Wypad na Zatokę, czyli trudny początek sezonu 2021
31.05.2021

Mimo wcześniej dwóch dni pływania, w tym na regatach otwarcia sezonu AKM, jacht nie był gotowy. Dzień po regatach AKM-u trafił pod klubowy dźwig - zdjęliśmy maszt. Przyczyna podstawowego problemu, czyli ciężko chodzący fał grota, została wykryta natychmiast i szybko naprawiona. W sumie plus, chociaż słowa obelżywe pod swoim adresem wysłałem... Ale przy okazji do przerobienia trafił uchwyt czujnika wiatromierza, co jednak chwilkę potrwało. W efekcie maszt został postawiony dopiero wczoraj (sobota 29 maja), czyli po prawie tygodniu od zdjęcia.
Inna rzecz, że mały jacht ma swoje zalety - zdjęcie masztu, prace przy nim i postawienie nie są żadnym problemem.
W planie na niedzielę były wyjęcie czujnika logu, częściowa kalibracja elektroniki i wyjście na Zatokę.
Z logiem poszło szybko. Miejsce czujnika jest bardzo wygodne do obsługi. Czujnik został wyjęty, bo log zaskakiwał nie zawsze od razu, jakby coś go blokowało. Potraktowanie go WD-40 pomogło wyraźnie i natychmiast. Sama operacja zabrała kilka minut, wody do jachtu nalało się niewiele.
Kalibrację szlag trafił bo wiało dość mocno. Ponieważ odejście od kei wyszło koślawo (ale bez strat), spokojnie na rozlewisku przygotowaliśmy się do wyjścia w morze. Grot, dopasowanie szotów do dużego foka, ustawienie wózków. Dopiero gdy wszystko grało, ruszyliśmy w wyjście z Górek, pracowicie halsując.
Fala była niczego sobie, wiatr w mordę, piękna pogoda, zimno.
Przy tej sile wiatru jacht był ewidentnie niedożaglowany. Nigdzie nam się nie spieszyło, a prędkość ponad 5 węzłów była satysfakcjonująca. Nieskalibrowany log strasznie wkurza, ale to na razie musi poczekać.


Przepłynęliśmy dość blisko nowych falochronów wyspowych - jeszcze przy nich pracują.
Za Portem Północnym włączyliśmy na chwilę autopilota, żeby sprawdzić jak sobie radzi po przesunięciu mocowania. Wygląda na to, że jest sporo lepiej. Działał także ustawiony na sygnał z wiatromierza. Nie było czasu na porządne testy, chciałem tylko sprawdzić, czy ogólnie jest ok.
W planach był Sopot, ale telefon w sprawie rodzinnej spowodował wcześniejszy odwrót.
Zrobiliśmy zwrot i ostrym baksztagiem zaczęliśmy wracać. Bardzo dobrze sprawdzają się klinowe podkładki po kabestany - kolejny drobiazg ułatwiający życie i manewry.
Na naszym popularnym kartoflisku, czyli zbełtanej fali przy porcie, wybujało nas trochę, ale takie drobiazgi nie robią na nas wrażenia.
Znów włączyliśmy autopilota chcąc go sprawdzić na baksztagowej fali, ale tym razem testy się nie udały. Cała elektronika zaczęła się wyłączać, łącznie z ploterem (który poza zasilaniem nie ma z resztą nic wspólnego). Przeszliśmy oczywiście na sterowanie ręczne, wyłączyliśmy autopilota całkiem, ale to nie pomogło. Znaczy, elektronika startowała, ale znów kilka razy się resetowała. Ploter się wyłączył.
Ciekawe, że stało się to także już w porcie, po powrocie. Wygląda wstępnie na problem z zasilaniem.
Na razie wracamy spokojnie do portu.


Spotykamy pilnie trenującego Dużego ptaka. Warunki w sumie piękne.
Poza tym, że zimno. Woda ma 12 stopni...
Cumujemy na swoim miejscu, tym razem poprawnie.
Obserwuję znów reset elektroniki, przy odłączonym od zasilania autopilocie. Czyli to chyba nie on jest winien.
Jak już wspomniałem - początek sezonu mamy trudny.
W środę wieczorem planujemy start do długich regat Kotwicy.
Nie dość, że Andrzej nie może, to jeszcze problem z elektroniką (dla dwóch osób autopilot jest dużą pomocą) i kilka rzeczy do zrobienia. Oj, zobaczymy...
Ale pływało się bardzo miło i przydał nam się taki rozruch.