Nie da się
ukryć, że jestem armatorem. Dyskusje o sensie posiadania
jachtu były nie raz. Temat gryziony od różnych stron.
Uznawałem zawsze, że okoliczności mogą być tak różne, że
w sumie każdy sam sobie musi na pytanie „czy warto”
odpowiedzieć... Warunki rodzinne, finansowe, służbowe,
rodzaj pływania, akweny ulubione, odległość do ulubionej
wody, stałość w upodobaniach, zdolności techniczne i
wiele innych są tak różne, że nie ma rozwiązań wspólnych
i prawd jedynie słusznych.
Okazało się, że niechęć do omawiania tematu zatrzymuje
się, gdy pojawiają się kwestie obiektywne.
Albo mogące za takie uchodzić.
Bo sama chęć posiadania mieści się w kategorii rozważań
filozoficzno-egzystencjalnych.
Ale warunki tegoż posiadania - wcale nie.
Jak wspomniałem, temat chodził mi po głowie od dawna,
ale impuls dał artykuł Andrzeja Remiszewskiego
(Colonela) o sensie posiadania jachtu. Artykuł bardzo
ciekawy, bo nie dający prawd objawionych, ale pokazujący
kierunek myślenia i to, na co warto zwracać uwagę,
zastanawiając się nad dylematem „mieć, czy nie mieć...”.
Skoro Andrzej napisał w zasadzie wszystko, to o czym
jeszcze mówić? Po namyśle doszedłem do wniosku że
brakuje uzupełnienia tekstu o aspekt posiadania jachty
przez osobę, która lubi regaty. Andrzej w regatach nie
pływa i ten punkt spojrzenia na „manie” jachtu jest mu
obcy.
Druga rzecz to kwestia czysto techniczna, a dokładniej
finansowa. Chodzi o niby drobiazg, czyli o ile rośnie
koszt jachtu wraz ze wzrostem jego wielkości. Że rośnie,
to wiemy. Wiemy że nie rośnie liniowo, ale bardziej. O
ile bardziej? Tutaj pojawia się spór, który wcale nie
jest nieistotny. Albo inaczej: jest bardziej istotny,
niż się wydaje. Moje szacunki są inne niż szacunki
Andrzeja i na tym w sumie można byłoby poprzestać. Co za
różnica czy metr przyrostu długości zwiększa koszt
utrzymania jachtu o 20% czy o 50%? Moim zdaniem różnica
jest bardzo ważna i może to być wytłumaczenie, czemu tak
często jachty nie są w tak dobrym stanie, jak powinny
być. Czemu są sprzedawane i czemu nietrafiona inwestycja
bywa tak czasami bolesna.
Innymi słowy chodzi o to, czemu jacht nie powinien być
za duży.
Żeby było jasne: nie pretenduję do miana wyroczni, bo
zmiennych jest bardzo dużo. Ktoś może mieć inne
wyliczenia i każdy z nas zostanie przy swoim zdaniu.
Artykuł Andrzeja ukazał się na jego stronie prywatnej (która już nie istnieje) oraz na znanym
serwisie Jurka Kulińskiego.
Warto zerknąć!
Po tym dość długim wstępie można przejść do meritum.
Jacht używany także do regat. To w naszych zatokowych
warunkach oznacza więcej pływania weekendowego i dobrą
okazję do tegoż żeglowania. Oznacza także, że pływanie
nudzi się mniej niż turystyczne wypady do kilku
zatokowych portów. To wszystko pod warunkiem, że ktoś
lubi regaty.
W takiej sytuacji kalkulacje warto/nie warto, zyskują
spory argument za posiadaniem jachtu.
Z drugiej strony pojawia się minus - koszty
przygotowania jachtu. Na ile one są większe niż gdy
jacht jest tylko do turystyki, to można się długo
spierać. Głównie dlatego, że sprawa jest bardzo płynna i
wielostopniowa (np. żagiel średni, lepszy, „lepsiejszy”,
najlepszy czy wyśmienity). To samo dotyczy osprzętu
pokładowego, elektroniki, przygotowania dna albo
wyposażenia ogólnie.
Tylko że jacht przygotowany do regat będzie także
turystycznie pływał lepiej, szybciej i dając armatorowi
więcej przyjemności. Jeżeli chodzi o wyposażenie, to
sprawa jest także dyskusyjna. W regatach coś trzeba
mieć, ale te wymagania zazwyczaj są rozsądne i podnoszą
poziom tak fetyszyzowanego bezpieczeństwa. Przykładem
niech będzie zapasowa antena radiowa, zapasowe światła
nawigacyjne, wymagany w kokpicie nóż, latarki, szperacz,
ręczna UKF-ka czy słynne kołki do zaślepiania zaworów.
