Trasę Gdynia -
Łeba - Gdynia przerabialiśmy dwa lata wcześniej, na Bałtyckim Śledziu.
Oraz w zeszłym roku, na Biegu Kaprów 2021.
Czemu trzeci raz? Jakoś nam ta trasa pasuje, długość
jest odpowiednia. Tym bardziej dla dwóch osób. I na
początku sezonu. Jacht dopiero co został uruchomiony i nie
było kiedy wszystkiego sprawdzić.
Innymi słowy pierwszy sprawdzian miał być w środę
przed startem, podczas przeprowadzania jachtu do
Gdyni. Co zrobiłem sam, bo w końcu to dzień roboczy i
niektórzy muszą pracować. Ja w sumie też, ale wziąłem
urlop.
Przywiozłem na jacht ostatnie rzeczy, zatankowałem
wodę do rezerwowych (wymaganych przez OSR baniaków),
przygotowałem małą genuę (prognoza była niby dobra,
ale niepewna) i ruszyłem z Górek przed godziną 11.
Przelot jak przelot, było bardzo spokojnie i bardzo
miło. Powoli zakładałem wszystkie brakujące liny,
czyli uzbrajałem jacht już do końca. Ostatnie
porządki. Steruje autopilot. Wiatr słabnie czasami na
tyle, że włączam silnik. Niby mi się nie spieszy, ale
jednak nie chcę być w Gdyni zbyt późno. Gdy wieje
mocniej, pracowicie i spokojnie halsuję. Pogoda jest
nagrodą za opóźnienie sezonu i ostatni weekend
intensywnych prac na jachcie.

Dzwonię do naszego jedynego (jak i rok temu na tej
trasie) konkurenta i zbieram ostatnie informacje.
W Gdyni idę do biura Kotwicy po instrukcję żeglugi i
ewentualne wieści.
Przyjeżdża Asia i przywozi pączki z Pączusia. Dobre to
jest! Idziemy na pierogi, oglądamy wydrukowane
prognozy prądów wokół półwyspu. Będzie przeciwny, co
przy generalnie zachodnim wietrze jest jasne i będzie
dość silny.
Składamy do worka genuę nr 2, robimy przygotowania do
nocy, dolewamy do zbiornika wiadro wody.
Wychodzimy z mariny o godzinie 19, czyli tradycyjnie
godzinę przed startem. Wszystko idzie rutynowo.
Komisja ustawia start. Co prawda bez boi
rozprowadzającej, ale nie ma to w sumie znaczenia.
Zakładamy na sztag dużą genuę, bo takie są warunki.
Pogoda nie jest jasna. Prognozy niby znane, ale jak
dla mnie, to one się coraz mniej sprawdzają.
Widzę, że zgłosiły się na trasę dużych dodatkowe dwa
jachty, wszystkie w grupie OPEN. Trochę szkoda.
Startujemy całkiem nieźle, choć nasza konkurencja jest
w tym sezonie o wiele bardziej opływana. Do Helu kurs
jest połówkowy. Kuuurcze, jednak trzeba w końcu
zainwestować w genaker! Gdy wiatr się wypełnia,
stawiamy spinakera. Zefirek jest wyżej do wiatru,
trochę z tyłu. Spinakera zbyt długo nie daje się
nieść. Wiatr jednak jest zmienny. W końcu cichnie, gdy
jesteśmy wszyscy w okolicy pławy GD. Także duże
jachty, jak Globe, czy Fast Forward. Są co prawda
trochę przed nami, ale już Hadar i Dancing Queen są
bardzo blisko. Zefirek nas wyprzedził, jest po prawej.
Okolica pławy GD okazuje się trochę pechowa, gdy
statki wchodzące do Gdyni i z niej wychodzące biorą
nas wszystkich niejako w kleszcze. Ale udaje się minąć
bez strat i bez uwag. Stoimy bez wiatru niemal
godzinę. A raczej dryfujemy z prądem, jak pokazuje
GPS. My jesteśmy konsekwentni, sterujemy prosto na
Hel. W końcu przychodzi wiatr, dla nas dość
szczęśliwie. Stawiamy spinakera i ruszamy w swoją
stronę. Hadar powoli nas wyprzedza, bardzo blisko.
