Bitwa o
Gotland.
Długie, jak na Bałtyk, i trudne regaty. Trudne
wielokrotnie, bo i pora roku i trasa długa, i samotnie.
Samotny żeglarz, Andrzej Urbańczyk, już dawno napisał, że
samotna żegluga jest niezgodna z przepisami COLREG oraz
jest niezgodna z dobrą praktyką morską. Z tego prostego
powodu, że czy w regatach, czy w żegludze dowolnej innej
(turystyka, rekord, wyczyn) nie da się, realnie, zapewnić
ciągłej i dokładnej obserwacji otoczenia. Jest to z
oczywistych przyczyn niemożliwe. I wszyscy to wiedzą,
także w krajach o wiele bardziej morsko rozwiniętych niż
Polska. Nikt też z tego nie robi problemu. I nikt nie
zrezygnuje z tego powodu z Vendee Globe, Mini Transat czy
z Bitwy o Gotland.
Głównie dlatego, że ryzyko ponosi w zasadzie wyłącznie
żeglarz. Bo zderzenie nie jest groźne, realnie rzecz
biorąc, dla innych jednostek niż jachty.
Poza tym do zderzenia może dojść gdy na obu jednostkach
nie jest prowadzona należyta obserwacja, a to przecież
jednostek zawodowych absolutnie nie dotyczy.
Czy może się mylę?*
A więc ryzyko jest. Ryzyko zderzenia z czymkolwiek, ryzyko
zderzenia z innym jachtem. Ryzyko wplątania się w sieci,
wpadnięcia na mieliznę czy skały. Ryzyko uszkodzenia
jachtu o cokolwiek po drodze, ryzyko wypadnięcia za burtę,
ryzyko choroby czy kontuzji. Ryzyko awarii jachtu.
Niektóre z tych zagrożeń dotyczą w ogóle żeglarstwa, nie
tylko samotnego.
I znów - to oczywiste, wiadome. Natomiast na ile świadomi
zagrożeń są zgłaszający się do regat, to zupełnie inna
historia.
BoG to regaty. Czyli wyścig, rywalizacja. Żeglarze dzielą
się na tych, którzy startują w regatach, i na tych, którzy
w nich nie startują.
Jest też trzecia grupa: żeglarzy startujących tylko w
Bitwie lub innych regatach samotnych o charakterze
wyczynowym (np. Silverruder). Dla mnie, jako
żeglarza-regatowca, z mojego punktu widzenia, jest to
zupełnie nieracjonalne.
Punkt widzenia mówi o tym, że w regatach startuje się po
to, żeby zająć jak najlepsze miejsce. Nie dopłynąć, nie
być ostatnim, ale być przynajmniej przedostatnim. A
najlepiej pierwszym. To dotyczy każdej rywalizacji, od gry
w brydża, przez siatkówkę z kumplami na plaży, po regaty.
Inne założenie sportowo nie ma sensu.
Oczywiście trzeba być realistą i wiedzieć, że np. z powodu
sprzętu nie ma się szans na podium. Ale nawet wtedy walczy
się o jak najlepszy wynik, choćby o przedostatnie miejsce.
Zaraz padnie argument, że wiele osób biegnie w maratonie
tylko po to, żeby go ukończyć. Ale to jest też
nieracjonalne, bo trasę maratonu, czy trasę dookoła
Gotlandii można pokonać poza zawodami czy regatami.
Konsekwencje startu żeglarzy, którzy nie pływali w
regatach w ogóle, są wielorakie. Ważne jest przede
wszystkim to, że ktoś, kto w regatach nie pływa, naprawdę
nie wie, i nie jest to żadna ujma, jak wiele można z
jachtu wycisnąć, jeżeli umie się to zrobić. Oraz tego, że
żeby się nauczyć, trochę jednak w regatach trzeba
popływać.
Urbańczyk, którym znów się podeprę, napisał też dawno, że
wiele osób, chcących ruszyć na morze, dokonać jakiegoś
wyczynu, zrobi wszystko, żeby ruszyć. Wszystko z wyjątkiem
spróbowania wcześniej w mniejszej skali...
Inny problem to znajomość (lub nie), przepisów regatowych
i klasowych. O ile z regatowymi można sobie poradzić, choć
czasami też są wpadki, to z klasowymi ORC jest już o wiele
gorzej. Po pierwsze wiedza o zgodności świadectwa z
rzeczywistością. Po drugie jakie w ogóle świadectwo, w
jakiej konfiguracji, żeglarz chce?
I znów, nie jest to wiedza do opanowania w jeden wieczór.
Niezbędne są starty w regatach, i to w regatach ORC.
Więc dlaczego nie spróbować wcześniej w regatach wyczynowo
łatwiejszych? Od każdych regat w sezonie, przez regaty
samotników i doublehanded, po regaty nocne.
