Relacje z pływań
turystycznych bywają niezbyt często. Bo niezbyt często
pływamy turystycznie gdzieś dalej. Realia urlopowe,
cóż...
Z naszych doświadczeń wynika, że na urlopie pogodę
mamy raczej niełatwą. A to jakaś burza, a to ulewa,
jakiś piździel (wybaczcie określenie). Do tego zimno,
wiatr zmienny, i tak dalej i tym podobnie.
Nie wiem czy to klątwa, czy po prostu źle wybieramy
termin na urlopowe pływanie.
Czemu Kalmar i ogólnie Kalmarsund? Bo blisko, a mamy
mało czasu. Do tego, teoretycznie, mamy szansę na
żeglugę nie pod wiatr. Teoria i statystyka,
oczywiście... :P
Sprawdzają się słabo, tak jak i prognozy pogody.
Ruszam z Górek 21 lipca, na razie sam, i tylko do
Władysławowa. Sam to niezupełnie właściwe określenie,
bo ruszamy w dwa jachty. Kolega dla towarzystwa, dla
odpoczynku od pracy. Tylko że on z Władysławowa wróci
do Górek, a my, już we dwoje, popłyniemy dalej.
Start z Górek był wcześnie, bo o godzinie 7:30. Na
razie mamy z wiatrem, pogoda jest bardzo ładna.
Ruszamy na serio dopiero za torem wodnym do Portu
Północnego.
Kolega trochę przede mną, ale ja mam teoretycznie
szybszy jacht. Tylko w słabym wietrze i na spinakerze
niekoniecznie to musi być prawda. Inna rzecz, że po
ustawieniu spinakera i autopilota, zabieram się za
dawno zaległe mycie kokpitu. W planie jest tylko
kokpit, za to dokładnie. Trochę czasu mi to zajęło, i
dopiero jak skończyłem, zabrałem się za sterowanie.
Powoli doganiam jacht przede mną, wyprzedzam za Helem.
Mnie za to wyprzedza, i to bardzo blisko, ORP
Albatros, czyli nasz kolejny, nowy niszczyciel min,
zapewne podczas prób morskich.
Kierunek się zmienia, robię przebrasowanie. Wiatr
wzrósł i płyniemy już szybko. Do Władysławowa docieram
o godzinie 14:15. Kolega niewiele później. Pogoda się
psuje. Po załatwieniu opłaty postojowej ruszamy w
miasto coś zjeść. Ale nie tak od razu. Najpierw jest
kąpiel na plaży przy porcie, gdzie ludzi nie jest
wcale bardzo dużo. Woda jest, hmm, rześka, ale kąpiel
robi nam bardzo dobrze.
Potem miasto. Udaje nam się znaleźć kapitalną
pizzerię, ale po naprawdę długim spacerze. Cóż,
kalorie przyszły i poszły, w sumie dobrze. Obeszliśmy
niemal całe miasto.
Asia przyjeżdża nocnym pociągiem, więc mamy wieczorną
wycieczkę na stację.
Kolega rusza wcześnie rano, my wprost przeciwnie.
Dopiero po burzy i ulewie, start o godzinie 11. Ma być
później silniejszy wiatr, więc na sztagu genua nr 2.
Co niezbyt się sprawdza.
Pracowicie i powoli halsujemy w słabym wietrze. Potem
w słabszym wietrze. W końcu przestaje wiać i włączamy
silnik na 1,5 godziny. Pogoda taka sobie, trochę
mżawki, trochę słońca.
Silnik odstawiamy o godzinie 17.
Przychodzi wiatr, szkoda że w pysk. Z drugiej strony,
tak właśnie miało być. O dalszej podróży niewiele
można napisać. Wiatr rośnie, zmieniamy genuę na dużego
foka. Potem jeden ref na grocie, potem drugi. Wieje 18
do ponad 20 węzłów. Fala jest wyjątkowo wredna. Na
początku nocy, gdy Asia steruje a ja próbuję spać,
liczę uderzenia kadłuba w wodę. Uderzenia to eufemizm,
jacht wali w wodę. Trzy duże jebnięcia, bo tego nie da
się inaczej określić, w ciągu 10 sekund. Co to za
okres fali??? Potem było w sumie podobnie. Zmiana na
sterze. Dopiero rano fala się trochę wydłuża, ale
dalej rzuca nami niemiłosiernie. Inna rzecz, że
płyniemy szybko. W sumie nowy, duży fok pracuje
kapitalnie.
