Bieg Kaprów 2022,
czyli po raz trzeci na tej samej trasie
17.06.2022

Trasę Gdynia - Łeba - Gdynia przerabialiśmy dwa lata wcześniej, na Bałtyckim Śledziu.
Oraz w zeszłym roku, na Biegu Kaprów 2021.
Czemu trzeci raz? Jakoś nam ta trasa pasuje, długość jest odpowiednia. Tym bardziej dla dwóch osób. I na początku sezonu. Jacht dopiero co został uruchomiony i nie było kiedy wszystkiego sprawdzić.
Innymi słowy pierwszy sprawdzian miał być w środę przed startem, podczas przeprowadzania jachtu do Gdyni. Co zrobiłem sam, bo w końcu to dzień roboczy i niektórzy muszą pracować. Ja w sumie też, ale wziąłem urlop.
Przywiozłem na jacht ostatnie rzeczy, zatankowałem wodę do rezerwowych (wymaganych przez OSR baniaków), przygotowałem małą genuę (prognoza była niby dobra, ale niepewna) i ruszyłem z Górek przed godziną 11.
Przelot jak przelot, było bardzo spokojnie i bardzo miło. Powoli zakładałem wszystkie brakujące liny, czyli uzbrajałem jacht już do końca. Ostatnie porządki. Steruje autopilot. Wiatr słabnie czasami na tyle, że włączam silnik. Niby mi się nie spieszy, ale jednak nie chcę być w Gdyni zbyt późno. Gdy wieje mocniej, pracowicie i spokojnie halsuję. Pogoda jest nagrodą za opóźnienie sezonu i ostatni weekend intensywnych prac na jachcie.

Dzwonię do naszego jedynego (jak i rok temu na tej trasie) konkurenta i zbieram ostatnie informacje.
W Gdyni idę do biura Kotwicy po instrukcję żeglugi i ewentualne wieści.
Przyjeżdża Asia i przywozi pączki z Pączusia. Dobre to jest! Idziemy na pierogi, oglądamy wydrukowane prognozy prądów wokół półwyspu. Będzie przeciwny, co przy generalnie zachodnim wietrze jest jasne i będzie dość silny.
Składamy do worka genuę nr 2, robimy przygotowania do nocy, dolewamy do zbiornika wiadro wody.
Wychodzimy z mariny o godzinie 19, czyli tradycyjnie godzinę przed startem. Wszystko idzie rutynowo. Komisja ustawia start. Co prawda bez boi rozprowadzającej, ale nie ma to w sumie znaczenia. Zakładamy na sztag dużą genuę, bo takie są warunki. Pogoda nie jest jasna. Prognozy niby znane, ale jak dla mnie, to one się coraz mniej sprawdzają.
Widzę, że zgłosiły się na trasę dużych dodatkowe dwa jachty, wszystkie w grupie OPEN. Trochę szkoda.
Startujemy całkiem nieźle, choć nasza konkurencja jest w tym sezonie o wiele bardziej opływana. Do Helu kurs jest połówkowy. Kuuurcze, jednak trzeba w końcu zainwestować w genaker! Gdy wiatr się wypełnia, stawiamy spinakera. Zefirek jest wyżej do wiatru, trochę z tyłu. Spinakera zbyt długo nie daje się nieść. Wiatr jednak jest zmienny. W końcu cichnie, gdy jesteśmy wszyscy w okolicy pławy GD. Także duże jachty, jak Globe, czy Fast Forward. Są co prawda trochę przed nami, ale już Hadar i Dancing Queen są bardzo blisko. Zefirek nas wyprzedził, jest po prawej.
Okolica pławy GD okazuje się trochę pechowa, gdy statki wchodzące do Gdyni i z niej wychodzące biorą nas wszystkich niejako w kleszcze. Ale udaje się minąć bez strat i bez uwag. Stoimy bez wiatru niemal godzinę. A raczej dryfujemy z prądem, jak pokazuje GPS. My jesteśmy konsekwentni, sterujemy prosto na Hel. W końcu przychodzi wiatr, dla nas dość szczęśliwie. Stawiamy spinakera i ruszamy w swoją stronę. Hadar powoli nas wyprzedza, bardzo blisko. Inne, duże jachty są z prawej strony, Zefirek także. Trochę się dziwię, ale może liczyli na wiatr od wschodu? My wprost przeciwnie. Ciągle pod spinakerem, mijamy półwysep stosunkowo blisko. Aż trudno uwierzyć, ale jesteśmy pierwsi. Wszyscy są za nami, także duże. Powoli ostrzymy, trzymając od półwyspu rozsądną odległość. Wychodzi na to, że to się opłaca, mimo przeciwnego prądu.
Zrzucamy spinakera, ruszamy pod genuą. Ten genaker, ehhh. Zerkam na AIS, ale faktycznie wszyscy są za nami, Fast Forward równolegle do nas, znacznie dalej od brzegu. Pięknie!!!