Pomiary jachtu, wyrabianie świadectwa ORC tuż przed Bitwą,
zmiany konfiguracji w ostatniej chwili też nie są dobre.
Mogą być błędy, świadectwo nie jest optymalne. Szkoda się
męczyć na tak długiej trasie mając świadomość, że przy
poprawnym przygotowaniu świadectwa ORC, mielibyśmy większe
szanse na lepszy wynik.
Powyższe rozważania można zaliczyć do grona
filozoficzno-psychologicznych. Żeby było jasne, nikogo nie
chcę odwodzić od startu. Chcę tylko skłonić do refleksji,
co nami kieruje i czemu akurat REGATY...
Po zawodnikach, którzy są bardzo różni i z różnymi
motywacjami, czas przejść do jachtów. Zdarzają się jachty,
które do tych regat nadają się słabo. Rzadko tak bywa, ale
trudno jest zapisami w regulaminie te łódki wyeliminować.
Chodzi o rodzaj/kształt/lekkość, o ogólny stan jachtu
oraz, co tak samo ważne, o wyposażenie.
Gdyby przyjąć dla jachtów ze świadectwem ORC indeks
stateczności (stability index) wymagany dla regat OSR
kategorii trzeciej (czyli 103 stopnie) to od razu kilka
jachtów miałoby problem z kwalifikacją do regat.
Jeżeli chodzi o główny podział stanu jachtów, to przebiega
on między jachtami prywatnymi i czarterowymi. Czarterowe
mogą być w gorszym stanie niż prywatne (choć nie zawsze),
ale często mają gorsze wyposażenie jeżeli chodzi o żagle i
osprzęt przydatny w regatach w ogóle, a w samotnych w
szczególności. Z jachtami prywatnymi też nie musi być
idealnie. Tutaj decyduje czas posiadania jachtu przez
żeglarza i stan finansów. Proza życia, ale nie każdy i nie
od razu może sobie pozwolić na wszystko. Zwłaszcza że to
co jest potrzebne w długich regatach samotników, nie jest
niezbędne w pływaniach innego rodzaju.
Powszechnie niedocenianą kwestią są żagle. Żagle na każdą
pogodę, komplet żagli. Od tego roku w BoG wymagane są foki
sztormowe i ogólnie żagle sztormowe. Ale prawda jest taka,
że nie każdy jacht (z rolerem) ma dobrze przygotowaną
możliwość stawiania tego foka. Możliwość głębokiego
refowania grota lub stawiania trajsla też nie każdy ma. To
znaczy, teoretycznie jachty mają żagle sztormowe. Ale
niektóre rozwiązania, zwłaszcza przy sztormowaniu pod
wiatr, mogą być bardzo nieefektywne.
Tylko że żagle sztormowe to dopiero część problemu.
Brakuje na jachtach żagli na silny wiatr, głównie
mniejszych foków, ale i możliwości refowania grota dalej
niż na pierwszy ref. Nie docenia się tego, bo w regatach
załogowych, z dużym balastem na burcie, ze sternikiem
skupionym na sterowaniu, można nieść o wiele większe
żagle, niż w drugiej dobie samotnych regat.
Jedyną na jachcie, dużą genuę, może szlag trafić, i wtedy
jest po regatach. I znów - dopłynąć do mety się da, ale
wracamy do początku: walczymy o jak najlepsze miejsce, bo
to regaty. Inna zupełnie kwestia to realna możliwość
wymiany sztaksla (jeżeli jest coś na zmianę) na dużym
jachcie - z tym bywa słabo.
Instalacja elektryczna to temat rzeka i skrócę go
maksymalnie. Jej stan to jedna rzecz. Bez porządnego
remontu zawsze będą kłopoty. A ile jachtów ma dobrze
zrobioną instalację elektryczną? Nawet nowych jachtów...
Normalnie jachty na Bałtyku pływają dobę lub dwie. Potem
port i ładowanie akumulatorów. W BoG jest inaczej. Pracuje
autopilot, pracuje elektronika, pracuje UKF-ka. I tak
kilka dni. Z jednej strony wychodzą wtedy wszelkie
niedoróbki w instalacji. Z drugiej – nie domyka się bilans
prądowy. Jedni radzą sobie w taki sposób, że regularnie
włączają ładowanie silnikiem. Inni muszą zacząć
oszczędzać. Oby nie kosztem oświetlenia i łączności.
Kłopoty ze stanem akumulatorów powodują dalsze kłopoty z
ładowaniem telefonów, tabletów, laptopów, akumulatorków do
latarek czy ręcznych ukf-ek itd. Problemy z prądem mogą
być nawet na Mini, teoretycznie przygotowanych do długiej
żeglugi regatowej. Ale czy na niemal jesiennym, pochmurnym
Bałtyku?
Łączność jest wymagana i jest przydatna. Ale jakość
instalacji radiowej na jachtach jest bardzo różna.