Tutaj dygresja, bo wcześniejsza wymiana żagli na
dziobie wywołała dłuższą zadumę.
Nie da się ukryć, że sztaksle z listwami są lepsze. Z
drugiej strony, w obsłudze są trudniejsze. Trzeba to
wszystko dobrze przemyśleć w dłuższej żegludze
turystycznej. Żagle bez listew zmienia się łatwiej,
szybciej się je składa i rozkłada. „Jak żyć, szanowana
redakcjo?”.
Wchodzimy w Kalmarsund, robi się spokojniej. O
godzinie 15:45 cumujemy w miejscowości o niełatwej do
zapamiętania nazwie Bergkvara.

Znajdujemy recepcję i zostaję nieźle zaskoczony. Miła
bosmanetka (C by Don Jorge) pyta nas tylko o dwie
rzeczy. Ile nocy chcemy stać i czy chcemy prąd.
Nie interesuje jej długość jachtu, liczba załogi ani
skąd przypłynęliśmy. Rewelacja! Dostajemy dwa paski
papierowe do założenia na kosz, bo chcemy stać dwie
doby. To całe formalności. Płatność zwykłą kartą
płatniczą, albo gotówką. Wbrew plotkom, w Szwecji
gotówka cały czas działa.
Okazuje się, że Bergkvara jest miejscowością z małą
liczbą mieszkańców (to wiemy z książki Kulińskiego),
ale bardzo rozległą. Ruszamy, jak zwykle, coś zjeść.
Dłuuuga droga. Szliśmy dobrze, ale wydawało nam się,
że idziemy źle, bo to za daleko. Wróciliśmy się,
zagadaliśmy tubylkę, która nam wyjaśniła, że to jest
po prostu daleko. Odrobina cierpliwości i wytrwałości.
Potem obchodzimy okolice mariny, a potem siadamy w
kokpicie i przy herbacie oraz lekturze kontemplujemy
rzeczywistość. Przypływają na noc kolejne jachty.
Pomagamy w cumowaniu, jak i nam ktoś pomógł.
To siedzenie w kokpicie, mimo GLOBCIA i środka lata,
było w dresach i czapkach - zimno jak cholera. Woda w
marinie ma 15 stopni i jakoś mnie nie ciągnie do
kąpieli. Niedaleko jest kilka plaż, ale ludzie chodzą
w swetrach.
Pogoda mało letnia, trochę mży.

Następnego dnia wstajemy dość późno, ale wypożyczamy
rowery na 6 godzin. Jedyne o co nas zapytali, to o
numer telefonu, gdybyśmy jednak nie zdołali na czas
wrócić. Ciekawe jakie mają doświadczenia z
niedzielnymi rowerzystami... ;)
Ruszamy, co prawda siodełka są za nisko, ale na
krótkiej trasie... To było złudzenie. Zapuszczamy się
w dziwne miejsca, także w las, w wąskie ścieżki.
Wracamy po duuużej pętli, i to podwójnej w pewnym
miejscu. Okazało się, że nie wszędzie da się
przejechać i lepiej jest wrócić... ;)
Z dużym zdziwieniem robię zdjęcie dachu, który wygląda
na eternit. Może to laminat, ale jakoś wątpię.
Spotykamy dwa takie dachy.
Bo oczywiście, trochę bezmyślnie, nie wzięliśmy ze
sobą mapki okolicy. Niemniej jednak nie jest z nami
tak źle, udaje nam się wrócić na miejsce po kilku
godzinach, po drodze zaliczając obiad oraz muzeum w
porcie (darmowe).
