Pisząc ten artykuł zastanawiałem się do jakiego działu wstawić ten
tekst.
Z jednej strony są to rozważania mocno filozoficzne (więc pasują do
relacji), ale z drugiej strony mogą mieć jednak walor edukacyjny.
W efekcie trafił do edu-re. Może dlatego, że nie wiem, na ile mi
wyszły wstawki czysto felietonowe...
Stosowanie różnych wygodnych niby rozwiązań w kontrze do utraty
osiągów jachtu zestawiłem w innym artykule, całkiem na serio.
Spowalnianie
Nie ma co się powtarzać, dlatego ten aspekt będę pomijał.
Ten artykuł nie jest o tym, jakie wady i zalety mają poszczególne
rozwiązania. Zupełnie nie o to teraz chodzi, a podane przykłady są
tylko przykładami.
W tekście chodzi o to, żeby zawsze dobrze i uczciwie (dla samego
siebie) zebrać wszystkie cechy danego rozwiązania.
Nie mówię plusy-minusy, wady-zalety tylko właśnie cechy. Słowo cechy
jest neutralne i nie wartościuje.
Przy czym w tym artykule chcę mówić tylko o cechach dotyczących
obsługi danego rozwiązania. Świadomie pomijam słowa
wygoda-niewygoda, bo w nich jest wartościowanie.
Najpierw należy zebrać wszystkie cechy, wartościować możemy dopiero
potem. A to dlatego, że coś, co ludzie uznają za negatyw albo minus,
pomijają całkowicie albo bagatelizują. Co jest w sumie wprowadzaniem
w błąd. Innych, potencjalnie zainteresowanym danym rozwiązaniem,
albo siebie.
W efekcie ktoś, kto szuka informacji i rozważa coś u siebie, nie wie
o wszystkim, z czym dane rozwiązanie się wiąże.
I znów, teraz chodzi mi tylko o zestawienie wygody-niewygody, bo
jest to aspekt dość lekceważony i czasami trudny do uchwycenia.
Zwłaszcza gdy czegoś tam się nie używało.
A potem człowiek jest zaskoczony, po czasie, że owszem, tutaj jest
wygodniej/szybciej/lżej, ale za to trzeba zrobić to i tamto i
owamto.
Lazy jack uchodzi za wygodne rozwiązanie i jego zalety wymieniane są
ciągle.
Co mamy w zamian, po drugiej stronie bilansu?
Problemy przy stawianiu grota. Głowica zaczepia o linki (które
powinny być szeroko rozstawione). Z tego powodu, że zaczepia,
stawiać grota trzeba generalnie w linii wiatru, a więc jest to już
ograniczenie i konieczność planowania. Żagiel stawia się dłużej i
trudniej.
Linki mocujące trzeba zamontować, trzeba je regulować. Jeżeli nie
zwijamy lazy jacka na czas regat albo ogólnie pływania, to problem
jest mniejszy. Ale jak ktoś zwija, to dochodzą dodatkowe czynności.
Po postawieniu grota trzeba się przejść do masztu, poluzować linki
mocujące, zwinąć/sklarować. Potem, przed zrzuceniem grota, znowu
wszystko przygotować.
Gdy weźmiemy wszystko pod uwagę, to bilans się mocno wyrównuje.
Jedna wygoda wywołuje inne niewygody.
Topenantę niemal wszyscy mają albo chcą mieć. Topenanta po stronie
minusów oznacza dodatkową linę do obsługi, gdy ktoś do żeglowania
podchodzi bardziej serio. Poza tym, trzyma bom tylko w poziomie, a
strop na achtersztagu także grota blokuje w osi jachtu. Dodatkowa
lina, to dodatkowe czynności po postawieniu żagla i przed
zrzuceniem.
Szprycbuda i kabrio także nie są bezobsługowe. Po sezonie, ponieważ
łatwo pokrywają się pleśnią, należy je umyć. Cała operacja nie jest
wcale taka trywialna. Trzeba zdjąć z jachtu (co nie zawsze jest
szybkie), pracowicie wymyć odpowiednimi środkami, wysuszyć i potem
(albo wiosną), zamontować na jachcie. To całkiem sporo pracy
wymagającej miejsca, czasu i warunków.
Rolery ogólnie także uchodzą na pełne zalet. Ale minusy są. Raz, że
rolowanie może trwać długo (zwłaszcza genakerów), wymaga planowania
(nie na każdym kursie i przy każdej sile wiatru). Wydłużenie danej
czynności jest oczywiście formą niewygody, tak samo jak konieczność
planowania manewrów, już nie mówiąc o zmianie żagli.
Dwa, że żeby to działało, należy te rolery starannie konserwować. To
zajmuje sporo czasu, więc kolejny dzień dla nieleniwych jest zajęty.
Bilans zalet i wad jednak się pogarsza.
