Kalmarsund 2022,
czyli urlop w nieznanym...
5.08.2022

Relacje z pływań turystycznych bywają niezbyt często. Bo niezbyt często pływamy turystycznie gdzieś dalej. Realia urlopowe, cóż...
Z naszych doświadczeń wynika, że na urlopie pogodę mamy raczej niełatwą. A to jakaś burza, a to ulewa, jakiś piździel (wybaczcie określenie). Do tego zimno, wiatr zmienny, i tak dalej i tym podobnie.
Nie wiem czy to klątwa, czy po prostu źle wybieramy termin na urlopowe pływanie.
Czemu Kalmar i ogólnie Kalmarsund? Bo blisko, a mamy mało czasu. Do tego, teoretycznie, mamy szansę na żeglugę nie pod wiatr. Teoria i statystyka, oczywiście... :P
Sprawdzają się słabo, tak jak i prognozy pogody.
Ruszam z Górek 21 lipca, na razie sam, i tylko do Władysławowa. Sam to niezupełnie właściwe określenie, bo ruszamy w dwa jachty. Kolega dla towarzystwa, dla odpoczynku od pracy. Tylko że on z Władysławowa wróci do Górek, a my, już we dwoje, popłyniemy dalej.
Start z Górek był wcześnie, bo o godzinie 7:30. Na razie mamy z wiatrem, pogoda jest bardzo ładna. Ruszamy na serio dopiero za torem wodnym do Portu Północnego.
Kolega trochę przede mną, ale ja mam teoretycznie szybszy jacht. Tylko w słabym wietrze i na spinakerze niekoniecznie to musi być prawda. Inna rzecz, że po ustawieniu spinakera i autopilota, zabieram się za dawno zaległe mycie kokpitu. W planie jest tylko kokpit, za to dokładnie. Trochę czasu mi to zajęło, i dopiero jak skończyłem, zabrałem się za sterowanie. Powoli doganiam jacht przede mną, wyprzedzam za Helem.
Mnie za to wyprzedza, i to bardzo blisko, ORP Albatros, czyli nasz kolejny, nowy niszczyciel min, zapewne podczas prób morskich.





Kierunek się zmienia, robię przebrasowanie. Wiatr wzrósł i płyniemy już szybko. Do Władysławowa docieram o godzinie 14:15. Kolega niewiele później. Pogoda się psuje. Po załatwieniu opłaty postojowej ruszamy w miasto coś zjeść. Ale nie tak od razu. Najpierw jest kąpiel na plaży przy porcie, gdzie ludzi nie jest wcale bardzo dużo. Woda jest, hmm, rześka, ale kąpiel robi nam bardzo dobrze.
Potem miasto. Udaje nam się znaleźć kapitalną pizzerię, ale po naprawdę długim spacerze. Cóż, kalorie przyszły i poszły, w sumie dobrze. Obeszliśmy niemal całe miasto.
Asia przyjeżdża nocnym pociągiem, więc mamy wieczorną wycieczkę na stację.

Kolega rusza wcześnie rano, my wprost przeciwnie. Dopiero po burzy i ulewie, start o godzinie 11. Ma być później silniejszy wiatr, więc na sztagu genua nr 2. Co niezbyt się sprawdza.
Pracowicie i powoli halsujemy w słabym wietrze. Potem w słabszym wietrze. W końcu przestaje wiać i włączamy silnik na 1,5 godziny. Pogoda taka sobie, trochę mżawki, trochę słońca.



