Elektryka - rozbudowa, czyli trzeci etap
23.12.2019r.

To nie tak, że ja lubię prace elektryczne. Po pierwsze trochę dużo tego było. Po drugie prace elektryczne są cholernie czasochłonne. Po trzecie niemal wszystkie elementy elektryki są na jachcie trudno dostępne i bardzo źle się cokolwiek robi. Raz że niewygodnie, a dwa, że trzeba często sporo rzeczy wyjąć/przełożyć/zdemonotwać, żeby uzyskać dostęp do miejsca, jakiego potrzebujemy.

Zaczęło się od niby drobnej naprawy zaraz po sezonie. Lampka kabinowa nad nawigacyjną znów przestała świecić. Tym razem sprawa była poważniejsza, bo dłuższe śledztwo i pomiary wykazały, że uszkodzony jest kabel zasilający, minusowy. Przebieg i logika kabli od oświetlenia kabiny są niejasne, a same kable w dużej części wędrują przez wnęki kabiny. Rozzłoszczony, po rozebraniu złączek kabli w kibelku pod listwami maskującymi i w lampach na grodzi, po rozwierceniu dremelkiem laminatowej kształtki przy lampce, w końcu stwierdziłem, że uszkodzony kabel w korytku dachu kabiny jest zalany żywicą i mogę się cmoknąć - nie ma mowy o wymianie. No dobra, pociągnąłem przewód minusowy prosto do lampki z TG - bo najbliżej i zbytnio nie widać.
Ale podłączając ten kabel znów stwierdziłem, że trochę dupowato jest, że nie mam schematów. Pojawił się punkt do zrobienia - pełne schematy instalacji, połączeń, w postaci elektronicznej, a nie rysowane ołówkiem na kolanie.
Trzecią pracą, planowaną od połowy sezonu, miało być wykonanie koło rozdzielni kącika ładowania wyposażenia typu akumulatorki, szperacz, UKF-a, telefony i co tam jeszcze trzeba ładować.
Od ostatniego remontu na TG były dwa gniazda zapalniczki i podwójne gniazdo USB. Okazało się, że kupiona przed sezonem ładowarka akumulatorków chodzi może nie na okrągło, ale naprawdę często. Poza tym telefony mają swoje potrzeby, UKF-ka, potem doszedł szperacz.
łeczka przy RG nie była dobrym miejscem: ciasno, na fali wszystko może zlecieć, poza tym jest to w zasięgu bryzgów z zejściówki. Niby nic, ale wystarczy jedna, pechowa fala i straty będą duże.
Wymyśliłem, że należy wszystko przenieść do szafki obok. Dorobić w środku szafki dodatkowe gniazda zasilające i półkę na osprzęt, żeby nie zajmować całej szafki. Wygodniej i bezpieczniej dla sprzętu, bo wszystko jest schowane. Dodatkowy wyłącznik na tablicy pozwala oszczędzać energię nie wyjmując zasilaczy z gniazd, gdy kącik akurat nie jest używany.
Cała praca zaczęła się oczywiście od zrobienia półki, co wcale nie było takie łatwe na jachcie i ze skromnymi narzędziami. Ale wyszło aż za bardzo solidnie i nawet dość ładnie pomijając białą listwę zabezpieczającą - nie bardzo miałem z czego tej listwy zrobić, padło na pasek z tworzywa, który był pod ręką. Gdy już wszystko grało, półkę trzeba było zdjąć i zamontować same gniazda. Potem te gniazda trzeba było podłączyć, na szczęście blisko, bo do TG obok. Problem był z włącznikiem tych gniazd. Kupiłem po raz pierwszy wypasiony, wodoodporny włącznik, który ma ten feler, że jest dość duży. W końcu z tablicy wyleciało jedno gniazd zapalniczki, drugie zostało przestawione i miejsce na włącznik się znalazło.
Idąc za ciosem i patrząc w listę prac, zamontowałem jednocześnie zasilacz pięciowoltowy. To napięcie w gniazdach USB, ale wyprowadziłem je także na kostkę w rozdzielni. Może być, i już kiedyś było to napięcie potrzebne do zasilania anteny GPS-u. Anteny co prawda jeszcze na stałe nie ma, ale potrzeba została.
Bezpiecznik do tego obwodu zawsze można wyjąć. Zasilacz widać na trzecim zdjęciu - to czarna kostka (hermetyczna!) pod gniazdami. Trzecią rzeczą do zamontowania był monitor baterii. Widać jego ekran na czwartym zdjęciu.