Inne, duże jachty są z prawej strony, Zefirek także.
Trochę się dziwię, ale może liczyli na wiatr od
wschodu? My wprost przeciwnie. Ciągle pod spinakerem,
mijamy półwysep stosunkowo blisko. Aż trudno uwierzyć,
ale jesteśmy pierwsi. Wszyscy są za nami, także duże.
Powoli ostrzymy, trzymając od półwyspu rozsądną
odległość. Wychodzi na to, że to się opłaca, mimo
przeciwnego prądu.
Zrzucamy spinakera, ruszamy pod genuą. Ten genaker,
ehhh. Zerkam na AIS, ale faktycznie wszyscy są za
nami, Fast Forward równolegle do nas, znacznie dalej
od brzegu. Pięknie!!!
Przy czym o ile zrzucenie spinakera już po ciemku
poszło gładko, to spinakerbom nie chce zjechać. Drugi
raz. Zacina się jego topenanta, co nigdy się nie
zdarzało. Biorę latarkę i idę do masztu. Odpinam
spinakerom z topenanty, układam go na pokładzie a sam
sprawdzam, co jest grane i czemu lina nie chodzi.
Szybkie śledztwo i wszystko staje się jasne. Jakiś
gamoń, i to byłem niestety ja, zostawił po zimie na
linie węzeł/supeł. Który to supeł zacinał się w
organizerze na pokładzie. Czemu trudno się dziwić.
Rozwiązanie supła nie jest wcale proste, bo jest mocno
zaciśnięty. Idę do kokpitu po cumę, dowiązuję ją do
karabinku, podciągam wszystko w górę po to, żeby drugi
koniec z supłem mieć w kokpicie. Wywlekam linę z
bloków i przy pomocy kombinerek dość szybko osiągam
sukces. Węzeł rozwiązany, lina włożona w blok i knagę,
cuma ściągnięta, topenanta wpięta w bom. Latarka w
sumie okazała się niepotrzebna, na pokładzie, mimo
nocy, jest dość jasno.
Żegluga w stosunkowo słabym wietrze jest bardzo
spokojna. Jednym halsem wychodzimy na Rozewie. Duże
jachty odchodzą w bok, na Christianso. Wiatr lekko się
zmienia, dalej możemy płynąć jednym halsem równoległe
do brzegu. Noc jest bardzo krótka, przychodzi świt.
Prawie nie spaliśmy. Dopiero rano, gdy brzeg odchodzi
w lewo na wysokości Białogóry, a wiatr znów trochę się
zmienia, zaczyna się halsówka. Nie ma wyjścia. Szukamy
za rufą Zefirka, ale jest na tyle daleko, że nie mamy
pewności. Wyciągamy lornetkę, bo w sumie co mamy
ciekawego do roboty? Ale Zefirka nie potrafimy
rozpoznać. Z czasem za nami nie widać już żadnych
jednostek.
Dość nietypowo, bo zazwyczaj to moja rola, Asia robi
śniadaniową jajecznicę na parówkach. Warto zjeść coś
ciepłego!
Pogoda jest naprawdę bajkowa. Wiatr cały czas niezbyt
silny (około 10 węzłów). Ale na lewym halsie fala
bardzo przeszkadza, za to na prawym płyniemy bokiem do
fali. Staram się nie odchodzić od brzegu, to jakieś
przeczucie.
Wiatr jest bardzo stabilny, zmienia się rzadko i
niewiele. Lekki przeciwny prąd.
A może nie taki lekki, bo na ploterze widać, że nie
zawsze udaje nam się utrzymać kąt martwy 90 stopni. A
może to zmęczenie? Tego nie można wykluczyć.

Mimo pięknej pogody (choć powoli zaczyna się
chmurzyć), nie jest za ciepło.
Próbujemy trochę spać, ale słabo to idzie.
Widać w końcu Łebę, a potem pławę Łeba. Wiatr był
dotąd idealnie w mordę, teraz lekko odchodzi w prawo.
Akurat tuż przed pławą, ehhhh.
Chcemy wcześniej przygotować spinakera, ale naprawdę
nie wiem, która burta będzie tą właściwą. W efekcie
szykujemy się do złapania czasu okrążenia pławy (tego
wymaga oświadczenie dla organizatora). Ja dodatkowo
robię zdjęcia pławy. Pławę mijamy jak w westernie, w
samo południe, czyli o godzinie 12:00:07.