Silnik odstawiamy o godzinie 17.
Przychodzi wiatr, szkoda że w pysk. Z drugiej strony, tak właśnie miało być. O dalszej podróży niewiele można napisać. Wiatr rośnie, zmieniamy genuę na dużego foka. Potem jeden ref na grocie, potem drugi. Wieje 18 do ponad 20 węzłów. Fala jest wyjątkowo wredna. Na początku nocy, gdy Asia steruje a ja próbuję spać, liczę uderzenia kadłuba w wodę. Uderzenia to eufemizm, jacht wali w wodę. Trzy duże jebnięcia, bo tego nie da się inaczej określić, w ciągu 10 sekund. Co to za okres fali??? Potem było w sumie podobnie. Zmiana na sterze. Dopiero rano fala się trochę wydłuża, ale dalej rzuca nami niemiłosiernie. Inna rzecz, że płyniemy szybko. W sumie nowy, duży fok pracuje kapitalnie.
Tutaj dygresja, bo wcześniejsza wymiana żagli na dziobie wywołała dłuższą zadumę.
Nie da się ukryć, że sztaksle z listwami są lepsze. Z drugiej strony, w obsłudze są trudniejsze. Trzeba to wszystko dobrze przemyśleć w dłuższej żegludze turystycznej. Żagle bez listew zmienia się łatwiej, szybciej się je składa i rozkłada. „Jak żyć, szanowana redakcjo?”.
Wchodzimy w Kalmarsund, robi się spokojniej. O godzinie 15:45 cumujemy w miejscowości o niełatwej do zapamiętania nazwie Bergkvara.

Znajdujemy recepcję i zostaję nieźle zaskoczony. Miła bosmanetka (C by Don Jorge) pyta nas tylko o dwie rzeczy. Ile nocy chcemy stać i czy chcemy prąd.
Nie interesuje jej długość jachtu, liczba załogi ani skąd przypłynęliśmy. Rewelacja! Dostajemy dwa paski papierowe do założenia na kosz, bo chcemy stać dwie doby. To całe formalności. Płatność zwykłą kartą płatniczą, albo gotówką. Wbrew plotkom, w Szwecji gotówka cały czas działa.

Okazuje się, że Bergkvara jest miejscowością z małą liczbą mieszkańców (to wiemy z książki Kulińskiego), ale bardzo rozległą. Ruszamy, jak zwykle, coś zjeść. Dłuuuga droga. Szliśmy dobrze, ale wydawało nam się, że idziemy źle, bo to za daleko. Wróciliśmy się, zagadaliśmy tubylkę, która nam wyjaśniła, że to jest po prostu daleko. Odrobina cierpliwości i wytrwałości. Potem obchodzimy okolice mariny, a potem siadamy w kokpicie i przy herbacie oraz lekturze kontemplujemy rzeczywistość. Przypływają na noc kolejne jachty. Pomagamy w cumowaniu, jak i nam ktoś pomógł.











To siedzenie w kokpicie, mimo GLOBCIA i środka lata, było w dresach i czapkach - zimno jak cholera. Woda w marinie ma 15 stopni i jakoś mnie nie ciągnie do kąpieli. Niedaleko jest kilka plaż, ale ludzie chodzą w swetrach.
Pogoda mało letnia, trochę mży.

Następnego dnia wstajemy dość późno, ale wypożyczamy rowery na 6 godzin. Jedyne o co nas zapytali, to o numer telefonu, gdybyśmy jednak nie zdołali na czas wrócić. Ciekawe jakie mają doświadczenia z niedzielnymi rowerzystami... ;)
Ruszamy, co prawda siodełka są za nisko, ale na krótkiej trasie... To było złudzenie. Zapuszczamy się w dziwne miejsca, także w las, w wąskie ścieżki. Wracamy po duuużej pętli, i to podwójnej w pewnym miejscu. Okazało się, że nie wszędzie da się przejechać i lepiej jest wrócić... ;)
Z dużym zdziwieniem robię zdjęcie dachu, który wygląda na eternit. Może to laminat, ale jakoś wątpię. Spotykamy dwa takie dachy.
















