Trasę Wyścigu B8
znamy całkiem dobrze. Innymi słowy, nie był to nasz
pierwszy raz. Bywało różnie, co już kilka razy
opisywałem. Pytanie, czy warto pisać o tym samym
ponownie?
I tak i nie. Nie warto, patrząc z punktu widzenia
czytelników, których regaty interesują średnio.
No chyba, że były zdarzenia krew w żyłach mrożące.
Tylko to się zdarza rzadko.
Inaczej na problem patrzą regatowcy, wiedząc, że te
same regaty co roku mogą wyglądać inaczej.
Tak było teraz.
Popłynęliśmy tylko we dwoje, co na takiej trasie wcale
nie jest złe. Manewrów jest mało, więc rąk do pracy aż
tak wiele nie trzeba, a za to zamieszanie na jachcie
mniejsze, co w długim wyścigu ma znaczenie.
Ale o tym mówiłem już w relacji z Biegu Kaprów 2022.
Regaty z Górek mają ten plus, że nie trzeba nigdzie
płynąć. Logistyka jest prosta. Przyjechaliśmy do Górek
przed godziną 15, z gratami (czyli ciuchy) oraz z
jedzeniem i wodą.
Akumulator był naładowany po poprzednich regatach
dzięki panelowi słonecznemu. W zasadzie wszystko było
przygotowane, dolaliśmy tylko trochę wody do
zbiornika.
Potem obiad w Galionie, przygotowanie jachtu do
pływania, odprawa i oficjalny, dla nas, początek
regat.
Oczywiście, po raz kolejny, musiałem się dopominać o
wydrukowaną wersję Instrukcji Żeglugi.
Pamiętając zeszłoroczne regaty, skrupulatnie
sprawdziłem, czy w GPS jest poprawna i nowa pozycja
pławy zwrotnej przy platformie.
Na pokładzie mamy wydrukowane prognozy prądów
(nieaktualne, bo niestety nie zawsze są one
uaktualniane zgodnie z harmonogramem) oraz prognozy
wiatru.
Prognozy mówią, że ma być baksztag prawego halsu.
Nawet dość pełny. Wiatr z SE, niezbyt silny, ogólnie
piękna pogoda.
Start jest o godzinie 19, więc wychodzimy o godzinie
18 (godzina przed startem to taka nasza norma). Ze
względu na kierunek wiatru i fakt, że boją
rozprowadzającą ma być pława GW, trzeba dopłynąć za
pławę GW. Za nami wychodzi komisja, czyli motorówka
Galion.
Komisja ustawia start, a my sprawdzamy kursy i
ustawienie linii startu. Tym razem, niestety, trzeba
startować przy komisji. Start grup ORC i OPEN jest
wspólny, więc 16 jachtów spotka się na linii. My
jesteśmy jachtem najmniejszym, największym jest „I
love Poland”.

Sprawdzamy także co będzie po zmianie kursu na Hel.
Konkretnie - na waypoint przy Helu. Wychodzi, owszem,
baksztag, ale bardzo ostry, genakerowy. No i za co? Za
jakie grzechy?
Waypointy dookoła półwyspu mamy własne, są przydatne.
Przy regatach GWG czy do Łeby wykorzystujemy kilka z
tych punktów, przy regatach B8 w zasadzie wystarcza
jeden.
Pogoda jest super, wiatr około 10-12 węzłów, ciepło,
bez chmur, bez fali przy tym kierunku wiatru.
W końcu start. Który wychodzi nam niezbyt dobrze,
trochę spóźniony. Co widać na zdjęciu ze strony
nordcup.pl.
I love Poland przemyka jak pocisk po naszej
zawietrznej, ładnie lawirując między nami a Arietisem.

Ale jakoś sobie radzimy. przy pierwszej okazji
odchodzimy w prawo i to był dobry pomysł.
Mijamy pławę GW wcale nie ostatni w stawce i stawiamy
spinakera. Tym razem w górę idzie czarny, mniejszy i
bardziej płaski. To drugie jest kluczowe przy tak
ostrym wietrze.
Z pontonu robią nam kilka zdjęć.
Ruszamy, zerkając na jachty obok nas i za nami. Przed
nami widać ILP, potem ładny, zielony asymetryk jachtu
z foilami.
Określiliśmy ich nazwą foliarze (powinno być:
foilarze), ale tylko z wygody, bez negatywnych
skojarzeń!
Sytuacja na trasie się stabilizuje. Za nami Arietis i
Double Scotch stawiają swoje genakery. Ale nie dajemy
się. Doganiamy powoli Blue Horizon, który w końcu też
stawia spinakera, ale z przygodami.