Co ciekawe, w lesie, na wąskiej ścieżce, wyprzedza nas
naprawdę młode dziewczę na całkiem sporym motocyklu. W
sumie, dobry środek lokomocji, skoro Bergkvara jest
naprawdę mała, a większe miasta, czyli Karlskrona albo
Kalmar (przeciwstawnie) są w odległości ponad 40 km.
Rowerem to trochę daleko... Są oczywiście autobusy.
Oddajemy rowery i na miękkich nogach wracamy na jacht.
W planach jest kontemplacja... Ale jednak wychodzi
także spacer po marinie (też jest rozległa).
Znajdujemy skocznię do wody. Oraz jeden polski jacht.
Poza tym, tego dnia, widzimy na drogach kilka starych
samochodów, które na pewno nie spełniają norm emisji
spalin i hałasu. Niemniej wyglądają nieźle i myślę, że
właściciele są z nich bardzo zadowoleni.
Woda w marinie ociepliła się, ma już 16,4 stopnia. ;)
Jeszcze uwaga techniczna o bilansie prądowym. Mamy od
tego roku panel słoneczny. On nie pokrywa zużycia
prądu w morzu, ale jednak poprawia bilans. Postój w
marinie mamy z podłączeniem do prądu, bo chcemy
doładować porządnie akumulator. Panel by to zrobił,
ale przez kilka dni. Ładujemy także wszystkie
bateryjki, telefony, latarki.
Miejsce nam się
bardzo podoba, bosmanetki są miłe, ogólnie jest
super, ale czas ruszać dalej. Planem jest
Kalmar. Ruszamy przed godziną 9, bo to dość blisko.
Mamy silny wiatr z baksztagu, potem nawet fordewindu.
Nie mamy weny do spinakera, płyniemy na motyla z
wytykiem.
Niedaleko Kalmaru wiatr rośnie na tyle, że przezornie
biorę ref na grocie. Sztakslem jest nasza mała genua,
stąd przezorność. Niepotrzebna jak się okazało.
Podejście do Kalmaru robimy na samym grocie. Mijamy
się z Copernicusem w odległości kilku metrów. Port
zapchany, ale udaje nam się znaleźć miejsc tuż przy
biurze mariny. Przelot zajął nam niecałe 4 godziny (od
odcumowania do zacumowania, zawsze tak liczę czas).
W Kalmarze pewnie wszyscy byli, ale my akurat nie.
Najpierw załatwiamy formalności. To punkt obowiązkowy
zawsze. Potem idziemy zupełnie w ciemno coś zjeść. Po
obiedzie, na starym mieście, ruszamy bez planu.
Trafiamy do parku w drodze do zamku, także do małej i
nowej mariny (a raczej części mariny głównej) przy
zamku. Ładne miejsce i zawsze to więcej stanowisk.

Także przed zamkiem jest cmentarz, który bardzo nam
się podoba. Głównie dlatego, że jest pod dużymi
drzewami - cały wielki prostokąt z drzew, otoczony
murem. Powrót przez falochron sprawia, że znajdujemy
ciekawe miejsce do kąpieli...
Wracamy na
jacht trochę zmęczeni i tradycyjnie kontemplujemy...
Tutaj mała dygresja. Czarodziejka jest mała, to fakt.
Ale kokpit ma jeden z wygodniejszych jakie znam. I do
pływania, i do sterowania, i do siedzenia w porcie. I
do spania także! Oczywiście pod warunkiem, że pływa
się samotnie lub w dwie osoby. Większa liczba to już
problem, i w porcie i w morzu. Tylko po co pływać w
więcej osób?!?

Wieczorem jeszcze spacer po marinie.
Nie da się ukryć, że jesteśmy niemal najmniejszym
jachtem w porcie.
Przebija nas coś wielkości mikro, na którym pływa
pani, hmm, w średnim wieku, z psem.
Jest także szwedzki Dixie 27. Reszta jachtów, a jest
ich naprawdę dużo, jest większa. Ale to oni mają
problem ze znalezieniem wolnego miejsca. Coś za coś.