Czy warto mieć prysznic na jachcie? A kilka wc? Można przyjąć
różnie. Ale przed zimą trzeba te łazienki i kibelki wyczyścić,
opróżnić z wody albo zalać borygiem. To wszystko nie zajmuje
pięciu minut. Zresztą w ogóle sprzątanie łazienek jest czasochłonne.
Im jest ich więcej tym więcej godzin obsługi tych miejsc czy
instalacji należy policzyć.
Prysznice i ogólnie instalacja ciśnieniowa także wymaga obsługi
przed zimą. Jeżeli coś pominiemy to może to się okazać kosztowne.
Spojrzenie w drugą stronę. Przykład nierobienia czegoś, za to w
zamian konieczność zrobienia czegoś innego lub inaczej.
Większość armatorów zostawia na zimę jachty z masztami. Koszty
ściągania i stawiania wiosną i czas na to poświęcony są rzeczywiście
spore.
Ale maszt i tak wypada na zimę trochę przygotować. Niektórzy luzują
takielunek, który wiosną trzeba napiąć. Przynajmniej zdjąć
wiatromierz, antenę, zabezpieczyć przewody i gniazda. To oznacza
wjazd na maszt. Wiosną oczywiście czynności odwrotne. Jeżeli dodamy
do tego dobry zwyczaj sprawdzania masztu i takielunku (wycieczka na
maszt!), przesmarowania rolek i bloczków na postawionym maszcie, to
bilans wygody i niewygody robi się zastanawiający.
Żeby było jasne, to sam używam trochę rozwiązań, które w pewnym
aspekcie poprawiają wygodę albo ogólnie coś dają. Tylko że robię to
zawsze po namyśle i zbilansowaniu wszelkich (o ile je znam*) plusów
i minusów zastosowania czegoś tam.
Dobrym przykładem jest zbiornik fekaliów na jachcie. Przydatność w
portach niewątpliwa. Ale jego posiadanie znaczy też, że po sezonie
doszła w obsłudze jachtu kolejna czynność, czyli zadbanie o ten
zbiornik zimą. Ani to miłe, ani fajne, ale wypada zrobić porządki po
sezonie. Czas!
Przykładów można podać więcej, bo wszystko co jest na jachcie wymaga
uwagi/czyszczenia/konserwacji. Od stolika kokpitowego (jeżeli jest
demontowalny) do różnego wyposażenia elektronicznego.
Ktoś może powiedzieć: oj tam oj tam, chwilka i gotowe. Ale po
pierwsze to nie jest chwilka. Po drugie, gdy dodajemy na jachcie
kolejny element wyposażenia, o który należy zadbać, to może okazać
się po pewnym czasie, że lista prac jesienno-wiosennych robi się tak
długa, że pojawia się refleksja: a po diabła to wszystko...
Zniechęcenie? Zapewne także. Suma zysków z posiadania jachtu zaczyna
wyrównywać się z kosztami (w sensie pracy przede wszystkim i czasu,
nie mówię o finansach) tegoż posiadania.
Takie nieduże zmiany dochodzące co roku trudno jest zauważyć, ale
kiedyś ich suma staje się dolegliwa.
Jeżeli w skali roku zsumujemy godziny poświęcone na obsługę
wszystkich „wygód” jachtowych, to robi się z tego całkiem sporo dni
wyjętych z życiorysu.
Argument, że praca przy jachcie jest przyjemnością jest często mocno
naciągany. Zależy jaka praca, jak dużo i czyim i albo czego kosztem.
Zamiast poświęcać cały dzień na konserwację szprycbudy (to tylko
przykład!!!) może lepiej byłoby zrobić na jachcie coś innego? Coś,
co ma wpływ albo na osiągi albo na bezpieczeństwo.
Ewentualnie po prosto pojechać z rodziną na wycieczkę.
Warto też pamiętać, że gdy wiemy, z jakimi niewygodami wiąże się
dane rozwiązanie, to możemy próbować coś z tym zrobić. Ale żeby
próbować zminimalizować niewygody, trzeba je znać!
Problem też jest w tym, że gdy liczba prac do wykonania rośnie (o
wszystko co jest na jachcie trzeba dbać!) to zaczyna brakować
czasu/chęci/pieniędzy. Co powoduje odkładanie prac, które miały
pecha albo które nie są aż tak widoczne jak inne.
Np. dokładne przejrzenie takielunku - może w przyszłym roku. Wymiana
kabla antenowego - nie teraz. Przejrzenie żagli - może następnym
razem. Nasmarowanie rolek w taliach - później.
Tego nie widać, ale stan jachtu po cichu i wcale nie tak wolno się
pogarsza.
* Właśnie cały problem polega na tym, że żeby podjąć racjonalną
decyzję o stosowaniu jakiegoś rozwiązania, należy poznać wszystkie
plusy i minusy. Nie przyjmować sugestii od innych, że dany minus
jest nieistotny. Należy te minusy znać i samemu ocenić, na ile dla
nas są one istotne lub nie. Dla nas, w naszych warunkach, na naszym
jachcie, przy naszym charakterze i możliwościach.