam dla siebie ustaliłem, że o 4 cm (żeby nikt się nie przyczepił).
Przepisy OSR mówią, że jachty muszą mieć relingi o wysokości nad pokładem minimum 60 cm, a druga linka, minimum 23 cm.
Chyba że jacht ma LOA mniejsze niż 8,5 metra, to te wymiary są inne: minimum 45 cm, a drugiej linki może nie być.
Przy czym, uwaga, tylko do kat. 3 regat. Dla kategorii niższych (2,1,0) ma być 60 cm niezależnie od długości, i dwie linki relingu.
Dałem stójki do podwyższenia. Piękna robota, nie ma nawet śladu przedłużania.
Na jachcie przybyło około 0,5 kg, do tego linki relingu są wyżej. Niby niedużo, ale „tyle” na milę razy 100...
Ale trzeba widzieć pozytywy! Dolna linka była na tyle nisko, że trochę utrudniała załodze wchodzenie na balast. I schodzenie z balastu. Teraz załoga będzie mogła się szybciej poruszać, co powinno pozytywnie wpłynąć na szybkość manewrów.
A na dziobie - trochę pewniejsze oparcie, z czego ja (załoga też) korzystam np. przy zmianach żagli. Zresztą, siedząc w kokpicie po zawietrznej też często opieram się o reling.
Czemu nie podwyższyłem od razu do 60 cm? Bo kosze są za niskie - mają 50 cm wysokości.
Co oznacza, że planując dalsze rejsy albo regaty w kategorii drugiej OSR, trzeba będzie do tematu wrócić...


Jeszcze jedna nie praca, ale zmiana na jachcie, która część czytelników może mocno zaskoczyć.
Jak pisałem w zeszłym roku, jacht miał antenę radiową na rurze na rufie i to było dobre. Krótki kabel bez złączek, przyzwoitej jakości, zapewniał nam dobrą łączność z innymi jachtami na odległości do 15 mil (sprawdzone w wielu morskich regatach).
Ale na jachcie w zeszłym roku pojawił się AIS. Ulegając powszechnym trendom i fetyszowi bezpieczeństwa zrobiłem tak, że zainstalowałem antenę radiową na maszcie (zasięg radia to bezpieczeństwo), a osobną antenę do AIS-a zainstalowałem na rurze na rufie (na przepisowej wysokości 3 m nad wodą). W praktyce, patrząc pod kątem regat i długich wyścigów, rozwiązanie okazało się do bani.
Niestety, jachty zazwyczaj mają instalacje kiepskiej jakości i okazało się, że konkurencja w regatach znika z ekranu AIS-a przy odległości większej niż kilka mil (nawet powyżej 3 mil). Poza nielicznymi wyjątkami.
Co oznacza, że ogólnie jachty są dla nas słabo widoczne. Inne małe jednostki, np. kutry, także.
Ponieważ radio i AIS mam obok siebie, mogłem przepinać podłączone do nich anteny i badać różnice.
W przypadku radia zmiana była niewielka (a nawet jeśli, to mało mi zależy na rozmowach na dystansie większym niż 15 mil), natomiast w przypadku AIS-a różnica była ogromna: na ekranie pojawiało się mnóstwo niewidocznych wcześniej jednostek.
Dlatego od tego roku antena radiowa wraca na rufę, a aisowa wędruje na maszt. W razie konieczności wzywania pomocy i ogólnie niebezpieczeństwa można anteny bardzo łatwo przepiąć.

O tym, że jacht w końcu wzbogacił się o nowe kabestany szotowe, nie tylko dużo większe, ale też samoknagujące, pisałem w relacji z pływania.
Ale od początku było wiadomo, że kabestany wymagają, tak jak poprzednie, odpowiednich podkładek zmieniających kąty wejścia szotów czy brasów. Podkładki ze starych kabestanów były za małe, więc trzeba było dorobić nowe. Takie podkładki zamówiłem z teaku. Dopiero ta praca powoduje, że bardzo ważna zmiana na jachcie została zakończona. Już same kabestany, choć źle ustawione, bardzo ułatwiły życie na pokładzie. Teraz powinno być jeszcze lepiej.



Dużą zmianą i sporą inwestycją jest nowa elektronika. Zestaw Raymarine: echosonda, log, wiatromierz.
Wiatromierz także podłączony do autopilota, co w powiązaniu z jego nowym mocowaniem może znacząco poprawić działanie tegoż autopilota. Jest to także ogromna zmiana, bo podstawowa elektronika bardzo przydaje się podczas regat (nooo, w turystyce też!), o czym napisałem tutaj.
Nowa elektronika jest lżejsza od starej o około 1,5 kg, więc tak patrząc, jest dodatkowa korzyść. Oczywiście czujnik wiatromierza na maszcie i kabel nie poprawiają osiągów jachtu, ale jest to typowe coś za coś - korzyści zdecydowanie przeważają.
Zdjęcie starego logu było dość upierdliwe, zdjęcie starej echosondy jeszcze bardziej.
Po starym logu, który w relacjach jest na bardzo wielu zdjęciach, jest teraz luk rewizyjny.
Gdy jacht kupiłem stan logu wynosił 6750 mil. Stan logu w momencie jego zdjęcia to 18748 mil. Proste odejmowanie wykazuje, że w tym czasie jacht przepłynął 12 tysięcy mil. Jak na bałtyckie pływanie, nie jest to wcale mało (sezony 2013-2020).