Zaczyna się etap pilnowania żagla, uważnego
sterowania, zerkania na okolicę. Powoli zbliżamy się
do półwyspu i zaczyna się dylemat. Prąd pewnie będzie
korzystny, ale jak blisko warto podejść do brzegu?
Chodzi o to, że przy brzegu wiatr może być słabszy.
Ale na razie wiatr się trochę wypełnia, lekko rośnie i
zaczyna się inny dylemat: zmienić spinakera czy nie? W
końcu decyduję, że zmieniamy. Operacja jest nam znana
i trwa dość szybko, ale to jednak zawsze strata.
Ruszamy trochę szybciej, ale nie trwa to zbyt długo.
Wiatr wraca na stary kierunek. I słabnie. Brzeg mijamy
dość blisko, ale chyba optymalnie. Niestety, przy
słabszym wietrze Double
Scotch nas dogania i z trudem i powoli, ale
jednak wyprzedza. I to blisko nas. Wiatr trochę kręci.
W końcu, około godziny 1 w nocy, decyduję, że czas
znów zmienić spinakery. Ehhh. Podwójna strata na
zbędne zmiany żagli. Włączamy na chwilkę autopilota i
wspólnie zrzucamy dużego spinakera, przepinamy liny i
stawiamy małego. Potem jeszcze trzeba złożyć zrzucony
spinaker do torby. Ale to normalne i dobrze opanowane.
Tutaj dygresja, bo o stawianiu/zrzucaniu spinakerów
było wiele dyskusji. Nasza metoda działa w każdej
pogodzie, w każdych warunkach, nie wymaga wychodzenia
z kokpitu (poza wyjściem do spinakerbomu, ale w tym
wypadku nie trzeba), spinaker bez problemów można
złożyć w kabinie.
Zmieniliśmy się przy sterze już jakiś czas temu. Noc
jest piękna i dość jasna. W kokpicie na czerwono
świecą kompas i ekrany elektroniki. Z kabiny widać
poświatę naszej czerwonej lampki, która nie męczy oczu
i dodatkowo tworzy przyjemny nastrój.
O drugiej w nocy proponuję kanapki i herbatę. Na
jachcie każda pora na jedzenie jest dobra!
Przy okazji sprawdzam na AIS-ie jak wygląda sytuacja.
Są drobne fluktuacje. Gdy wiatr robi się ostrzejszy,
DS nam ucieka, gdy pełniejszy - to przeciwnie.
Zresztą, kontrola na AIS-ie jest stała podczas długich
regat, pozwala zobaczyć, jak płyną sąsiedzi i może
jaki mają wiatr. Ekran plotera mamy w kabinie, ale to
w niczym nie przeszkadza. I tak trzeba czasami wejść
do środka, choćby żeby coś zjeść, ubrać się cieplej,
albo skorzystać z WC.
No właśnie, niby jest dość ciepło, ale bez czapki
zimowej na głowie ani rusz. Jedno z nas steruje i
kontroluje żagle, drugie w tym czasie próbuje drzemać
w kokpicie. Ale nie chce nam się zbytnio spać.
Powoli robi się jaśniej. Czerwcowa noc jest bardzo
krótka. Wiatr zaczyna się wypełniać i rośnie. Znów
zmieniamy spinakera. Regaty to walka, a skoro mamy być
jak Tabarly... ;)
Wiatr nie jest
silny, 12-14, czasami 16 węzłów. Żegluga jest
świetna, spać się odechciało.
Z dużej odległości słyszymy rozmowy jachtów przed nami
z operatorem platformy B8. Oceniamy czas i odległość.
Nie wygląda to źle. Tylko szkoda, że Double Scotch
jest przed nami.
W ogóle pojedynek z Double Scotch jest powtórką z
zeszłego roku. Wtedy też całą trasę byliśmy blisko
siebie, co bardzo mobilizuje do wysiłku.
Na
razie spotykamy jachty, które wracają. Niektóre mijają
nas bardzo blisko, niektóre odchodzą w naszą lewą
stronę. Na trackingu widać, że wiatr jednak kręcił i
koncepcje na powrót były różne. Poza tym, powrót ostro
na wiatr, wymagał pilnowania kursu, co nad ranem nie
zawsze jest takie proste.
Dość blisko minęła nas Moana X, a Kuba zrobił nam
kilka zdjęć. Są bardzo romantyczne... ;)
W końca i
nasza pora. Stawiamy genuę, zrzucamy spinakera,
odrobinę za wcześnie. Każda sekunda się liczy! Robimy
na boi zwrot przez rufę, ustawiamy żagle i meldujemy
się do platformy przez radio. Jest godzina 4:33.
