Remont mocowania balastu, część 1

6.12.2017r.

Tytułem wstępu. Kupując jacht wiedziałem, że mocowanie balastu jest do poprawienia.
Czemu tak? Bo któryś z poprzednich właścicieli zaczął remont i go nie skończył. Remont polegał na wycięciu wszystkich denników z wyjątkiem jednego, wycięcia laminatu, który zasłaniał płyty stalowe, na których bezpośrednio wisiał balast. Blachy pewnie rdzewiały i stąd ich odkrycie.
Jak siatka wzmocnień na dnie wyglądała kiedyś, wiem tylko ze zdjęć, które dostałem w papierach jachtowych.
Widać je poniżej.




Dno przed remontem nie miało denników i wzdłużników, przez co  pracowało, co spowodowało w efekcie pęknięcia przy pierwszej i ostatniej szpilce balastu. Oraz rozwarstwianie laminatu w jaskółkach pod  kojami. Nie mam zdjęć zęzy przed odkręceniem balastu, pierwsze zdjęcia z remontu są już po zdjęciu blach.




Pierwszym pomysłem była chęć odtworzenia dawnej siatki wzmocnień, wstawienie nowych blach.
Pytania z tym związane ogłosiłem na dwóch forach żeglarskich, pytając o kilka rzeczy.
Na szczęście sprawą zainteresował się Piotr Adamowicz, znany konstruktor i żeglarz. Stwierdził, że to trzeba zrobić inaczej, wg nowego projektu. Wyjaśnił czemu. Przyjechał na jacht obejrzeć jak to wygląda. W efekcie zrobił projekt naprawy i cierpliwie odpowiadał na setki moich pytań. Poza tym pomógł mi kupić materiały właściwe, załatwił nowe blachy do szpilek, oraz człowieka, doświadczonego laminaciarza, który wykonał najważniejsze, główne laminowanie. I to wszystko za darmo!
Dzięki temu duży wysiłek włożony w remont zaowocował bardzo dobrą konstrukcją. Do tego stosunkowo tanią, wykonaną prosto i bez większych kłopotów. Ten artykuł to opis całego remontu, kosztów, i wniosków.
Projekt nowego rusztu balastu:

Jest kilka zmian w stosunku do tego, co było. Zamiast wielkich blach - małe podkładki. Denniki gęściej niż poprzednio. Pilers posadowiony na denniku (jeden o specjalnej konstrukcji, z wkładką ze sklejki). Denniki zlaminowane z bocznymi ściankami koi (które są jednocześnie wzdłużnikami).
Sam rysunek powstał między innymi na podstawie podanego przeze mnie rozstawienia sworzni balastowych.

Żeby w ogóle zacząć remont trzeba było pomyśleć o tym, jak ustawić balast po jego odkręceniu od jachtu.
Że względu na kształt płetwy nie jest to wcale oczywiste. Po drugie, gdy jacht stoi na łożu, balast jest bardzo nisko nad ziemią. A jakoś trzeba go opuścić i potem podnieść.
Przede wszystkim trzeba było wymyślić i stworzyć konstrukcję, która utrzyma balast w pionie, na ziemi.
Tutaj pomógł mi kolega z klubu (motorowodniak!). Ze starego ceownika i kilku odpadowych elementów zespawał podporę do balastu. Podpora wygląda jak zbudowana w pośpiechu przez Robinsona Cruzoe (C by Borchardt), ale działa świetnie.
Gdy zadałem pytanie o rozliczenie, to usłyszałem, żebym zjeżdżał i ściągał ten balast, bo się nie wyrobimy do nocy. Drugie pytanie zadałem o zwrot kosztów, to kazał mi się wynosić i nie przeszkadzać.
Samo odkręcenie balastu trwało dość długo, trzeba było powoli odcinać uszczelniacz. Cała operacja trwała kilka godzin, ale w końcu balast stanął na ziemi.
Żeby w ogóle zacząć trzeba było podnieść jacht razem z łożem. Do opuszczania balastu zastosowaliśmy podnośnik paletowy o udźwigu 2 ton, który jest i niski i dość szeroki. Poza tym jeździ i można go było tak ustawić, żeby cała konstrukcja (podpora i balast) stały na nim równo.
Istotne też było, i sporo czasu zajęło, wypoziomowanie jachtu. Używałem do tego poziomicy wodnej, czyli w zasadzie zwykłego węża wypełnionego wodą. Dodatkowo z szerszymi rurkami, że skalą, na końcach.
Wypoziomowanie jachtu na boki jest oczywiste. Niekoniecznie trzeba było poziomować jacht w płaszczyźnie wzdłużnej, ale chciałem to zrobić, żeby potem można było korzystać z poziomicy także wzdłuż zęzy. Przyjąłem jakiś poziom kokpitu i kabiny i to wyznaczało poziom podłogi w zęzie.