Zdarzają się takie jachty, które z odległości powiedzmy 5
mil są słyszane słabo i z zakłóceniami. Kolejny problem:
co z zapasową anteną do radia, potrzebną gdy złamie się
maszt?
Kluczowym elementem na tych regatach jest autopilot. Są
jachty z dobrym autopilotem, sprzężonym z dobrą
elektroniką. Chodzi głównie o wiatromierz. No właśnie.
Wiatromierz powinien być odpowiednio wysokiej klasy.
Dobrze skalibrowany. Bez tego o dobry wynik będzie ciężko.
A gdy dodamy do tego przeżaglowany jacht, z niekoniecznie
dobrze ustawionym takielunkiem, to mamy walkę na sterze,
nieefektywną żeglugę, i szybką awarię przeciążonego
autopilota. Do tego i/lub zwiększone zużycie tak
deficytowego prądu.
Samostery wiatrowe są rzadkością.
Wracamy do podstawowego problemu instalacji elektrycznej
(poza jakością instalacji), czyli do bilansu prądowego.
Musi być możliwość uzupełniania energii. Tak naprawdę mało
który jacht jest na morzu rzeczywiście autonomiczny
prądowo, ze wszystkimi z tym związanymi negatywnymi
konsekwencjami.
Co w przypadku blackout'u? Nie ma autopilota, pozostaje
albo samoster, albo różne chałupnicze metody choćby
blokowania rumpla/koła. Co z nawigacją? Mapą papierową i
realnie działającym dłuższy czas, wodoodpornym, ręcznym
GPS-em? Zapasem baterii? Co ze światłami nawigacyjnymi? I
tak dalej...
Więcej jest w formularzu inspekcyjnym, spora część
wyposażenia musi być na jachcie i jest to sprawdzane. Ale
diabeł tkwi w szczegółach.
Kolejna rzecz to jakość osprzętu pokładowego, oraz
kondycja/siła/wydolność żeglarza.
I teraz będzie brutalnie (ale mnie to też dotyczy). Im
starszy jest żeglarz, im więcej waży, im wolniej się
porusza, im mniej ćwiczył i siłę i wytrzymałość, tym
lepszy musi mieć osprzęt.
Niestety, ale kondycja jest potrzebna, żeby osiągnąć dobry
wynik. Olbrzymia odporność pomaga ukończyć regaty, ale co
z dobrym wynikiem?
I znów, potrzebny jest osprzęt, czego nie widzimy tak
drastycznie w regatach załogowych.
Jak wiemy, waga i kondycja nie są czymś, co da się uzyskać
w tydzień.
Warto też wiedzieć, że tracking całkiem dobrze pokazuje
jakość żeglowania. Widać koncepcje albo ich brak, widać
zwroty, zmiany żagli, ale i błędy i zmęczenie. Niewiele
się ukryje.
Nie chcę absolutnie odwodzić nikogo od startu. Regaty są
po to, żeby w nich startować. Jak najbardziej warto!
Ale na pewno warto się lepiej przygotować. I startować
wcześniej w innych imprezach. Nowicjusze regatowi dowiedzą
się czego nie wiedzą o regatach, startując w ogóle w
regatach. Nowicjusze regat samotnych przekonają się, że
regaty samotników jednak różnią się od regat załogowych.
Warto dowiedzieć się więcej o ORC, w końcu w tej klasie
walczy się o główną nagrodę.
Nawet jeżeli ktoś nie ma doświadczenia, nie ma najlepiej
przygotowanego jachtu, może potem żałować, że po trudach i
kosztach przygotowań oraz po trudach żeglugi, przez głupie
czasami błędy, przegrał lepszą pozycję o włos...
Na koniec refleksji (choć temat wcale nie został
wyczerpany) cytat z książki Richarda Konkolskigo „Samotnie
przez Atlantyk”. Autor startował kilka razy w OSTAR,
okrążył samotnie świat.
„Samotna żegluga, która przybiera charakter wyścigu,
zwiększa istotnie wymagania stawiane samotnemu żeglarzowi.
Narzuca wybór jachtu... ...a poza tym w czasie regat
żeglarz nie może sobie pozwolić na zrzucenie żagli i
odpoczynek. Każde regaty wymagają doskonałego
przygotowania fizycznego, aby żeglarz mógł płynąć pod
największą powierzchnią żagli jak najszybciej do mety.
Taka żegluga wymaga nieustannego ograniczania snu. Żeglarz
musi nieustannie pilnować właściwego kursu i optymalnej
szybkości. Musi doskonale wiedzieć, z dokładnością do
dziesiątych części węzła, pod którymi żaglami jacht płynie
najszybciej przy danym kierunku wiatru i w danych
warunkach panujących na morzu. Musi umieć wybrać każdy
szot niemal z dokładnością centymetrową, aby osiągnąć
najlepszy kształt żagla, decydujący o szybkości jachtu.”
* To była, gdyby ktoś nie zauważył, ironia.