Przy czym o ile zrzucenie spinakera już po ciemku poszło gładko, to spinakerbom nie chce zjechać. Drugi raz. Zacina się jego topenanta, co nigdy się nie zdarzało. Biorę latarkę i idę do masztu. Odpinam spinakerom z topenanty, układam go na pokładzie a sam sprawdzam, co jest grane i czemu lina nie chodzi. Szybkie śledztwo i wszystko staje się jasne. Jakiś gamoń, i to byłem niestety ja, zostawił po zimie na linie węzeł/supeł. Który to supeł zacinał się w organizerze na pokładzie. Czemu trudno się dziwić. Rozwiązanie supła nie jest wcale proste, bo jest mocno zaciśnięty. Idę do kokpitu po cumę, dowiązuję ją do karabinku, podciągam wszystko w górę po to, żeby drugi koniec z supłem mieć w kokpicie. Wywlekam linę z bloków i przy pomocy kombinerek dość szybko osiągam sukces. Węzeł rozwiązany, lina włożona w blok i knagę, cuma ściągnięta, topenanta wpięta w bom. Latarka w sumie okazała się niepotrzebna, na pokładzie, mimo nocy, jest dość jasno.

Żegluga w stosunkowo słabym wietrze jest bardzo spokojna. Jednym halsem wychodzimy na Rozewie. Duże jachty odchodzą w bok, na Christianso. Wiatr lekko się zmienia, dalej możemy płynąć jednym halsem równoległe do brzegu. Noc jest bardzo krótka, przychodzi świt. Prawie nie spaliśmy. Dopiero rano, gdy brzeg odchodzi w lewo na wysokości Białogóry, a wiatr znów trochę się zmienia, zaczyna się halsówka. Nie ma wyjścia. Szukamy za rufą Zefirka, ale jest na tyle daleko, że nie mamy pewności. Wyciągamy lornetkę, bo w sumie co mamy ciekawego do roboty? Ale Zefirka nie potrafimy rozpoznać. Z czasem za nami nie widać już żadnych jednostek.
Dość nietypowo, bo zazwyczaj to moja rola, Asia robi śniadaniową jajecznicę na parówkach. Warto zjeść coś ciepłego!
Pogoda jest naprawdę bajkowa. Wiatr cały czas niezbyt silny (około 10 węzłów). Ale na lewym halsie fala bardzo przeszkadza, za to na prawym płyniemy bokiem do fali. Staram się nie odchodzić od brzegu, to jakieś przeczucie.
Wiatr jest bardzo stabilny, zmienia się rzadko i niewiele. Lekki przeciwny prąd.
A może nie taki lekki, bo na ploterze widać, że nie zawsze udaje nam się utrzymać kąt martwy 90 stopni. A może to zmęczenie? Tego nie można wykluczyć.

Mimo pięknej pogody (choć powoli zaczyna się  chmurzyć), nie jest za ciepło.



Próbujemy trochę spać, ale słabo to idzie.
Widać w końcu Łebę, a potem pławę Łeba. Wiatr był dotąd idealnie w mordę, teraz lekko odchodzi w prawo. Akurat tuż przed pławą, ehhhh.
Chcemy wcześniej przygotować spinakera, ale naprawdę nie wiem, która burta będzie tą właściwą. W efekcie szykujemy się do złapania czasu okrążenia pławy (tego wymaga oświadczenie dla organizatora). Ja dodatkowo robię zdjęcia pławy. Pławę mijamy jak w westernie, w samo południe, czyli o godzinie 12:00:07.

