To miał być dłuższy
wypad, głównie do Dziwnowa na Mistrzostwa Polski. Poza tym
- trochę turystyki, w wolnej chwili, rzecz jasna.
Trzy lata wcześniej, podczas pierwszego dalszego
pływania, dotarliśmy do Darłowa, zwiedzając
wszystkie porty po drodze. Tym razem cel był konkretny i
dopłynąć na czas było trzeba.
Czas, czas, czas. Trochę go zabrakło na przygotowania z
powodu obowiązków zawodowych. W sobotę, 30 lipca 2016,
ostatnie zakupy jedzenia, pakowanie jachtu i tak dalej i
tak dalej. W sile dwóch osób, czyli ja i Asia, szykujemy
się do wyjścia. Ale udaje się to dopiero o godzinie 14:50.
W sumie co za różnica, i tak mamy w planie płynięcie
non-stop do Dziwnowa. Wypływamy z AKM-u, wypływamy z
Górek, stawiamy żagle. Pogoda nawet ładna, trochę
wieje, na początku bajdewind, potem wiatr powoli odkręca i
trzeba halsować. Mijamy Port Północny, straszy nas
platforma wiertnicza na holu, która powoli bo powoli, ale
płynie na nas. Rozmowy ze znajomymi jachtami przez ukf-kę.
Ale pogoda się pogarsza.
No właśnie, w planach był spokojny przelot, miły jak
zawsze a dodatkowo wygodny z powodu zamontowania
autopilota. Taki był plan...
Na razie trzeba halsować, wiatr rośnie, fala takoż, wieje
już dokładnie w dziób. Czas się ubrać, bo chmury dookoła
zaczynają straszyć. Kilka mil przed Helem dopada nas:
przywiało, lunęło i to zdrowo, świat niknie w deszczu, nie
widać za wiele, jedyną orientację daje nam ledwo widoczna
platforma. Oczywiście GPS też wie, gdzie jesteśmy, ale na
razie płyniemy na wiatr, na kompas, zerkając na platformę.
Wcześniej trzeba się było zarefować, genuę zmienić na
foka, bo kto wie co będzie a chmury wyglądają groźnie. No
i naprawdę wieje. Cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak
trwać, pracowicie przebijając się pod fale. W końcu, w
końcu pada mniej, jeszcze mniej, wiatr słabnie. Robi się
miło, no prawie. Deszcze nie pada, można postawić genuę,
słońce nawet jakieś się pojawia. Ale za to wiatr siada
zupełnie. Spotykamy pod Helem Quicka, chwilkę rozmawiamy,
ale nasze drogi się rozchodzą. Oni płyną do Helu, a my
chcemy dalej. I tu jest problem, bo wiatru nie ma w ogóle.
Nie bardzo mamy wyjście, włączamy silnik, włączamy
autopilota, i na martwej fali jachtu rusza w kierunku
Władysławowa. Buja, ale lepiej bujać się i płynąć niż
bujać się i stać. Prędkość ustawiona na 5 węzłów, choć
oczywiście można szybciej. Tylko po co? Płyniemy tak aż do
Władysławowa. Wiatru nie ma, nie chce nam się płynąć dalej
na silniku, więc decyzja jest prosta. O godzinie 23:05
cumujemy we Władysławowie, z braku miejsca do burty
gryfowej Andromedy. Znajomi, więc nas nie wygonią. Tym
razem silnik chyba pobił swój rekord długości pracy, 5,5
godziny, brrrr.
Wychodzimy dość wcześnie, bez śniadania, zjemy po drodze.
Pogoda nawet ładna, coś wieje, ale trzeba halsować. Za
Rozewiem, ładnym jak zawsze w słońcu i dobrej pogodzie,
wiatr odkręca i ruszamy wzdłuż brzegu. Cieszymy się
autopilotem, to jednak duuuże ułatwienie dla dwuosobowej
załogi - połowa może spokojnie spać, gdy druga połowa
zajmuje się i żeglowaniem, i nawigacją, i kuchnią. Z
kuchnią nie przesadzajmy, chętnych do dużego gotowania nie
ma, ale przynajmniej herbatę spokojnie można zrobić.