Teraz przyszedł czas na wyjęcie (odkucie wręcz) pilersu, oderwanie jedynego dennika, a potem już szlifowanie zęzy. To zajęło w sumie kilka dni. Najpierw oklejenie folią wnętrza jachtu, a potem
przecinak, dłuto, łomik, młotek, kątówka z tarczą do cięcia, szufelka, zmiotka, odkurzacz. Potem kątówka do szlifowania (z elektroniczną regulacją obrotów - pożyczona od kolegi z klubu - bo taka o wiele mniej pyli, jak się obroty ustawi na minimalne, czyli 1000).








Trzeba też było zająć się dnem od drugiej strony. Na razie przestawienie balastu trochę w bok, tak żeby był dostęp i do góry balastu i do dna jachtu.





Teraz front robót stał się większy. Można było pracować nad górą balastu, nad dnem jachtu, no i dalej w środku kadłuba. I tak było. W środku szlifowanie wykazało, że przy pierwszej i ostatniej szpilce balastu dno jest pęknięte. Nie było wyjścia, cały uszkodzony laminat został wykuty a miejsca zostały przygotowane do odbudowy dna w tych miejscach. Problem z przodu był bardziej na zewnątrz - jakaś doklejka z laminatu. Wszystko zostało wycięte aż do zdrowej warstwy. Z tyłu pęknięcie było mniejsze i wyszło na jaw później, podczas szlifowania dna od zewnątrz. Ale też zostało wycięte do zdrowego laminatu.
Poza tym dolne fragmenty bocznych ścianek (te brązowe) zostały odcięte.
Ponieważ oba skrajne otwory zostały niejako zniszczone, trzeba było zrobić szablon przodu i tyłu balastu (obie części połączone listwą). Było to potrzebne później.
Poniżej dokumentacja fotograficzna z kilku weekendów, które zeszły pod znakiem szlifowania i sprzątania i znów szlifowania i znów...




















Teraz przyszedł czas na trasowanie denników oraz na prace nad górą balastu. Te dwie prace były niezależne i można je było robić, różnymi siłami, jednocześnie. Trasowanie denników zajęło sporo czasu, trzeba było dokładnie ustalić ich grubość a co za tym idzie, wysokość w kabinie. Teraz w kabinie wysokość stania zmalała o około 2-3 cm. Za to cała konstrukcja jest sztywniejsza niż oryginalnie.
Na zdjęciach widać już drugi otwór w dnie, gotową górę balastu (sporo czasu zajęło dokładne wyszlifowanie balastu no i malowanie). Widać także przymiarki do podpory pilersu, oraz szablon balastu (przez otwory w dnie).
Podpora pilersu jest w kształcie dwuteownika, przy czym dolna warstwa jest wygięta, dostosowana do kształtu dna w tym miejscu. Jak tymczasowo wygiąć dolne sklejki? Można położyć na nich duży ciężar, ale to niewygodne potem. Ja zastosowałem ceownik z otworami, który to ceownik na końcach przykręciłem do dna jachtu (w końcu mam otwory na sworznie balastowe). Pasy sklejki (już docięte na szerokość i długość) 2 x 10 mm grubości ściągnięte śrubami fi 8 (takie akurat miałem) pięknie ułożyły się na dnie jachtu. Można było zdjąć szablon i sprawdzić jak wysoka powinna być pionowa część dwuteownika. Wszystko zostało wymierzone, krzywizna dolna zdjęta, elementy wycięte i doszlifowane, cała podstawa w końcu złożona (na razie tylko skręcona wkrętami). Po przyłożeniu do dna, okazało się, że jest prawie dobrze. A to prawie polegało na tym, że dno nie było idealne i podstawa luzem "gibała się" po przekątnej. Poziomica powiedziała mi, jak to ustawić. Szlifierka kątowa w dłoń i doszlifowanie dna tak, żeby było dobrze (na zdjęciu drugim widać po prawej stronie białą plamę po szlifowaniu).
Ten sam ceownik i śruby, przydały się ponownie do przykręcenia próbnego dolnego szablonu dna z przodu balastu, co przydało się do laminowania.
To już kwiecień. Skończona podpora pod pilers, wpasowana i gotowa do sklejania z pianką. Poza tym udało się przygotować do malowania i pomalować górę balastu (malować można jak jest zimno, ale szpachlować już nie bardzo).