Ustawiamy się na kurs i wychodzi na to, że lepiej na spinakerze płynąć lewym halsem. Ale tak czy owak to niemal fordewind. Stawiamy spinakera, przezornie w systemie podwójnych brasów. Wiatr już jest silniejszy, wieje około 12-14 węzłów. Prognoza zapowiada więcej. Na razie robi się o wiele cieplej, bo płyniemy z wiatrem a chmury się rozeszły. Przynajmniej nad nami. Dostrzegamy w końcu, trochę bliżej brzegu, Zefirka. Mierzymy czas i odległość, mijamy się dokładnie 2 mile od pławy. To oznacza 4 mile różnicy, a biorąc pod uwagę ich halsowanie, pięć mil różnicy. Niby nie tak mało, ale sprawa wygranej, po połowie trasy, jest otwarta. Walczą twardo, a są tylko we dwoje, jak my.



Udaje mi się trochę przespać, ale wiele to nie jest. Wiatr rośnie coraz bardziej i zaczyna się coraz fajniejsza żegluga. Choć męcząca, bo cały czas fordewindowa. Dopiero za Białogórą robi się trochę lżej i kurs jest bardziej baksztagowy. Ale to i tak 160-170 stopni do wiatru.





Prognoza mówi o dwudziestu węzłach wiatru po południu. Hmm, zobaczymy.
Ale i 17-18 węzłów to nie jest mało. Zbliżamy się do Rozewia, mijamy je. Czas na przebrasowanie. Czekam chwilkę na słabszy wiatr, ale ten jakoś nie chce słabnąć. Robimy przebrasowanie przy około 19 węzłach wiatru. Idzie w sumie bez problemów, ale to jednak zawsze niewiadoma. Znaczy efekt jest niewiadomy. Fala może nie jest wielka, ale trochę buja.

Dygresja.
Asia podczas przebrasowania oczywiście stoi przed masztem. Stosujemy metodę przebrasowania bez luzowania topenanty spinakerbomu. Wypinamy go z masztu, jak w metodzie, powiedzmy, klasycznej.
Z dawnych czasów, gdy byłem dziobowym wiele lat, nauczyłem się jednego, co powiedział mi na początku pewien żeglarz: chłopie, jak stoisz na dziobie i robisz to przebrasowanie, to pamiętaj, że masz bardzo pewny punkt chwytu i podparcia. To jest właśnie spinakerbom, zamocowany może i ruchomo, ale solidnie, dwiema linami do jachtu. Więc jak fala cię rzuca i chce wywalić za burtę, to trzymaj się po prostu spinakerbomu! Zapamiętałem, choć odruch jest  inny.
Koniec dygresji.