Ustawiamy się na kurs i wychodzi na to, że lepiej na
spinakerze płynąć lewym halsem. Ale tak czy owak to
niemal fordewind. Stawiamy spinakera, przezornie w
systemie podwójnych brasów. Wiatr już jest silniejszy,
wieje około 12-14 węzłów. Prognoza zapowiada więcej.
Na razie robi się o wiele cieplej, bo płyniemy z
wiatrem a chmury się rozeszły. Przynajmniej nad nami.
Dostrzegamy w końcu, trochę bliżej brzegu, Zefirka.
Mierzymy czas i odległość, mijamy się dokładnie 2 mile
od pławy. To oznacza 4 mile różnicy, a biorąc pod
uwagę ich halsowanie, pięć mil różnicy. Niby nie tak
mało, ale sprawa wygranej, po połowie trasy, jest
otwarta. Walczą twardo, a są tylko we dwoje, jak my.
Udaje mi się trochę przespać, ale wiele to nie jest.
Wiatr rośnie coraz bardziej i zaczyna się coraz
fajniejsza żegluga. Choć męcząca, bo cały czas
fordewindowa. Dopiero za Białogórą robi się trochę
lżej i kurs jest bardziej baksztagowy. Ale to i tak
160-170 stopni do wiatru.
Prognoza mówi o dwudziestu węzłach wiatru po południu.
Hmm, zobaczymy.
Ale i 17-18 węzłów to nie jest mało. Zbliżamy się do
Rozewia, mijamy je. Czas na przebrasowanie. Czekam
chwilkę na słabszy wiatr, ale ten jakoś nie chce
słabnąć. Robimy przebrasowanie przy około 19 węzłach
wiatru. Idzie w sumie bez problemów, ale to jednak
zawsze niewiadoma. Znaczy efekt jest niewiadomy. Fala
może nie jest wielka, ale trochę buja.
Dygresja.
Asia podczas przebrasowania oczywiście stoi przed
masztem. Stosujemy metodę przebrasowania bez luzowania
topenanty spinakerbomu. Wypinamy go z masztu, jak w
metodzie, powiedzmy, klasycznej.
Z dawnych czasów, gdy byłem dziobowym wiele lat,
nauczyłem się jednego, co powiedział mi na początku
pewien żeglarz: chłopie, jak stoisz na dziobie i
robisz to przebrasowanie, to pamiętaj, że masz bardzo
pewny punkt chwytu i podparcia. To jest właśnie
spinakerbom, zamocowany może i ruchomo, ale solidnie,
dwiema linami do jachtu. Więc jak fala cię rzuca i
chce wywalić za burtę, to trzymaj się po prostu
spinakerbomu! Zapamiętałem, choć odruch jest
inny.
Koniec dygresji.
Cóż, walka to walka. Nie mamy pojęcia, jak daleko za
nami jest Zefirek.
Patrząc pod kątem kąta żeglugi wiatru, to
przebrasowanie zrobiliśmy ciut za wcześnie. Ale nie
chciałem odchodzić od brzegu, nie mieliśmy pojęcia,
jak i kiedy zmieni się wiatr.
Przy tak silnym wietrze w zasadzie powinien być na
maszcie mniejszy, czarny spinaker, ale trudno się
mówi.
Znów muszę „żyłować”, czyli płynąć najpełniej jak się
da, czego nie lubię. Hals jest prawy, brzeg też po
prawej stronie. Mijamy port we Władysławowie, potem
bardzo blisko, ale prawą burtą, pławę Wła. Robi się
trochę spokojniej, ale tylko na chwilę.
Decydujemy się na przebrasowanie, bo jak nie teraz, to
kiedy? Idzie znów bez problemów, choć trochę dłużej.
Wiatr lekko osłabł, do około 17 węzłów. Chwila
oddechu, ale krótka.