Ale morze nie jest puste i trzeba sobie narzucić
dyscyplinę obserwacji. Autopilot jest fajny, ale trzeba
się pilnować...
Po południu wiatr znów siada, silnik włączamy na dwie
godziny. Warto zerknąć do baku, bo nie wiadomo ile tej
ropy zostało. Bak ma 20 litrów, a silnika pali... no
właśnie, tak naprawdę nie do końca wiadomo ile pali. Wg
dokumentacji 1 litr na godzinę, ale może ciut więcej. I o
to ciut „się rozchodzi”. Trochę zaczyna znów wiać, można
silnik wyłączyć. Zbliżamy się do Łeby. Wiemy z rozmów
telefonicznych, że jest tam znajomy Polled, także płynący
do Dziwnowa. Spotykamy się pod wieczór, oni dopiero co
wyszli z portu. A my znów płyniemy niezbyt szybko. Wiatr
powoli odkręca. Polled stawia genakera. Nam się niezbyt
chciało, ale skoro oni stawiają, to my także. Trudno, taki
los, nie można się obijać gdy inni mają motywację. Ruszamy
ostrym baksztagiem. Płyniemy całkiem szybko, wiatr
korzystny, zaczyna się robić ciemno. Potem jeszcze
ciemniej, ciemniej niż zwykle. Już wiemy, że coś się
będzie działo. Widać na trawersie światła Darłowa, widać
jeszcze światła Polleda, znacznie bliżej brzegu. Gdy
zaczyna kropić, w świetle latarki zrzucamy spinakera. Robi
się naprawdę ciemno, na horyzoncie od strony morza widać
błyski burzy. Niby jeszcze daleko, ale... Robi się
naprawdę ciemno (o ile to w ogóle możliwe), pada lekki
deszcz. Sytuacja robi się nieciekawa, przywiązujemy
solidnie genuę na dziobie, szykujemy się na burzę. I w
końcu, oczywiście około północy, uderza i wiatr i ulewa.
Ponieważ wieje z baksztagu, a przed dziobem mamy miejsce,
zrzucamy od razu całego grota. Klarujemy go
odrobinę, odłączamy autopilota, zapinamy dokładnie kaptury
sztormiaków i trwamy. Kokpit jest lekko oświetlany przez
kompas, z tyłu widać poświatę od lampy rufowej. Leje jak
jasna cholera, jacht na samym takielunku płynie równe 4
węzły w dobrą stronę. Jest tak ciemno, że w zasadzie ledwo
widać poświatę od lampy dziobowej. O obserwacji w tych
warunkach w ogóle nie ma co mówić. Gdyby cokolwiek było na
kursie, nie mamy szansy tego zobaczyć. Nie widać także
kompletnie nic za relingiem, nie widać nawet wody po
której płyniemy. Nie zobaczylibyśmy nawet pancernika typu
Iowa, gdybyśmy minęli takiego o metr. Nie widać także
świateł na brzegu ani latarni. Jedyne co czasami widać, to
błyski piorunów. Są ani bliżej ani dalej, na szczęście nie
nad nami.
Czasami włączamy latarkę, wodoodporną oczywiście, żeby
sprawdzić czy wiatr się nie zmienia. Ale nie, wieje z
ostrego baksztagu, my cały czas płyniemy na zachód, powoli
odchodząc od brzegu. Równie powoli mija czas. Rzut oka na
log - zwalniamy, rzut okna na icki - dalej ostry baksztag,
rzut oka na kompas - cały czas na zachód. Minęła dobra
godzina, deszcz słabnie, wiatr słabnie, prędkość spada.