Bo oczywiście, trochę bezmyślnie, nie wzięliśmy ze sobą mapki okolicy. Niemniej jednak nie jest z nami tak źle, udaje nam się wrócić na miejsce po kilku godzinach, po drodze zaliczając obiad oraz muzeum w porcie (darmowe).
Co ciekawe, w lesie, na wąskiej ścieżce, wyprzedza nas naprawdę młode dziewczę na całkiem sporym motocyklu. W sumie, dobry środek lokomocji, skoro Bergkvara jest naprawdę mała, a większe miasta, czyli Karlskrona albo Kalmar (przeciwstawnie) są w odległości ponad 40 km. Rowerem to trochę daleko... Są oczywiście autobusy.
Oddajemy rowery i na miękkich nogach wracamy na jacht. W planach jest kontemplacja... Ale jednak wychodzi także spacer po marinie (też jest rozległa). Znajdujemy skocznię do wody. Oraz jeden polski jacht.
Poza tym, tego dnia, widzimy na drogach kilka starych samochodów, które na pewno nie spełniają norm emisji spalin i hałasu. Niemniej wyglądają nieźle i myślę, że właściciele są z nich bardzo zadowoleni.
Woda w marinie ociepliła się, ma już 16,4 stopnia. ;)

Jeszcze uwaga techniczna o bilansie prądowym. Mamy od tego roku panel słoneczny. On nie pokrywa zużycia prądu w morzu, ale jednak poprawia bilans. Postój w marinie mamy z podłączeniem do prądu, bo chcemy doładować porządnie akumulator. Panel by to zrobił, ale przez kilka dni. Ładujemy także wszystkie bateryjki, telefony, latarki.

Miejsce nam się bardzo podoba, bosmanetki są miłe, ogólnie jest super, ale czas ruszać dalej. Planem jest Kalmar. Ruszamy przed godziną 9, bo to dość blisko. Mamy silny wiatr z baksztagu, potem nawet fordewindu. Nie mamy weny do spinakera, płyniemy na motyla z wytykiem.



Niedaleko Kalmaru wiatr rośnie na tyle, że przezornie biorę ref na grocie. Sztakslem jest nasza mała genua, stąd przezorność. Niepotrzebna jak się okazało. Podejście do Kalmaru robimy na samym grocie. Mijamy się z Copernicusem w odległości kilku metrów. Port zapchany, ale udaje nam się znaleźć miejsc tuż przy biurze mariny. Przelot zajął nam niecałe 4 godziny (od odcumowania do zacumowania, zawsze tak liczę czas).

W Kalmarze pewnie wszyscy byli, ale my akurat nie. Najpierw załatwiamy formalności. To punkt obowiązkowy zawsze. Potem idziemy zupełnie w ciemno coś zjeść. Po obiedzie, na starym mieście, ruszamy bez planu. Trafiamy do parku w drodze do zamku, także do małej i nowej mariny (a raczej części mariny głównej) przy zamku. Ładne miejsce i zawsze to więcej stanowisk.

Także przed zamkiem jest cmentarz, który bardzo nam się podoba. Głównie dlatego, że jest pod dużymi drzewami - cały wielki prostokąt z drzew, otoczony murem. Powrót przez falochron sprawia, że znajdujemy ciekawe miejsce do kąpieli...












Wracamy na jacht trochę zmęczeni i tradycyjnie kontemplujemy...
Tutaj mała dygresja. Czarodziejka jest mała, to fakt. Ale kokpit ma jeden z wygodniejszych jakie znam. I do pływania, i do sterowania, i do siedzenia w porcie. I do spania także! Oczywiście pod warunkiem, że pływa się samotnie lub w dwie osoby. Większa liczba to już problem, i w porcie i w morzu. Tylko po co pływać w więcej osób?!?

Wieczorem jeszcze spacer po marinie.
Nie da się ukryć, że jesteśmy niemal najmniejszym jachtem w porcie.
Przebija nas coś wielkości mikro, na którym pływa pani, hmm, w średnim wieku, z psem.