Z przeciwka płyną na nas dwie jednostki, które
wyglądają trochę jak trałujące w parze kutry. Dopiero
jak jesteśmy bliżej, no i wg AIS-u, to okazuje się, że
to pogłębiarki. W prawo nie mogę iść, bo wiatr będzie
już fałszywy. Idziemy na zderzenie, powoli oddalając
się od brzegu. W końcu obie skręcają pod brzeg. Jedna
pogłębiarka staje, druga zawraca i płynie w kierunku
Helu. Ki diabeł? Ta pierwsza pewnie będzie zrzucać
urobek na plażę w Kuźnicy, ale po co była druga? Dla
towarzystwa?
Ale to mniejszy problem. Przychodzą coraz silniejsze
szkwały, wiatr ustala się na 23-24 węzłach. Powoli
odchodzimy w morze, bo inaczej się nie da. Jesteśmy
już zmęczeni, pogoda zrobiła się wredna,
przebrasowania nie zrobimy. Zapada decyzja o zrzuceniu
spinakera. Ale co dalej? Na pokładzie jest nasza nowa,
duża genua, której zwyczajnie szkoda. Asia idzie na
dziób i zbiera genuę. Ta w końcu, trochę zrolowana,
ląduje pod pokładem.
Warunki są na tyle trudne, że przed wpięciem genuy nr
dwa, najpierw zrzucamy spinakera.
I robimy zwrot przez rufę. Na samym grocie jacht
płynie 6 węzłów. Płynąc turystycznie pewnie byśmy
niczego nie zrobili, ale to jednak regaty. Zamieniamy
się przy sterze, bo zmęczenie, i ja wpinam genuę w
sztag. Stawiamy ją, ustawiamy wytyk. Lecimy na motyla.
Ależ spokojnie się zrobiło...
Za spokojnie? Mija trochę czasu, wiatr słabnie do
około 17 węzłów. Przerzucamy fał spinakera na lewą
burtę i szykujemy się na dalszą walkę. Choć mamy
wątpliwości, ale w tym momencie Asia rzuca nasz dość
kontrowersyjny tekst: chcemy być jak Tabarly* (który
sam i zawsze stawiał spinakera), czy nie? Na takie
dictum nie ma odpowiedzi, poza działaniem. Likwidujemy
wytyk, przerzucamy genuę, przygotowujemy spinakerbom i
stawiamy dużego spinakera. A raczej próbujemy go
postawić. Spinaker jest w górze, ale wypiął się jego
szot... Rzucam głośno kilka przekleństw, oddaję ster i
idę na dziób zebrać żagiel od nawietrznej. Po drodze
luzuję topenantę spinakerbomu, a ten opada nad pokład.
W sumie, w wychodzeniu z takiej sytuacji, mamy niejaką
wprawę. Niestety.
Karabinki mamy już lepsze, nowe. Wypiął się ten jeden,
którego nie zmieniłem na brasie, bo w planach jest
nowy bras. Na morzu wszystko się mści, każda
niedoróba, każde lenistwo, każde opóźnienie...
Żagiel ląduje pod pokładem. Co dalej? Do zakrętu
półwyspu mamy jeszcze 2 mile.
Chcemy być jak Tabarly czy nie? Chcemy, ale ponieważ
wieje znów jakby mocniej, i nie mamy już siły, to
wyciągam mniejszego spinakera. Głównie dlatego, że
jest złożony w worku, a duży wprost przeciwnie.
Stawiamy. I płyniemy na waypoint, których serię mam
już w GPS-ie, co bardzo ułatwia życie. Lecimy
fordewindem na ten punkt. Wieje 19-20 węzłów. Ale
zbliżamy się coraz bardziej do brzegu. W końcu można
lekko skręcić, czyli wyostrzyć. Życie sternika staje
się mniej nerwowe. Echosonda przestała pokazywać 6-7
metrów, a pokazuje 10-12. Czas mija powoli, choć
żeglujemy szybko. I coraz ostrzej do wiatru. Robi się
baksztag, wiatr, pod osłoną półwyspu, lekko słabnie.
Tak się wydaje, ale nie cały czas. Nagle, gdy już
zapadła decyzja, że czas spinaker zrzucić, dostajemy
kopa 19 węzłów wiatru.. Wiezie nas, luzujemy szot,
odpadamy na chwilkę. Zaraz potem zrzucamy spinakera.