Drobna praca, która chodziła po głowie od zeszłego roku, zajęła więcej niż przysłowiowe 15 minut.
Chodzi o zaczepy do worków spinakera w środku kabiny. Spinakera w „metodzie workowej” składa się w kabinie. Worek, choć ma listwy, zawsze wtedy ucieka, przesuwa się i składanie spinakera zamiast minuty zajmuje tych minut jednak kilka. W dwie osoby jest łatwiej i szybciej, ale...
Rozwiązanie wymyśliliśmy proste - właśnie ucha do zaczepiania worków. Tylko że worki miały zupełnie różnie rozmieszczone karabinki, którymi są przypinane do relingu. Skończyło się na bardzo prostych pętlach z linki, co dobrze widać na zdjęciu, i wcale nie takim prostym przełożeniu zaczepów w jednym z worków (czego zdjęcia nie mamy). Odpowiednio mocne przyszycie taśm z karabinkami zajęło dobrze ponad godzinę.
Cała praca to niby drobiazg, ale także z takich drobiazgów składa się przygotowanie jachtu do żeglugi. Wcale nie tylko do regat.


Montaż czujnika w dnie trochę trwał, bo otwór był kilka razy malowany farbą epoksydową i raz, w zęzie, poliuretanową. Otwór był malowany, bo trzeba było trochę wyrównać obło dna w miejscu czujnika.


Czujnik zamontowany, sikaflex twardnieje, przyszedł czas na podłogę i osłonę czujnika. Podłoga jak widać, jest już mocno zużyta i do wymiany. Dlatego zrobiliśmy wszystko dość prowizorycznie, ale bardzo solidnie.
Z materiałów, które znajdowały się w skrzynce z materiałami. Być może osłona czujnika trafi do nowej podłogi w przyszłości, oczywiście po polakierowaniu.



Jeszcze ekstra mała robótka, czyli zaślepienie otworu po starym logu. Przezornie też został pomalowany, po dopasowaniu go do zaślepki. Razem z zaślepką widać uchwyt czujnika wiatromierza do zamontowania na maszcie.



Przed wodowaniem przychodzi czas na „odborygowanie” silnika. Raz, że mam jednak opory żeby wpuszczać borygo do wody, dwa, że warto zawsze sprawdzić, czy wszystko działa, trzy: trzeba złożyć układ chłodzenia, czyli w praktyce podłączyć jeden wąż między filtrem wody a pompą wody na silniku.
Najpierw przynosi się wiadro z wodą, przedłużony wąż do pompy wody (zostaje taki z jesieni, z operacji borygowania silnika) wkłada do wiadra, otwiera zawór paliwa, pompuje paliwo rączką na pompie paliwa, włącza zasilanie i wznosząc modły do bóstw wszelakich, uruchamia rozrusznik. Zazwyczaj jest tak, że po kilku próbach silnik zaskakuje. Tym razem było inaczej: rozrusznik tylko cyknął i nawet nie drgnął. Druga próba: kontrolki zaświeciły, brzęczyk zadzwonił, ale rozrusznik nie ruszył.
Przeleciały mi przez głowę myśli o naprawie rozrusznika, problemach w instalacji elektrycznej, grubszej awarii. Zanim na serio zacząłem się martwić, przyszedł moment na wykorzystanie idei jachtowej instalacji elektrycznej (opisanej tutaj). Idea jest taka, że na jachcie są dwa zasadnicze obwody elektryczne: silnikowy i „hotelowy”. Oraz dwa różne akumulatory. Tylko że wszystko jest podłączone tak, że oba obwody można zasilać dowolnie z obu akumulatorów. Wystarczy przestawić przełącznik w bakiście. Przestawiliśmy przełącznik, do obwodu silnikowego został podłączony aku hotelowy. Rozrusznik ruszył, silnik za drugim razem zapalił.
Po prostu padł akumulator rozruchowy. I tak długo przetrwał, bo oba akumulatory kupiłem razem z jachtem w roku 2012 i one już wtedy nie były nowe. To naprawdę dobry wynik, co też oznacza, że akumulatorom na jachcie nie jest źle. Mimo że zostają na zimę na jachcie (ale są systematycznie doładowywane).
Nowy akumulator jest mniejszy (65 Ah) i lżejszy o około 2 kg.
Pierwszy maja poświęciliśmy na zakładanie wiatromierza na maszcie. Pogoda dopisało, bo chociaż było dość zimno, to słonecznie. Uchwyt/podstawa został przynitowany dość szybko. Problem zaczął się przy przepychaniu kabla. W maszcie są dwa korytka kablowe. Jedno zajęte przez kabel AIS-a i kabel lampy kotwiczno-silnikowej. Drugie korytko było puste i pasowało do strony mocowania czujnika. Ale nie sięga do topu masztu, a tylko do salingu. Kabel wiatromierza jest bardzo miękki. Zonk. Ale kombinacje z korytkiem oraz znalezionymi przez kolegę pałąkami namiotów (2x3 metry) w końcu zakończyły się sukcesem!
Jak zwykle nasmarowaliśmy rolki fałów na topie (są wyjmowane, w ogóle top ma bardzo dziwną, ciekawą konstrukcję). Maszt stanął. Przepłynęliśmy na swoje miejsce. Pozostało przełożyć kable przez fajkę. Mimo obaw, bo doszedł trzeci kabel, udało się sprawnie. Podłączenie przewodów w puszce na suficie i można rzec: koniec wieńczy dzieło. O dziwo, zadziałało za pierwszym razem.

Tak jak po sezonie robię podsumowanie sezonu, tak po zimie robię podsumowanie prac zimowych.
Tej zimy na jachcie przybyło sporo rzeczy. Ale z powodu pogody, oraz przez nowe prace, kilka planowanych wcześniej prac nie udało się zrobić. Niby szkoda, ale tylko trochę - za dużo tego.