Cóż, walka to walka. Nie mamy pojęcia, jak daleko za nami jest Zefirek.
Patrząc pod kątem kąta żeglugi wiatru, to przebrasowanie zrobiliśmy ciut za wcześnie. Ale nie chciałem odchodzić od brzegu, nie mieliśmy pojęcia, jak i kiedy zmieni się wiatr.
Przy tak silnym wietrze w zasadzie powinien być na maszcie mniejszy, czarny spinaker, ale trudno się mówi.
Znów muszę „żyłować”, czyli płynąć najpełniej jak się da, czego nie lubię. Hals jest prawy, brzeg też po prawej stronie. Mijamy port we Władysławowie, potem bardzo blisko, ale prawą burtą, pławę Wła. Robi się trochę  spokojniej, ale tylko na chwilę. Decydujemy się na przebrasowanie, bo jak nie teraz, to kiedy? Idzie znów bez problemów, choć trochę dłużej. Wiatr lekko osłabł, do około 17 węzłów. Chwila oddechu, ale krótka.
Z przeciwka płyną na nas dwie jednostki, które wyglądają trochę jak trałujące w parze kutry. Dopiero jak jesteśmy bliżej, no i wg AIS-u, to okazuje się, że to pogłębiarki. W prawo nie mogę iść, bo wiatr będzie już fałszywy. Idziemy na zderzenie, powoli oddalając się od brzegu. W końcu obie skręcają pod brzeg. Jedna pogłębiarka staje, druga zawraca i płynie w kierunku Helu. Ki diabeł? Ta pierwsza pewnie będzie zrzucać urobek na plażę w Kuźnicy, ale po co była druga? Dla towarzystwa?
Ale to mniejszy problem. Przychodzą coraz silniejsze szkwały, wiatr ustala się na 23-24 węzłach. Powoli odchodzimy w morze, bo inaczej się nie da. Jesteśmy już zmęczeni, pogoda zrobiła się wredna, przebrasowania nie zrobimy. Zapada decyzja o zrzuceniu spinakera. Ale co dalej? Na pokładzie jest nasza nowa, duża genua, której zwyczajnie szkoda. Asia idzie na dziób i zbiera genuę. Ta w końcu, trochę zrolowana, ląduje pod pokładem.
Warunki są na tyle trudne, że przed wpięciem genuy nr dwa, najpierw zrzucamy spinakera.
I robimy zwrot przez rufę. Na samym grocie jacht płynie 6 węzłów. Płynąc turystycznie pewnie byśmy niczego nie zrobili, ale to jednak regaty. Zamieniamy się przy sterze, bo zmęczenie, i ja wpinam genuę w sztag. Stawiamy ją, ustawiamy wytyk. Lecimy na motyla. Ależ spokojnie się zrobiło...
Za spokojnie? Mija trochę czasu, wiatr słabnie do około 17 węzłów. Przerzucamy fał spinakera na lewą burtę i szykujemy się na dalszą walkę. Choć mamy wątpliwości, ale w tym momencie Asia rzuca nasz dość kontrowersyjny tekst: chcemy być jak Tabarly* (który sam i zawsze stawiał spinakera), czy nie? Na takie dictum nie ma odpowiedzi, poza działaniem. Likwidujemy wytyk, przerzucamy genuę, przygotowujemy spinakerbom i stawiamy dużego spinakera. A raczej próbujemy go postawić. Spinaker jest w górze, ale wypiął się jego szot... Rzucam głośno kilka przekleństw, oddaję ster i idę na dziób zebrać żagiel od nawietrznej. Po drodze luzuję topenantę spinakerbomu, a ten opada nad pokład.
W sumie, w wychodzeniu z takiej sytuacji, mamy niejaką wprawę. Niestety.
Karabinki mamy już lepsze, nowe. Wypiął się ten jeden, którego nie zmieniłem na brasie, bo w planach jest nowy bras. Na morzu wszystko się mści, każda niedoróba, każde lenistwo, każde opóźnienie...

Żagiel ląduje pod pokładem. Co dalej? Do zakrętu półwyspu mamy jeszcze 2 mile.
Chcemy być jak Tabarly czy nie? Chcemy, ale ponieważ wieje znów jakby mocniej, i nie mamy już siły, to wyciągam mniejszego spinakera. Głównie dlatego, że jest złożony w worku, a duży wprost przeciwnie.
Stawiamy. I płyniemy na waypoint, których serię mam już w GPS-ie, co bardzo ułatwia życie. Lecimy fordewindem na ten punkt. Wieje 19-20 węzłów. Ale zbliżamy się coraz bardziej do brzegu. W końcu można lekko skręcić, czyli wyostrzyć. Życie sternika staje się mniej nerwowe. Echosonda przestała pokazywać 6-7 metrów, a pokazuje 10-12. Czas mija powoli, choć żeglujemy szybko. I coraz ostrzej do wiatru. Robi się baksztag, wiatr, pod osłoną półwyspu, lekko słabnie. Tak się wydaje, ale nie cały czas. Nagle, gdy już zapadła decyzja, że czas spinaker zrzucić, dostajemy kopa 19 węzłów wiatru.. Wiezie nas, luzujemy szot, odpadamy na chwilkę. Zaraz potem zrzucamy spinakera. Okrążamy półwysep bardzo blisko brzegu. Boję się, czy nie za blisko, żebyśmy nie zostali w bardzo słabym wietrze jak te ostatnie sieroty, ale wiatr cały czas jest. Od 8 do 15 węzłów, tak żeby nie było nudno.
Ruszamy już na metę, do której mamy niecałe 10 mil. Kierunek do wiatru: ostro na wiatr, ale nie maksymalnie ostro. Pięknie jest! Wiatr około 12-10 węzłów, co dla naszej genuy nr 2 jest akceptowalne (w sensie, że nie jest za mała). Zmiana żagla to byłaby duża strata. No i wysiłek, ale bardziej chodzi o stratę czasu.
Ale im bliżej Gdyni tym wiatr słabszy. Mamy już wieczór. Mijamy niezbyt daleko pławę GD i wtedy deja vu: znów statki z obu stron na torze. Wiatr siadł do około 6 węzłów, więc nasz prędkość nie jest powalająca. Statek wychodzący z Gdyni przechodzi nam blisko przed dziobem, drugi idący z morza skręca na kotwicowisko (co widać i o czym wiemy z jego rozmów z kapitanatem) a trzeci, idący także z morza ale dalej, przechodzi nam za rufą. Jest dobrze  i udało nam się nie stracić czasu, czego się bałem. To, że nikt nas nie rozjechał, to już drobiazg. ;)