Jest także szwedzki Dixie 27. Reszta jachtów, a jest ich naprawdę dużo, jest większa. Ale to oni mają problem ze znalezieniem wolnego miejsca. Coś za coś. :-P
Wieczorem, niedaleko nas, zjawia się ekipa pań w mocno średnim wieku. Rozkładają sprzęt grający i przy dźwiękach muzyki typu country/melodie ludowe i inne, tańczą tańce chodzone. Całkiem spora grupa, nawet facet się zaplątał i jedna młoda dziewczyna. W sumie mają chyba ze 2 godziny zabawy, przy dużej widowni.

W nocy sporo deszczu, ale dzień wstaje ładny. Choć zimny, ale to oczywiste, skoro jesteśmy na urlopie.
Zwiedzanie zaczynamy od zamku, gdzie po pewnym czasie podłączamy się pod grupę z przewodniczką (legalnie, to jest w cenie). Dziewczyna w średniowiecznym stroju opowiada z pasją, obrazowo, i tak szybko, że mało rozumiem.
Asi bardzo podoba się kuchnia królewska. Chyba zawsze lubiliśmy wszelkie zaplecza.
Już po zakończeniu tury zwiedzania, po oklaskach dla przewodniczki (należało jej się!), zagadujemy ją prywatnie o inne zaplecze, czyli o dawne ubikacje i łazienki. Opowiada gdzie w ogóle były w zamku, ale nie wie zbyt wiele o tym. Za to docenia nietypowe pytanie i obiecuje doczytać.










W czasie zwiedzania wnętrza zamku ominęła nas ulewa.
Wychodzimy z zamku i wracamy do starego miasta, szukając nowego miejsca na obiad. Znajdujemy grecką restaurację, gdzie zamawiamy, oczywiście, pizzę. Dwie różne pizze, obie bardzo dobre.
Zmęczeni wracamy na jacht, wcale nie najkrótszą drogą. Po drodze są drobne zakupy żywnościowe i powrót do mariny od strony północnej. Kalmar ma sporo zatok czy jeziorek. Na jachcie chwila oddechu. Dolewam wody do zbiornika - dwa wiadra weszły. Zaletą małego jachtu jest to, że nie trzeba rozciągać węża, wystarczy podejść z wiadrem dwa razy. Kilka minut i zbiornik wody pełen. Potem przelewam paliwo z baniaczka do zbiornika paliwa. Mamy teraz pełny zbiornik paliwa, całe 22 litry, co wystarczy nam pewnie do końca sezonu i dłużej.
Asia zasypia, ale budzę ją przed godziną 18, bo na rynku ma być koncert. Sama mnie namawiała! Idziemy. Wejście jest darmowe, a występują w sumie dwa zespoły. Muzyka - stary, dobry rock, raz spokojniejszy, raz ostrzejszy.
Jeden muzyk sporo mówi między piosenkami, chyba nawet śmiesznie, sądząc po reakcji publiczności, ale nie rozumiemy nic. W sumie - co to szkodzi?

Stwierdzam, że mały jacht Emma odpłynął, a może szkoda, bo nie udało się pogadać ze sterniczką.
Pod wieczór zaczyna dość mocno wiać i w marinie robi się ciasno. U nas jest luz (y-bomy), ale bliżej wejścia jachty stoją po 2-3 przy nabrzeżach. Przeczekują silny wiatr. Idę zwiedzać najdalsze końce mariny, gdzie stoi między innymi jacht klasy R-12, Thea. Podobno z bardzo dużą liczbą oryginalnych elementów. Tak się(?) chwali kobieta, która wychodzi z kabiny na papierosa.