Powrót. Wiatr jest taki, że nie jesteśmy w stanie
utrzymać kursu na nasz waypoint przy półwyspie. Ostro
na wiatr żeglujemy trochę za bardzo w prawo, około
10-15 stopni.
Jachty przed nami miały wiatr korzystniejszy, ale też
różnie to wyglądało. Czas się przebrać, czegoś napić.
Lecimy za DS. Potem Asia siada do steru a ja zasypiam
przy relingu na pokładzie (balastowanie!), ubrany w
spodnie ocieplane (bo zimno), sztormiak i czapkę (bo
zimno) i w sandały (bo nie aż tak bardzo zimno).
Asia steruje bardzo uważnie i choć Double Scotch
się nie zbliża, to jednak żeglujemy ostrzej i powoli
wychodzimy ponad jego kurs. To miłe. Za nami Arietis
zostaje coraz bardziej, a Blue Horizon zupełnie
odchodzi w bok.
Potem jest już dzień, a raczej poranek. Zmiana na
sterze. Skupiam się także na sterowaniu. Wiatr jest
świetny, około 10-12 węzłów, piękna pogoda.
Połowa drogi do półwyspu a wiatr zaczyna się zmieniać.
Powoli odkręca w lewo, życie robi się piękne. To
właściwie jest zgodne z prognozą, pytanie, na ile
wiatr odkręci. Potem wiatr trochę słabnie, momentami
nawet do 6 węzłów. Nasza prędkość też spada, do około
3 węzłów. Jachty przed nami są w bardzo różnej
sytuacji. Kilka blisko półwyspu i ci mają przekichane.
Kilka przed nami, niektóre robią zwrot i odchodzą w
lewo. Ale np. Happy Hour przeszedł cała trasą jak my,
jednym halsem. To znaczy zrobił bardzo krótką docinkę,
ale niepotrzebnie.
Dawno już wyprzedziliśmy Blue Horizon, także Double Scotch,
robi krótką docinkę, ale szybko wraca na stary kurs.
Wiatr coraz bardziej odkręca i już jakiś czas lekko
poluzowaliśmy żagle. Dylemat: płyniemy na nasz punkt,
czy ostrzej? Zależy jak wiatr się ułoży, ale szybko
ustawiamy się dokładnie na punkt, bez robienia zapasu.
To była dobra decyzja, wiatr cały czas odkręcał. Nie
był silny, ale i nie zdychał. Prąd był przeciwny, ale
niezbyt silny, a momentami jakby znikał. Chyba tym
razem trafiliśmy w dobre miejsce na wodzie.
Naszą trasę widać na trackingu z vesselfinder.com
Okrążamy
półwysep, Double
Scotch i Blue Horizon są około pół mili za
nami.
Wiatr na tyle odkręcił, że niestety, ale znów mamy
żużel genakerowy. To samo co wcześniej, ale na drugim
halsie. Stawiamy czarnego spinakera. Za nami Double Scotch
stawia swojego genakera.
Robi się powtórka z rozrywki. Mimo naszych wysiłków Double Scotch
bardzo powoli nas dogania i przed Górkami wyprzedza.
To oznacza, że z nim przegraliśmy po przeliczeniu.
Przed samymi Górkami i on i my przebijamy się
pracowicie przez różne grupy małych jachtów. W samym
wejściu trzeba wyostrzyć. Double Scotch płynie na geni
i genakerze i szybko zrzuca genakera. U nas jest
gorzej, bo musimy najpierw postawić genuę. Wiatr siadł
do 4 węzłów i wieje z dziobu. Ryzykujemy, wchodzimy na
spinakerze w wejście, maksymalnie ostro jak się da.
Uda się, albo nie... Prędkość jest słaba, ale na
zrzucaniu także byśmy stracili. Ledwo się wyrabiamy
przy pławach, ale co tam. Za wejściem jest trochę
lepiej i lecimy (no, powoli), na metę koło klubu
Stoczni Gdańskiej.
Double Scotch uciekł nam na 3 minuty. Za metą zrzucamy
spinakera, wykręcamy o 180 stopni na samym grocie i
powoli płyniemy do siebie, robiąc porządki na
pokładzie.
Regaty były wyjątkowo szybkie, bo nie było cisz i nie
było halsówki. Pogoda była piękna, co nie zdarza się
zbyt często. Wyścig dla nas trwał 22 godziny i 11
minut.
Oficjalne wyniki są tutaj.