:-P
Wieczorem, niedaleko nas, zjawia się ekipa pań w mocno
średnim wieku. Rozkładają sprzęt grający i przy
dźwiękach muzyki typu country/melodie ludowe i inne,
tańczą tańce chodzone. Całkiem spora grupa, nawet
facet się zaplątał i jedna młoda dziewczyna. W sumie
mają chyba ze 2 godziny zabawy, przy dużej widowni.
W nocy sporo deszczu, ale dzień wstaje ładny. Choć
zimny, ale to oczywiste, skoro jesteśmy na urlopie.
Zwiedzanie zaczynamy od zamku, gdzie po pewnym czasie
podłączamy się pod grupę z przewodniczką (legalnie, to
jest w cenie). Dziewczyna w średniowiecznym stroju
opowiada z pasją, obrazowo, i tak szybko, że mało
rozumiem.
Asi bardzo podoba się kuchnia królewska. Chyba zawsze
lubiliśmy wszelkie zaplecza.
Już po zakończeniu tury zwiedzania, po oklaskach dla
przewodniczki (należało jej się!), zagadujemy ją
prywatnie o inne zaplecze, czyli o dawne ubikacje i
łazienki. Opowiada gdzie w ogóle były w zamku, ale nie
wie zbyt wiele o tym. Za to docenia nietypowe pytanie
i obiecuje doczytać.
W czasie zwiedzania wnętrza zamku ominęła nas ulewa.
Wychodzimy z zamku i wracamy do starego miasta,
szukając nowego miejsca na obiad. Znajdujemy grecką
restaurację, gdzie zamawiamy, oczywiście, pizzę. Dwie
różne pizze, obie bardzo dobre.
Zmęczeni wracamy na jacht, wcale nie najkrótszą drogą.
Po drodze są drobne zakupy żywnościowe i powrót do
mariny od strony północnej. Kalmar ma sporo zatok czy
jeziorek. Na jachcie chwila oddechu. Dolewam wody do
zbiornika - dwa wiadra weszły. Zaletą małego jachtu
jest to, że nie trzeba rozciągać węża, wystarczy
podejść z wiadrem dwa razy. Kilka minut i zbiornik
wody pełen. Potem przelewam paliwo z baniaczka do
zbiornika paliwa. Mamy teraz pełny zbiornik paliwa,
całe 22 litry, co wystarczy nam pewnie do końca sezonu
i dłużej.
Asia zasypia, ale budzę ją przed godziną 18, bo na
rynku ma być koncert. Sama mnie namawiała! Idziemy.
Wejście jest darmowe, a występują w sumie dwa zespoły.
Muzyka - stary, dobry rock, raz spokojniejszy, raz
ostrzejszy.
Jeden muzyk sporo mówi między piosenkami, chyba nawet
śmiesznie, sądząc po reakcji publiczności, ale nie
rozumiemy nic. W sumie - co to szkodzi?

Stwierdzam, że mały jacht Emma odpłynął, a może
szkoda, bo nie udało się pogadać ze sterniczką.
Pod wieczór zaczyna dość mocno wiać i w marinie robi
się ciasno. U nas jest luz (y-bomy), ale bliżej
wejścia jachty stoją po 2-3 przy nabrzeżach.
Przeczekują silny wiatr. Idę zwiedzać najdalsze końce
mariny, gdzie stoi między innymi jacht klasy R-12,
Thea. Podobno z bardzo dużą liczbą oryginalnych
elementów. Tak się(?) chwali kobieta, która wychodzi z
kabiny na papierosa.
Wieje, jest
zimno i pochmurno. Jak to na urlopie.
Przechodzę koło jachtu Ina, i na rzucone hello
odpowiadam dzień dobry. Co kończy się chwilą rozmowy,
oczywiście.
W sumie w Kalmarze stoją 3 polskie jachty.
W nocy jest na tyle zimno, że zamykamy kabinę.