Monitor baterii wcześniej uznawałem za fanaberię i luksus (C by Urbańczyk). Tylko że w regatach w zeszłym roku taki monitor wylosowaliśmy. Skoro już był, i go nie sprzedałem w celu uzyskania gotówki, no to może warto... Zwłaszcza że ostatnie dwa sezony pływamy z autopilotem, który swoje potrzeby energetyczne ma, i który to autopilot mocno zachwiał bilansem prądowym i autonomicznością elektryczną jachtu. Bez autopilota akumulator wystarczał na wiele dni żeglugi non-stop, co w zasadzie zamykało temat. Wiadomo było, że w porcie się podładujemy, a ile zostało, nie ma co wnikać. Wystarczyło pilnować napięcia, żeby nie zniszczyć akumulatora, co w zasadzie i tak było nierealne.
Autopilot to zmienił i wprowadził pewną nerwowość. Monitor baterii pokazuje ile jest jeszcze amperogodzin. Poza tym, mając funkcję amperomierza, pokazuje aktualne zużycie/ładowanie. Zastąpił więc na tablicy używany wcześniej amperomierz analogowy, który w małych zakresach prądu był bardzo mało dokładny.
Oczywiście żeby to wszystko zrobić, trzeba było odpiąć wszystkie kable od płyty czołowej rozdzielni.
Wywiercenie otworu pod monitor w miejscu amperomierza nie było takie wcale łatwe, ale poszło całkiem sprawnie (mam wycinarkę otworów z wiertłem prowadzącym i płynną regulacją średnicy).
Bardzo nie chciałem dorabiać nowej płyty czołowej.
Ale montaż monitora w rozdzielni to pikuś. Prawdziwą rozpierduchę zrobił montaż bocznika do tegoż monitora. Trzeba było odłączyć i wyjąć akumulatory z wnęki pod kokpitem (a dostęp jest tam naprawdę słaby), zamontować bocznik, doprowadzić do niego cześć cienkich przewodów zasilająco pomiarowych, dodać kawałek grubego kabla między jednym akumulatorem a bocznikiem. W efekcie przerobiłem trasę dwóch kabli minusowych (i to jest plus, są krótsze, biegną inną, lepszą trasą, tak samo ja przewody do monitora).
Zajęło to trochę czasu, wymagało kupna grubej koszulki termo, końcówek na przewody 35 mm2 kwadratowych, końcówek na przewód 16 mm2. Oraz przywiezienia z domu zagniatarki hydraulicznej, żeby to wszystko ładnie połączyć końcówkami oczkowymi. Zagniatarkę i hydrauliczną i małą zwykłą mam oczywiście, więc jestem niezależny. Mogę zagniatać do woli, a sporo tego było, zwłaszcza na małych przewodach.
Mam też opalarkę, więc mogę kurczyć koszulki termo także do woli... ;)
Na zdjęciach widać bocznik i przymiarki oraz akumulatory po podłączeniu wszystkiego na stałe.