W końcu zamiast destrukcji - tworzenie.
Częściowo zalaminowana dziura przy pierwszym sworzniu i początki laminowania przy ostatnim sworzniu (to ta mniejsza dziura, i dziura, nie otwór ;) ). To jednego dnia.
Drugiego dziury przy pierwszym i ostatnim sworzniu zalaminowane od góry do końca. Od dołu to inna sprawa, bo laminowanie od dołu zostało połączone z odbudową krawędzi dna, zwłaszcza po lewej stronie. Chodzi o to, że występ w dnie nie schodził się dokładnie z krawędzią balastu. Niby niewiele, ale jednak.
Góra balastu pomalowana jeszcze dwa razy, czyli już docelowo.

Na początku kulawo to szło, wprawy nie mam, i pojawiały się pytania: jak pędzel umyć? (wałek na razie nie był używany), gdzie pędzel do mikstury, gdzie rękawiczki, gdzie szmatki, pojemnik na żywicę, folia, deseczka, śmieci, i jak działać, żeby wszystkiego nie zasyfić żywicą, resztkami maty i tkaniny, brudną folią, rękawiczkami i tak dalej i tak dalej. Poza tym na zdjęciach niżej widać produkcję denników, przy okazji udało się zrobić podstawę pięty masztu. Na ostatnim zdjęciu widać jak trzeba było podnieść jacht ze stojakiem, żeby dało się odkręcić balast. No i jest to droga do warsztatu, którą pokonywałem wiele razy dziennie, co było niezłym ćwiczeniem.

W zalaminowanych dziurach wywierciłem otwory pod sworznie (pierwszy i ostatni).
Były to otwory ustawiające balast w osi jachtu. To zajęło sporo czasu.
Szablony obu końców balastu połączyłem listwą, uzyskując szablon całości. Taki częściowy, ale wystarczający. Wyznaczenie osi jachtu, i na betonie pod spodem i na dnie jachtu (przydało się teraz, przyda się i później), trochę trwało.
To miłe, kiedy znaczniki na betonie, wyznaczone przez piony dziobu jachtu, krawędzi s-driva i przedniej krawędzi balastu układają się idealnie w jednej linii. Aż się zdziwiłem.
Przedni sworzeń balastowy jest dokładnie w osi płetwy, tylny przesunięty w bok o 2,5 mm.
Czy otwory są dobrze wywiercone, odpowiedziała próba włożenia balastu. Niestety trzeba to było zrobić. Przy czym balastu o wadze 1200 kg nie da się wziąć w dłonie, i dowolnie przykładać do dna jachtu.
Trwa też klejenie denników. Pierwszy, z "podpilersiem", widać niżej.
Sporo czasu zajęło posprzątanie jachtu i przygotowanie miejsca do kolejnych prac. Stanowczo brakowało boksu na wszystkie zbędne chwilowo graty.
Pilers pojechał do przespawania rury, przy okazji, znajomy z klubu, wymyślił jeszcze lepszy sposób zrobienia zaczepu wyciągowego montowanego do sworzni balastu. Będzie super ;)

Piękne zielone (szmaragdowe?) plamy na zdjęciach to wylaminowane dziury. Kolor pierwsza klasa, podoba mi się ta żywica. :)
Klejenie denników. Wnioski: do cięcia pianki piła do drewna jest lepsza od piły do metalu. Tnąc piankę na udzie ryzykujemy rozerwanie piłą kieszeni spodni, słusznie nazwanych roboczymi ;)
Ilość mililitrów utwardzacza na mililitry szpachlówki, w zależności o temperatury i tego, jak szybko szpachlówka ma żelować, miałem już w głowie (acz na kartce jednak czasami warto policzyć).
Denniki klei się łatwo, ale dopasowanie ich do dna, tak żeby były wypoziomowane w każdą stronę i na jednakowej wysokości, wymaga "trochę" zachodu. W każdym razie praca z tych przyjemniejszych, bo nie trzeba w rękawiczkach :)











Zęza zalaminowana, w sensie, że podkład pod resztę prac jest.
Tak ku pamięci, to żeby przygotować stary laminat to trzeba: jakoś go oczyścić, ja za poradą wybrałem zwykłe przeszlifowanie całości - trochę szlifierką, trochę ręcznie. Potem trzeba odkurzyć. I odkurzyć. I odkurzyć bo coś tam się poprawiło. I odkurzyć. Szpachlowanie krawędzi w łuk. Szablon z rurki plastikowej o odpowiedniej średnicy. Szpachlówka. I jedziemy. Okazało się, że wgłębienia są duże i trzeba było w zasadzie na dwie raty. Mnóstwo czasu, chyba z 2,5 godziny na to poszło. I teraz można było laminować.
O laminowaniu pisał nie będę, ale znam milsze zajęcia. Zwłaszcza jak się robi samemu, w takiej ciasnocie i pierwszy raz większe kawałki. Do tego w deszczu częściowo.
Ale o jednym trzeba wspomnieć. Żeby stary laminat lepiej łączył się z nowym, to należy ten stary laminat posmarować/pomalować dwuprocentowym roztworem naftenianu kobaltu w styrenie.
Takie coś można kupić gotowe, można sobie zrobić samemu ze składników (ale wtedy będzie tego tyle, że wystarczy dla połowy stoczni jachtowych na rok).





