W tym roku trafiliśmy w sierpniu do
Dziwnowa na Mistrzostwa Polski. Rejs z Górek do Dziwnowa
też miał atrakcje, pogodowe. Ale o tym w innym
miejscu.
Mistrzostwa się zakończyły, i w podłych nastrojach
skierowaliśmy jacht do Świnoujścia, żeby zwiedzać.
Sam przelot, choć krótki, dał w kość.
Co zobaczyliśmy to nasze, czas wracać na „daleki wschód”.
Przeloty robiliśmy we dwoje i do Dziwnowa bardzo pomógł
nam autopilot. Nowy nabytek. I tak miało być w drodze
powrotnej. Ładna pogoda, wiatr z rufy, autopilot - jednym
słowem sielanka, wolne. W planach. Wyszło ciut gorzej. Po
pierwsze autopilot odmówił działania. Po włączeniu
pracował chwilkę, a potem stawał. W końcu zrobił nam rufę
niekontrolowaną, co mimo przywiązania grota, nie było zbyt
miłe.
Czyli niedaleko za portem wyszło, że pomocnik odpadł.
Prognozy też były takie sobie, ostrzeżenie przed silnym
wiatrem albo sztormem (zależy która część Bałtyku).
Dygresja, ku przestrodze. Akwen 13 koło Świnoujścia był
zamknięty, trzeba go było opłynąć. I tak zrobiliśmy! Mimo
to zgarnęła nas SG w Górkach (a odszukali przez ukf-kę pod
Władkowem - niezły poślizg swoją drogą). Odmówiłem
przyjęcia mandatu za wejście w strefę zakazaną, podane
pozycje nie pokrywają się z trackiem z naszego gps-a, więc
pewnie będą mnie ciągać po sądach.
Dopisek po czasie: po sądach na razie nie ciągają, ale
oficjalne zeznanie w SG w Gdańsku złożyć musiałem i co
dalej, to cały czas nie wiadomo. A mamy już koniec
listopada.
Dopisek po kolejnym czasie: SG w Gdańsku zrzuciła sprawę
na SG w Świnoujściu. I odwrotnie. Sprawa nie istnieje, ale
nie dowiedziałem się tego oficjalnie. Przykre.
Ruszyliśmy z wiatrem. Silnym, więc po namyśle grot i mały
fok, prowadzony na brasach, a nie szotach (są bardziej na
burcie). Wiatr silny i słaby, bardzo zmienny co do siły.
Oczywiście fordewind, więc w sumie halsówka z wiatrem. A
miało być tak pięknie. Szkwały, chmury, trochę deszczu,
fale jak domy i tak dalej... Eee, nie ma co koloryzować,
panie i tak nabrać się nie dadzą!

Ściemniało się, gdy gdzieś daleko w morzu zobaczyliśmy na
wodzie kormorana. Lekkie zdziwienie, przecież tutaj jest
głęboko, ale jego sprawa. Potem Asia sterowała, ja stałem
w zejściówce, gdy kormoran wylądował za Asi plecami, na
relingu. Trochę mu było niewygodnie, bo jachtem rzucało
okrutnie na falach. Przeniósł się na kabinę i tam próbował
spać. Nie ruszyło go nawet zrzucanie grota pół metra od
niego, gdy oczywiście pod Darłowem (to w nawiązaniu do
przygód z płynięcia w drugą stronę), oczywiście o północy,
przyszła większa niż zwykle „chmurwa” i pizgnęło.
Dopiero
zwrot przez rufę przegonił ptaka z dachu kabiny do
kokpitu i tam przespał do rana. Oczywiście nie ma
róży bez kolców, jak powiedział jeden facet, któremu... jest kilka wersji tego dowcipu.
Trzeba było
po nim sprzątać i dopiero wtedy protestował dziobem, choć
wyraźnie bez przekonania.

Nie bał się zupełnie, nawet jak się chodziło koło niego
czy rozmawiało, czy wycierało pokład pod jego tyłkiem...
;)
Rano poleciał, przepłynął z nami
kilkadziesiąt mil. Miałby łatwiej, gdyby jachtem aż tak
bardzo nie kołysało. Ale w kokpicie spało mu się dobrze, z
dziobem w piórach na plecach. Czasami tylko wystawiał
głowę, rozglądał się, i znów spał.
Nam dzięki „temu ptaku” noc zleciała znacznie szybciej niż
normalnie.