Także rzeczy już wyraźnie związane z bezpieczeństwem,
jak np. koc gaśniczy, gaśnice, grab-bag lub odpowiedni
stopreling na pokładzie dziobowym. Oraz, wyraźnie
wymagane, żagle na gorszą pogodę, czy wręcz sztormowe.
Żagle na kursy pełne mocno podnoszą jakość turystyki z
wiatrem.
Chodzi mi
o to, że część kosztów związanych z przygotowaniem
jachtu do regat, warto (lub należy) ponieść pływając
turystycznie. Regaty to tylko wymuszają.
Oczywiście są ewidentne różnice w kosztach, jak jakość
żagli lub koszty pomiarów i świadectw.
Reasumując: pływanie w regatach jest silnym argumentem
za posiadaniem własnego jachtu.
Teraz zupełnie inny temat, czyli koszty posiadania
jachtu w ogóle.
Koszty mogą zupełnie zniszczyć radość z posiadania
jachtu. Bardzo trudno jest nie przeinwestować podczas
zakupu jachtu. O tym, że jacht większy jest droższy, już
było. O nieliniowym wzroście kosztów także już było.
Niby oczywiste. Ale tutaj pojawia się pierwsza pułapka.
Koszt utrzymania (świadomie używam tego słowa, bo ma
inny wydźwięk niż słowo eksploatacja) jachtu,
przyrastają szybciej niż koszty zakupu. Jeżeli ktoś
zastanawia się nad tym, czy kupić jacht 9-cio metrowy,
czy 10 metrowy, to różnice w cenie zakup poznał dobrze.
Ekstrapolacja tego na koszty utrzymania oznacza duże
niedoszacowanie kosztów utrzymania.
Moja teza: jacht dłuższy o jeden metr (LOA) jest o 50%
droższy w utrzymaniu.
Na obu naszych forach żeglarskich było już o to wiele
sporów, ale będę się przy tym szacunku upierał. Może być
45 procent, może być 60, ale nie 20%!
Nie ma znaczenia, czy rozpatrujemy jachty o długości 8 i
9 metrów, czy jachty o LOA 12 i 13 metrów.
Warunek: mówimy o wszystkich kosztach utrzymania w
perspektywie dobrych kilku lat. Im więcej tych lat, tym
bardziej ten szacunek idzie w górę.
Drugi warunek: nie mówimy o jachtach nowych, ze stoczni.
Chociaż...
W czym w ogóle jest problem? Chodzi o to, że wielkość
jachtu jest wartością „twardą”, jest to coś, co widać.
Stan jachtu jest cechą o wiele trudniejszą do
wychwycenia. Zgodnie ze znaną z psychologii zasadą
„czego nie widać, to nie istnieje”, jest to aspekt dość
mocno pomijany (wbrew pozorom!) przy kupnie jachtu i
później. Efekt po kilku latach jest oczywisty:
niedoinwestowany jacht, na którego utrzymanie w
dobrym stanie armatora po prostu nie stać. Co
gorsza, nie bardzo wiadomo dlaczego.
Druga rzecz to ewentualne straty. Gdy po kilku latach
okazuje się, że inwestycja była nietrafiona, to o wiele
mniej żal armatorowi kosztów wielkości kosztów samochodu
średniej klasy (dla małego jachtu) niż inwestycji życia
(dla dużego). W tym pierwszym przypadku może uda się
uniknąć rozwodu...
Oczywiście to wszystko zależy od możliwości finansowych,
ale większość ludzi jednak ma gdzieś granicę kosztów, na
przekroczenie której ich zwyczajnie nie stać.
Kupujmy jachty, pływajmy na nich, ale nie przesadzajmy z
ich wielkością!
Ktoś może zapytać, z jakiego kapelusza wziąłem 50% z
mojej tezy?
Znam bardzo dokładnie koszty utrzymania swojego jachtu,
bo wszystkie absolutnie wydatki na jacht (z wyjątkiem
kosztów samych rejsów i regat) zapisuję. Wiele wydatków
porównałem z jachtem o niecały metr większym. Znam też
dość dokładnie koszty utrzymania jachtów z dość licznej
floty klubu Gryf.
Za to rozmowy z armatorami są dość trudne: bardzo wiele
osób nie chce kosztów pełnych zdradzać, nie chce o nich
nawet pamiętać... Co już świadczy o tym, że jest tego za
dużo.