Konsultacje meteo, i wcześniejsze i z tego wieczoru
(kolega udzielał nam wsparcia przez te dni, my ani
razu nie zerknęliśmy do internetu), zakończyły się
decyzją, że czas wracać do domu. Trochę za wcześnie,
ominęła nas planowana Mörbylånga, ale na koniec
tygodnia zapowiadany jest wschodni i słaby wiatr.
Rano mamy czas, bo planujemy wyjście o godzinie 12,
żeby ominąć resztkę silnego wiatru na wylocie z
Kalmarsundu. Tym razem ruszamy pieszo na południe,
gdzie odkrywamy kapitalny zespół plażowy. Jest wysoka
skocznia, jest miejsce z wyciągiem dla narciarzy
wodnych, plaże, pomosty. Oraz całkiem spora marina, z
domkami/budkami nad samą wodą. Na początku pogoda nas
nie zachęca do niczego, jest pochmurno i zimno, ale
jak docieramy do mariny, wychodzi słońce. Wracamy
„trochę” naokoło, robiąc zdjęcia domkom i drzewom.
Jest zupełnie pusto. Dopiero bliżej centrum widać
trochę ludzi. Wycieczka nam się przeciągnęła, ale to
nic.
Jeszcze na koniec kolejne zdjęcie dużego drzewa, które
Asia tak lubi.

Wychodzimy z Kalmaru o godzinie 13, później niż wiele
innych jachtów. Tylko że nam się nigdzie nie spieszy.
W sumie szkoda, że pogoda tak się ułożyła i że urlop
taki krótki. Buuuu!
Rzut oka za siebie, w tym na most na Olandię, którego
nawet nie pomacaliśmy. I samą Olandię, na którą
jeszcze trzeba będzie przybyć. Kiedyś. Może niedługo?
Wiatr mamy
dokładnie w mordę. Wychodzimy na silniku (wiem,
lenistwo) poza bramkę za stawą, stawiamy żagle. Na
sztagu duży fok. Wieje kilkanaście węzłów a my
spokojnie halsujemy. Oczywiście jest wredna, krótka
fala. Nie robi to na nas wrażenia. Jacht płynie
całkiem szybko, mimo że jest niedożaglowany, prąd
przeciwny jest bardzo słaby albo go nie ma. Może warto
coś zjeść? Płyniemy spokojnie na południe, sprawdzając
tylko co jakiś czas, czy na pewno żadna płycizna nam
nie grozi. Wiele jachtów płynie tam gdzie my na
silniku. Ale widać daleko za rufą jakiś jacht, który
halsuje tak jak my i powoli nas dogania. Widać go na
AIS-ie - duński jacht.
Podczas tej drogi na południe wiatr kilka razy
cichnie, a ja mam silną pokusę, żeby zmienić foka na
małą genuę.
Duńczyk się zbliża. I tak kilka razy, ale jednak się
nie złamałem.
Za nami i z boku widać ciemne chmury, jakiś czas
płyniemy w mżawce. Na wysokości Gronhogen robimy dwa
zdjęcia. Ciemna, wielka chmura z baksztagu lewej
burty, z której deszcz zasłania nam widok na ląd, oraz
druga ciemna chmura z trawersu prawej burty. Osaczają
nas.
Potem zrobiło
się zimno, a co gorsza, płyniemy na krawędzi chmury
i oczywiście z niej mży. Wiadomo, jak to na urlopie.
Wrrrrr!
Telefon - rozmowa z kolegą z klubu, który stoi w
Karlskronie i też zaraz rusza do Polski, razem z
córką.
W tym czasie wiatr trochę odkręcił i lecimy już bez
halsowania. Potem nawet połówką. Zbliża się wieczór,
koniec Kalmarsundu.

Trafiamy w zimną rzekę prądową, temperatura wody spada
poniżej 10 stopni. I choć już nie pada deszcz,
jest naprawdę zimno. Na pokładzie 12 stopni, w
kabinie podobnie.