Wieje, jest zimno i pochmurno. Jak to na urlopie.
Przechodzę koło jachtu Ina, i na rzucone hello odpowiadam dzień dobry. Co kończy się chwilą rozmowy, oczywiście.
W sumie w Kalmarze stoją 3 polskie jachty.
W nocy jest na tyle zimno, że zamykamy kabinę.
Konsultacje meteo, i wcześniejsze i z tego wieczoru (kolega udzielał nam wsparcia przez te dni, my ani razu nie zerknęliśmy do internetu), zakończyły się decyzją, że czas wracać do domu. Trochę za wcześnie, ominęła nas planowana Mörbylånga, ale na koniec tygodnia zapowiadany jest wschodni i słaby wiatr.

Rano mamy czas, bo planujemy wyjście o godzinie 12, żeby ominąć resztkę silnego wiatru na wylocie z Kalmarsundu. Tym razem ruszamy pieszo na południe, gdzie odkrywamy kapitalny zespół plażowy. Jest wysoka skocznia, jest miejsce z wyciągiem dla narciarzy wodnych, plaże, pomosty. Oraz całkiem spora marina, z domkami/budkami nad samą wodą. Na początku pogoda nas nie zachęca do niczego, jest pochmurno i zimno, ale jak docieramy do mariny, wychodzi słońce. Wracamy „trochę” naokoło, robiąc zdjęcia domkom i drzewom. Jest zupełnie pusto. Dopiero bliżej centrum widać trochę ludzi. Wycieczka nam się przeciągnęła, ale to nic.
















Jeszcze na koniec kolejne zdjęcie dużego drzewa, które Asia tak lubi.

Wychodzimy z Kalmaru o godzinie 13, później niż wiele innych jachtów. Tylko że nam się nigdzie nie spieszy. W sumie szkoda, że pogoda tak się ułożyła i że urlop taki krótki. Buuuu!
Rzut oka za siebie, w tym na most na Olandię, którego nawet nie pomacaliśmy. I samą Olandię, na którą jeszcze trzeba będzie przybyć. Kiedyś. Może niedługo?


Wiatr mamy dokładnie w mordę. Wychodzimy na silniku (wiem, lenistwo) poza bramkę za stawą, stawiamy żagle. Na sztagu duży fok. Wieje kilkanaście węzłów a my spokojnie halsujemy. Oczywiście jest wredna, krótka fala. Nie robi to na nas wrażenia. Jacht płynie całkiem szybko, mimo że jest niedożaglowany, prąd przeciwny jest bardzo słaby albo go nie ma. Może warto coś zjeść? Płyniemy spokojnie na południe, sprawdzając tylko co jakiś czas, czy na pewno żadna płycizna nam nie grozi. Wiele jachtów płynie tam gdzie my na silniku. Ale widać daleko za rufą jakiś jacht, który halsuje tak jak my i powoli nas dogania. Widać go na AIS-ie - duński jacht.
Podczas tej drogi na południe wiatr kilka razy cichnie, a ja mam silną pokusę, żeby zmienić foka na małą genuę.
Duńczyk się zbliża. I tak kilka razy, ale jednak się nie złamałem.
Za nami i z boku widać ciemne chmury, jakiś czas płyniemy w mżawce. Na wysokości Gronhogen robimy dwa zdjęcia. Ciemna, wielka chmura z baksztagu lewej burty, z której deszcz zasłania nam widok na ląd, oraz druga ciemna chmura z trawersu prawej burty. Osaczają nas.


Potem zrobiło się zimno, a co gorsza, płyniemy na krawędzi chmury i oczywiście z niej mży. Wiadomo, jak to na urlopie. Wrrrrr!
Telefon - rozmowa z kolegą z klubu, który stoi w Karlskronie i też zaraz rusza do Polski, razem z córką.
W tym czasie wiatr trochę odkręcił i lecimy już bez halsowania. Potem nawet połówką. Zbliża się wieczór, koniec Kalmarsundu.

Trafiamy w zimną rzekę prądową, temperatura wody spada poniżej 10 stopni. I choć już nie pada deszcz, jest  naprawdę zimno. Na pokładzie 12 stopni, w kabinie podobnie.