Trzy mile do mety, wiatr jest cały czas, nawet lekko wzrósł. Dzwonię do sędziego regat, ale okazuje się, że byłem zbytnim optymistą. Wiatr siada coraz bardziej, a milę przed metą odkręca i robi się halsówka.
Nosz... Myśl o Zefirku gdzieś za nami jest denerwująca. Poza tym, na wiatr 3-5 węzłów lepiej jednak mieć dużą genuę. Ostatnie metry, wiatr siada do 3, 2 węzłów. Robimy kilka zwrotów, potem jeszcze kilka. O godzinie 21:58 przekraczamy metę. To oznacza 26 godzin regat.
Już wcześniej ustaliliśmy, ze zostajemy w Gdyni na noc. Jesteśmy zmęczeni, spaliśmy bardzo mało, dużo ruchu przy żaglach nas dodatkowo wymęczyło.
Zgłaszamy jacht w marinie, kąpiemy się w Gryfie (mamy dla siebie cały klub) i jemy kolację na jachcie. O 24 padamy na koje i śpimy prawie do godziny 10. Bo czemu nie? Należy nam się! :)
Rano odwiedzamy Zefirka, którego załoga też nocowała na jachcie. Weszli ma metę o godzinie 1:20, więc 3 godziny i 22 minuty po nas. Wygląda na to, że tym razem wyścig wygraliśmy.
Oni odpuścili przy Rozewiu i zrzucili tam spinakera.

Zbieramy się rano powoli, składamy żagle (dużą genuę i dwa spinakery). Na pokładzie zostaje genua nr 2, ale nie ma to znaczenia. Wychodzimy z Gdyni, ale wiatru prawie nie ma. Potem wiatr się pojawia, ale bardzo słaby i dokładnie od dziobu. Lecimy na silniku, robię herbatę, a załoga odpoczywa. Steruje autopilot. Jednak silnik i elektronika rozleniwiają. Droga zajmuje nam 2 godziny 20 minut, płyniemy około 5,6 węzła, co jest naszą prędkością marszową. Silnik pracuje szybko, ale ma jeszcze spory zapas mocy i obrotów.



Już wcześniej zauważyliśmy, że woda w tym roku jest wyjątkowo zielona. Próbuję zrobić zdjęcia, ale wychodzi to tak sobie. Zamieszczone zdjęcie zrobiłem tuż przed Górkami.
To był bardzo miły, ale męczący rejs. Co wynika z braków kondycyjnych i początku sezonu. To w końcu nasze pierwsze regaty w tym roku.

* Ten tekst pojawił się na pokładzie po wspólnym obejrzeniu filmu o znanym żeglarzu. Często nas mobilizuje. Tabarly sam na oceanie, na dużym jachcie dawał radę i używał spinakera, to my też możemy...