Ocieplane
sztormiaki robią znakomitą robotę. Przypominam sobie
wszystkie dyskusje na forach o tym, jakie to fajne są
oddychające, wypasione sztormiaki i jakie to istotne.
Żart, w środku lata na Bałtyku takie sztormiaki są
potrzebne żeglarzom na małym jachcie jak „cyborgowi
środki antykoncepcyjne” (C by Urbańczyk).
Gorzej, że robi się fordewindowo. Fala jest paskudna,
wiatr ma kilkanaście węzłów. Stawiamy foka na motyla
na wytyku, ale to lipa. Bez spinakera jacht się buja
okrutnie. Mimo wszystko nie decydujemy się na
spinaker. Prognoza jest niepewna, a chcemy trochę
pospać.
Z perspektywy czasu nie wiem, czy to była słuszna
decyzja. Jak w końcu rano postawiliśmy spinaker, to
jacht zupełnie inaczej się zachowywał. Płynął
stabilnie, bez rzucania, i o wiele szybciej. Lenistwo
i zbytnia ostrożność to zło!
Ale na razie mamy noc, przecinamy drogę statkową (nie
jest to ruta, ale jej wylot koło Olands Sodra). Zmiany
na sterze, bo autopilot na baksztagowej fali wyje,
kręcąc rumplem. Za to robi się cieplej, bo temperatura
wody wyraźnie rośnie. O godzinie 24 mamy już 17
stopni!
O godzinie 4:50, gdy Asia śpi, stawiam w końcu
spinaker. Trochę to trwa, bo przenoszę fał na drugą
burtę, ale w końcu ruszamy. To jednak zupełnie inna
bajka. Idę spać i zostawiam Asię ze spinakerem. ;)
Wiatr się zmienia, trochę skręca, fala robi się
całkiem zbełtana. Zostaję obudzony, gdy spinaker się
skręca. Ale oceniam sytuację i przed interwencją
postanawiam się ubrać. Asia w tym czasie rozkręca
spinaker (mamy wprawę w tym, nie wiem czy to dobrze
czy źle...). Zrzucamy spinaker, robimy zwrot przez
rufę i znów ruszamy na motyla. Wiatr trochę
silniejszy, jest jasno i cieplej!
Asia idzie spać, a ja sobie płynę. Wiatr znów się
zmienia, oceniam stronę, przerzucam fał i znów stawiam
spinaker, ale tym razem duży. Godzina 9:10. Hmmm.
Wiatr dość szybko się rozkręca i mamy teraz, w sumie
jak się okaże, 50 mil świetnej, ale i wymagającej
uwagi, żeglugi. Jest pięknie! Jacht leci jak pocisk,
fala się wydłużyła, wiatr wieje z uczciwego baksztagu.
Wiatr trzyma się w okolicach 20 węzłów, czasami i
więcej. Już za Władysławowem jesteśmy trochę zmęczeni
i o godzinie 14, ale po wyprzedzeniu jachtu przed
nami, kolo Kuźnicy, zrzucamy spinaker.
Znów fok, najpierw baksztag, ale za Juratą powoli
odkręcamy. Wiatr też odkręca i od Helu mamy fordewind.
Kuuurcze! Nie chce mi się walczyć z wytykiem, wiatr
dalej dość silny. Halsujemy baksztagami do domu i
cumujemy w AKM-ie o godzinie 19:55.
Cały wypad trwał zaledwie 8 dni, log pokazał 378 mil.
Wnioski? Lenistwo nie popłaca! ;)
Czy jacht nadaje się do turystyki? Jak najbardziej. Co
prawda nie ma prysznica, więc szukamy w marinach. Ale
w drodze do Bergkvary wykąpałem się w wiaderku w
kokpicie i nie jest to przeżycie ekstremalne. Wszystko
mamy pod ręką, radzimy sobie z żaglami, niemal sięgamy
rękami obu relingów w kokpicie. Wody potrzebujemy
mało, paliwa tym bardziej. Łatwo znaleźć miejsce w
porcie, łatwo zatankować wodę albo paliwo.