Ocieplane sztormiaki robią znakomitą robotę. Przypominam sobie wszystkie dyskusje na forach o tym, jakie to fajne są oddychające, wypasione sztormiaki i jakie to istotne. Żart, w środku lata na Bałtyku takie sztormiaki są potrzebne żeglarzom na małym jachcie jak „cyborgowi środki antykoncepcyjne” (C by Urbańczyk).

Gorzej, że robi się fordewindowo. Fala jest paskudna, wiatr ma kilkanaście węzłów. Stawiamy foka na motyla na wytyku, ale to lipa. Bez spinakera jacht się buja okrutnie. Mimo wszystko nie decydujemy się na spinakera. Prognoza jest niepewna, a chcemy trochę pospać.
Z perspektywy czasu nie wiem, czy to była słuszna decyzja. Jak w końcu rano postawiliśmy spinakera, to jacht zupełnie inaczej się zachowywał. Płynął stabilnie, bez rzucania, i o wiele szybciej. Lenistwo i zbytnia ostrożność to zło!
Ale na razie mamy noc, przecinamy drogę statkową (nie jest to ruta, ale jej wylot koło Olands Sodra). Zmiany na sterze, bo autopilot na baksztagowej fali wyje, kręcąc rumplem. Za to robi się cieplej, bo temperatura wody wyraźnie rośnie. O godzinie 24 mamy już 17 stopni!
O godzinie 4: 50, gdy Asia śpi, stawiam w końcu spinakera. Trochę to trwa, bo przenoszę fał na drugą burtę, ale w końcu ruszamy. To jednak zupełnie inna bajka. Idę spać i zostawiam Asię ze spinakerem. ;)
Wiatr się zmienia, trochę skręca, fala się robi całkiem zbełtana. Zostaję obudzony, gdy spinaker się skręca. Ale oceniam sytuację i przed interwencją postanawiam się ubrać. Asia w tym czasie rozkręca spinakera (mamy wprawę w tym, nie wiem czy to dobrze czy źle...). Zrzucamy spinakera, robimy zwrot przez rufę i znów ruszamy na motyla. Wiatr trochę silniejszy, jest jasno i cieplej!
Asia idzie spać, a ja sobie płynę. Wiatr znów się zmienia, oceniam stronę, przerzucam fał i znów stawiam spinaker, ale tym razem duży. Godzina 9:10. Hmmm. Wiatr dość szybko się rozkręca i mamy teraz, w sumie jak się okaże, 50 mil świetnej, ale i wymagającej uwagi, żeglugi. Jest pięknie! Jacht leci jak pocisk, fala się wydłużyła, wiatr wieje z uczciwego baksztagu.
Wiatr trzyma się w okolicach 20 węzłów, czasami i więcej. Już za Władysławowem jesteśmy trochę zmęczeni i o godzinie 14, ale po wyprzedzeniu jachtu przed nami, kolo Kuźnicy, zrzucamy spinakera.
Znów fok, najpierw baksztag, ale za Juratą powoli odkręcamy. Wiatr też odkręca i od Helu mamy fordewind. Kuuurcze! Nie chce mi się walczyć z wytykiem, wiatr dalej dość silny. Halsujemy baksztagami do domu i cumujemy w AKM-ie o godzinie 19:55.

Cały wypad trwał zaledwie 8 dni, log pokazał 378 mil.

Wnioski? Lenistwo nie popłaca! ;)
Czy jacht nadaje się do turystyki? Jak najbardziej. Co prawda nie ma prysznica, więc szukamy w marinach. Ale w drodze do Bergkvary wykąpałem się w wiaderku w kokpicie i nie jest to przeżycie ekstremalne. Wszystko mamy pod ręką, radzimy sobie z żaglami, niemal sięgamy rękami obu relingów w kokpicie. Wody potrzebujemy mało, paliwa tym bardziej. Łatwo znaleźć miejsce w porcie, łatwo zatankować wodę albo paliwo.