Było jeszcze coś, co mnie męczyło. Nowa ładowarka akumulatorów. Wpisana do zrobienia kiedyś tam. Ale że trafiła się okazja kupienia ładowarki, używanej, ale takiej jaką chciałem - to kupiłem.
Stara ładowarka nie była wcale taka stara, i służyła dobrze przesz kilka lat, utrzymując akumulatory w dobrym stanie. Ale okazało się w praktyce, że prąd ładowania 10A to trochę mało. Poza tym, ma tylko jedno wyjście i trzeba ręcznie sterować, który akumulator się ładuje. I po trzecie - ma ośny wentylator, który chodzi cały czas. Tym niemniej ładuje bardzo dobrze.
W praktyce wszystkie te wady okazały się dość kłopotliwe, ładowanie zajmowało niepotrzebnie uwagę i czas załogi, wymagało ładowania w środku tygodnia przed kolejnymi regatami. W każdym razie było to zawsze zadanie do wykonania.

Nowa ładowarka jest dwuwyjściowa (co prawda jedno wyjście jest tylko podtrzymujące, ale normalnie to wystarcza dla aku rozruchowego), ma cichy wentylator z dodatkową funkcją wyłączania go na noc, no i prąd ładowania w główym obwodzie to 15A, więc działa szybciej, oszczędzając nasz czas i uwagę. Mam w każdym razie taką nadzieję.
Żeby ją podłączyć trzeba było pociągnąć do aku dwa nowe przewody (poprzedni przewód ładowania był znacznie krótszy, bo wchodził na amperomierz w bakiście. Przewód minusowy też był krótszy, więc trzeba było w efekcie pociągnąć trzy nowe przewody.


Nowa ładowarka ma także panel sterująco-informacyjny, który widać na zdjęciu. Fajny bajer, ale raczej go nie zamontuję. ówny wyłącznik ładowarki jest i tak z tyłu urządzenia, włącznik trybu nocnego z przodu, dioda informacyjna także jest na ładowarce, więc szkoda miejsca, ciężaru i kłopotu.

Czy to wszystko poprawi osiągi jachtu i załogi? Zależy. Wagowo jesteśmy na minus, przybyło w sumie około 3,5 kg. Nowa półka, nowa ładowarka (ciężka, waży 2,4 kg, a stara tylko 0,62 kg), bocznik, kilka kabli więcej (choć trzy udało się skrócić), zasilacz 5V (no, to jest malutka kostka), gniazda ładowania w szafce.
Za to ładowanie wszystkiego w morzu będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze dla sprzętu. Kontrola w morzu nad stanem akumulatora pozwoli spać spokojniej i nie myśleć o tym za wiele. Ładowanie w porcie będzie o wiele szybsze, ciche i praktycznie bezobsługowe - to duża zmiana na plus.
Cała rozbudowa zajęła w sumie 6 dni - trzy weekendy. Długo.
I na koniec anegdotyczny przykład tego, jak człowiek potrafi czasami zgłupieć. Wczoraj prace się kończą. podłączam do akumulatorów ostatnie kable, wkładam bezpieczniki w gniazda na niektórych kablach, przykręcam do podłoża jeden i drugi akumulator. Włączam w bakiście bezpiecznik zabezpieczający tablicę główną i kabel do niej. Wchodzę do kabiny (po wypełznięciu z bakisty) ciesząc się, że znów na jachcie będzie światło. Bo brak światła sufitowego jest męczący, sama czołówka to mało.
Patrzę na monitor baterii - mruga, coś pokazuje. Włączam woltomierz - pokazuje napięcie. Patrzę na TG - nie ma światła na gnieździe usb - a to swoisty wskaźnik zasilania tejże tablicy. Nosz kur... Zgłupiałem do tego stopnia, że wziąłem miernik i mierzę napięcie na kablu w TG - nie ma. Przyszedł na chwilę gość, życzyliśmy sobie dobrych świąt. Poskarżyłem się, że coś musiałem spieprzyć, ale co? To niemal niemożliwe. Jeszcze sprawdziłem czy działa ładowarka - działa i ładuje. No to co jest do licha???
Zmartwiony i zniechęcony, wziąłem do ręki miernik, kilka narzędzi, wyszedłem z kabiny, otworzyłem bakistę, zajrzałem do środka. Tak panie i panowie, instalacja elektryczna lepiej działa, i w ogóle działa, jak się włączy główny włącznik... Kurtyna!