Ale dalej czekamy, bo ciemność ciągle całkowita, jak
nigdy. Dopiero gdy prędkość spada do dwóch węzłów, i
steruje się wyraźnie gorzej, stawiamy grota na dwóch
refach. Czemu tak? Bo dalej widać błyski. Choć wygląda na
to, że burza zostaje z tyłu. Dopiero około godziny drugiej
deszcz prawie przestaje padać, i jak się dobrze wpatrzyć w
horyzont, zaczyna być widać granicę między niebem a wodą.
Ponieważ wszystko ma swój koniec, deszcz także. Pogoda się
poprawia, zaczyna świtać, pancerniki typy Iowa byłoby
widać. Można zejść pod pokład, zaznaczyć pozycję na mapie,
postawić genuę. Robi się jasno, wiatr odkręca na coraz
ostrzejszy. I rośnie. Bo czemu by nie? Miał być spokojny i
lekki przelot. Ale to nie dla nas. Tak to mają inni,
gdzieś w Chorwacji, my nie. Widać Kołobrzeg, coraz bliżej
do celu. Ale wiatr odkręca na przeciwny i robi się wrednie
zmienny. Przychodzi piździel, zmieniamy genuę na małego
foka, refujemy się. Po jakimś czasie wiatr cichnie, i to
niemal do zera. Zmieniamy foka na genuę, zdejmujemy refy.
Po pewnym czasie znów piździel, znów zmiana na foka, znów
refy. Znów po jakimś czasie wiatr siada niemal do zera.
Zmieniamy... Pomysłem racjonalizatorskim jest zostawianie
na relingu aktualnie niepracującego żagla. I zmiana, i
zmiana. I tak do wieczora. Jedyne co się inaczej zmienia w
tych zmianach, to fala - ta cały czas rośnie.
Po drodze dochodzi niezupełna nowość: deszczowo-burzowe
chmury, które w miarę możliwości próbujemy omijać - w
końcu halsujemy, więc jest niewielkie pole manewru.
Omijanie deszczu nie zawsze nam wychodzi, im bliżej
Dziwnowa tym trudniej i jednak czasami znów nam pada.
Ponoć jest lato. Ponoć. Ponoć jest ciepło. Ponoć. Ponoć
gdzieś tam nie buja - ale to nie u nas, fale są strome i
wysokie, widać że gdzieś dalej, na północnym zachodzie,
musi wiać. Nastawiamy się na pławę DZI. Daleko do brzegu i
trochę nakładamy drogę, ale tak na wszelki wypadek... I
tak niektóre halsy są blisko brzegu, echosonda, która
jeszcze działa (pod koniec sezonu lepiej było jej nie
włączać, żeby się nie denerwować), pokazuje czasami
całkiem niewiele metrów pod nami. Widać słynne bloki,
widać to co powinno być widać. Ale wiatr słabnie coraz
bardziej, mimo pełnych żagli (kolejna zmiana) płyniemy
coraz wolniej.

Za to na horyzoncie znów widać chmury, zbliża się wieczór.
Włączamy silnik, widać już pławę, widać wejście do portu
(daleko), skręcamy w lewo. Za rufą widać coraz gorsze
chmury.

Wchodzimy do portu z falą, znajdujemy miejsce postoju,
cumujemy, zgłaszamy się, klarujemy jacht. I wtedy
przychodzi burza i ulewa. Na szczęście stoimy już w
porcie, jest godzina około 22, można skorzystać z
prysznica i zrobić kolację.
Dwie doby i około 6 godzin, 209 mil za nami (to dane z
dziennika jachtowego).
Teraz mamy kilka dni wolnego, zanim zaczną się
mistrzostwa. Szkoda tylko, że pogoda nie sprzyja ani
zwiedzaniu, ani treningom, ani pracy na jachcie. A praca
jest bo dojeżdża kurierem nowy grot.
Tylko że niemal cały czas pada, mniej lub bardziej. Wieje,
leje, szkwali, duża fala.
Nasz udział w mistrzostwach to zupełnie inna historia.