Początek maja 2015r.
Najpierw przeszlifowanie/zmatowienie całego dna (wcześniej wylaminowanego), szlifierką i ręcznie. Oraz, niestety, tu się przyznam, zeszlifowanie kilku miejsc zrobionych źle. Czyli pęcherzy powietrza. Był jeden taki pas, oraz kilka mniejszych miejsc. Wychodzi, że za mało żywicy w tych miejscach dałem (niby proste, niby człek się stara, ale...). Ale skoro w laminacie wszystko można poprawić, to i takie coś także.
Potem powtórka traserki denników, sprawdzenie z szablonem góry balastu. Drobne przesunięcia były. A to dlatego, że denniki były trasowane kiedyś przy założeniu, że sworznie są dokładnie w środku dużych otworów w dnie. Nie do końca jest to prawda i trzy denniki przesunęły się o kilka mm. Wszystkie takie prace są czasochłonne, a może ja się z tym zbytnio pieściłem. Ale lubię, jak jest równo i dokładnie.
Wylaminowanie całego wgłębienia na równo z resztą dna
To białe, co widać, to firet - specjalny grubszy materiał, jako wypełniacz, żeby się nie zalaminować na śmierć, a odporny na ściskanie. Zastosowany w sumie tylko w przedniej części wgłębienia, i niepotrzebnie. Trzeba było całość wylaminować jednorodnie i na raz.
Inna sprawa, że cały ten występ w dnie jest po cholerę i nie wiem czemu go zrobili. Wzdłużne usztywnienie dna nie jest potrzebne, bo balast usztywnia najlepiej. Trudno dopasować balast do tego występu (czy raczej odwrotnie), no i w środku też same komplikacje. Gładkie dno byłoby znacznie bardziej praktyczne.

Widać na zdjęciach piękny, zielony kolor. Łącznie 17 pakietów, czyli zestawów mata-biaxial.

Tak w ogóle, to drugi raz robiłbym w innej kolejności. Trzeba było nie tykać denników, tylko zrobić wszystko w tej wnęce. A najlepiej byłoby wypełnić ją całą laminatem. I dopiero potem zabrać się za denniki. Tak to była strata czasu. Inna sprawa, że ja nie wiedziałem jak to wszystko wyjdzie i chciałem mieć obraz. To właśnie brak doświadczenia powoduje, że robimy coś za długo, za wolno i nie w tej kolejności.

Jednego dnia po pracy zebrała się mocna ekipa (bo aż cztery sztuki) i przypasowywaliśmy balast do jachtu. A konkretniej sworznie do otworów. Których to otworów w większości nie było. Wyszło na to, że sworznie są krzywe (no, część). W sensie, że pochylone w różne strony. Dobrze zrozumiałem, czemu stare otwory pod sworznie były takie nadwymiarowe.
W każdym razie przesunęliśmy te 1200 kg pod środek jachtu, potem podnieśliśmy w górę. Przypasowaliśmy, narysowaliśmy korekty, wykonaliśmy korekty otworów przy pomocy narzędzia typu zdzierak/frez do wiertarki. Genialne urządzenie. Balast na dół, poprawki frezem, balast do góry, na dół, poprawki, do góry i tak kilka razy. W końcu wlazł. Wyszło na to, że balast poprzednio był lekko nierównoległy do osi jachtu. Odrysowałem sworznie i podkładki, balast na dół. Ustawiony znów z boku sań, ale już znacznie wyżej, czekał na swój czas.
Że nam się przy tych manipulacjach nie wykopyrtnął, to znak, że Teliga nas wspiera :)
Można też przyjąć, że stojak do balastu został całkiem niegłupio zaprojektowany i zrobiony


Wszystko podszlifowane (także to co mi jeszcze podpadło), dennik pod pilers wklejony.


Wyszlifowałem boki, wyrównałem do poziomu. Frezem wiertarkowym i pilnikiem zrobiłem na gotowo 8 otworów pod sworznie balastowe (cztery trzeba po laminowaniu ponownie wywiercić, ale wiem gdzie) - to pokłosie środowego pasowania balastu i znakowania flamastrem odchyłek. Jeszcze raz wyznaczyłem położenie denników (są w kilku korekty o kilka mm). Wkleiłem na gotowo dwa denniki, a pozostałe (w tym pierwszy, najtrudniejszy) są w różnym stadium zaawansowania.






Druga część opisu