Okrążamy półwysep bardzo blisko brzegu. Boję się, czy
nie za blisko, żebyśmy nie zostali w bardzo słabym
wietrze jak te ostatnie sieroty, ale wiatr cały czas
jest. Od 8 do 15 węzłów, tak żeby nie było nudno.
Ruszamy już na metę, do której mamy niecałe 10 mil.
Kierunek do wiatru: ostro na wiatr, ale nie
maksymalnie ostro. Pięknie jest! Wiatr około 12-10
węzłów, co dla naszej genuy nr 2 jest akceptowalne (w
sensie, że nie jest za mała). Zmiana żagla to byłaby
duża strata. No i wysiłek, ale bardziej chodzi o
stratę czasu.
Ale im bliżej Gdyni tym wiatr słabszy. Mamy już
wieczór. Mijamy niezbyt daleko pławę GD i wtedy deja
vu: znów statki z obu stron na torze. Wiatr siadł do
około 6 węzłów, więc nasz prędkość nie jest
powalająca. Statek wychodzący z Gdyni przechodzi nam
blisko przed dziobem, drugi idący z morza skręca na
kotwicowisko (co widać i o czym wiemy z jego rozmów z
kapitanatem) a trzeci, idący także z morza ale dalej,
przechodzi nam za rufą. Jest dobrze i udało nam
się nie stracić czasu, czego się bałem. To, że nikt
nas nie rozjechał, to już drobiazg. ;)
Trzy mile do mety, wiatr jest cały czas, nawet lekko
wzrósł. Dzwonię do sędziego regat, ale okazuje się, że
byłem zbytnim optymistą. Wiatr siada coraz bardziej, a
milę przed metą odkręca i robi się halsówka.
Nosz... Myśl o Zefirku gdzieś za nami jest
denerwująca. Poza tym, na wiatr 3-5 węzłów lepiej
jednak mieć dużą genuę. Ostatnie metry, wiatr siada do
3, 2 węzłów. Robimy kilka zwrotów, potem jeszcze
kilka. O godzinie 21:58 przekraczamy metę. To oznacza
26 godzin regat.
Już wcześniej ustaliliśmy, ze zostajemy w Gdyni na
noc. Jesteśmy zmęczeni, spaliśmy bardzo mało, dużo
ruchu przy żaglach nas dodatkowo wymęczyło.
Zgłaszamy jacht w marinie, kąpiemy się w Gryfie (mamy
dla siebie cały klub) i jemy kolację na jachcie. O 24
padamy na koje i śpimy prawie do godziny 10. Bo czemu
nie? Należy nam się! :)
Rano odwiedzamy Zefirka, którego załoga też nocowała
na jachcie. Weszli ma metę o godzinie 1:20, więc 3
godziny i 22 minuty po nas. Wygląda na to, że tym
razem wyścig wygraliśmy.
Oni odpuścili przy Rozewiu i zrzucili tam spinakera.
Zbieramy się rano powoli, składamy żagle (dużą genuę i
dwa spinakery). Na pokładzie zostaje genua nr 2, ale
nie ma to znaczenia. Wychodzimy z Gdyni, ale wiatru
prawie nie ma. Potem wiatr się pojawia, ale bardzo
słaby i dokładnie od dziobu. Lecimy na silniku, robię
herbatę, a załoga odpoczywa. Steruje autopilot. Jednak
silnik i elektronika rozleniwiają. Droga zajmuje nam 2
godziny 20 minut, płyniemy około 5,6 węzła, co jest
naszą prędkością marszową. Silnik pracuje szybko, ale
ma jeszcze spory zapas mocy i obrotów.
Już wcześniej zauważyliśmy, że woda w tym roku jest
wyjątkowo zielona. Próbuję zrobić zdjęcia, ale
wychodzi to tak sobie. Zamieszczone zdjęcie zrobiłem
tuż przed Górkami.
To był bardzo miły, ale męczący rejs. Co wynika z
braków kondycyjnych i początku sezonu. To w końcu
nasze pierwsze regaty w tym roku.
* Ten tekst pojawił się na pokładzie po wspólnym
obejrzeniu filmu o znanym żeglarzu. Często nas
mobilizuje. Tabarly sam na oceanie, na dużym jachcie
dawał radę i używał spinakera, to my też możemy...