Ten opis będzie
zdecydowanie inny niż poprzednie. Dawno już, a może
nigdy, regaty aż tak nam nie wyszły jak tym razem. Czy
to zachęcający początek? Dla tych, którzy nas nie
lubią, może i tak... ;)
Najpierw trochę historii. Regaty NordCup odbyły się
już siedemnasty raz. Pamiętam je od początku, jeszcze
jak portem regat była Jastarnia a ja pływałem na
Pallasie.
Naszą znajomość można określić jak szorstką sympatię.
Były awantury o wyniki, o przebieg. Były wpadki
organizacyjne, była duża poprawa w sędziowaniu. Był
kiedyś mój błąd w kwestionowaniu wyników wyścigu. Były
lata, gdy my się na regaty obraziliśmy.
Ale ogólnie jest dobrze i na pewno są to regaty
wyróżniające się.
Po wyścigu B8 byliśmy trochę zmęczeni. Ponieważ nasz
trzeci załogant nie mógł popłynąć, zaczęliśmy się
zastanawiać, czy po prostu nie zgłaszać się do regat.
W zamian popłynąć turystycznie np. do Jastarni, zrobić
zaległą kalibrację logu. Albo po prostu pojechać „w
Bieszczady”... ;)
Niemniej jednak zgłosiliśmy się. Być może cała nasza
seria błędów i pecha wynikała z nastawienia. To bardzo
możliwe.
Do Górek pojechaliśmy już w piątek, późnym wieczorem,
mając okazję w końcu zobaczyć nowe oświetlenie drogi
wokół zbiorników rafinerii. Do tego w burzy (albo tuż
po niej), w deszczu. Ale udało się dojechać.
Rano dopełnienie formalności w biurze regat, pobranie
trackera i wyprawki, spór o wydrukowaną Instrukcję
Żeglugi.
Całe problemy zaczęły się jeszcze przed startem. Długi
namysł nad wyborem ożaglowania przed pierwszym
wyścigiem. W efekcie, głupio, wybrałem genuę nr 2.
Jest mniejsza, o wiele łatwiej ją wybierać, a jak
wieje kilkanaście węzłów, to w zupełności wystarcza.
Co dla dwuosobowej załogi ma duże znaczenie.
Ale naprawdę problemy zaczęły się wcześniej. Okazało
się, że nie wziąłem z domu swojej linki do okularów
oraz lekkich spodni wodoodpornych. Rano jeszcze padał
deszcz. Asia nie może znaleźć swoich nowych
rękawiczek.
Okulary prawie mi spadły do wody jeszcze w porcie. Co
się raczej nie zdarza.
Padał deszcz a ja nie pomyślałem o szkłach
kontaktowych. Wyszliśmy z portu i podczas stawiania
grota, bardzo pechowo, śruba blokująca pełzacze w
likszparze wyszła, zaczepiła za pełzacz i wyłamała
kawałek osłonki likszpary. Wrrrrr.
Potem, niedługo przed startem, wybrałem mniejszą
genuę. W czym utwierdził nas chwilowy przyrostu
siły wiatru. No i prognoza.
Już w momencie startu wiatr siadał, a potem siadł
jeszcze bardziej. Na prawym halsie, bokiem do falki,
było nawet dobrze. Ale po zwrocie, przy sile wiatru
około 6 węzłów, jacht bardzo mocno zwolnił. Ja ze
złości miałem ochotę przegryźć pokład, gdy cała
konkurencja błyskawicznie od nas odeszła. O odkrętce
wiatru niedaleko górnej boi już nie mówię, bo to
standard. Za to jak w końcu mogliśmy postawić
spinakera, to wiatr wyraźnie wzrósł i zwyczajnie nie
mieliśmy czasu i siły na zmianę genuy na dużą. Bo
stawianie spinakera nie było idealne, oj nie.
Zaplątało się chyba wszystko co mogło, każda linka w
kokpicie żyła własnym życiem, a splątania i zahaczenia
były aż niezwykłe (np. topenanta spinakerbomu owinęła
się o torbę na fały).
Asia, schodząc do kabiny, zaczepiła linką od kamizelki
asekuracyjnej o zamek na suwklapie - to już nas
dobiło.
Oczywiście to były także nasze błędy, albo głównie
nasze. Na szczęście wiatr był słaby, więc błędy nie
były bardzo kosztowne (w sensie strat sprzętowych). Na
dolnym znaku spinakera zrzuciliśmy po nawietrznej
(robimy tak jak wieje słabo, żeby uniknąć konieczności
przekładania potem fału na drugą burtę). Ale i wtedy
zrobiliśmy błąd, bo okazało się, że szot przeszedł pod
spinakerbomem i nie mogliśmy zrobić zwrotu już na
początku halsówki. Powrót na stary hals, wędrówka na
dziób, rozplątanie całości. I powolna halsówka na
drugim kółku krótkiego wyścigu.
Z jednej strony morale nam siadło, brzydkie wyrazy
poleciały w morze nie raz i to z obu stron. Ale potem
nam przeszło i sytuacja zaczęła nas trochę śmieszyć.
Śmiech przez łzy, ale zawsze to jednak śmiech. ;)
W tym wyścigu zajęliśmy miejsce szóste, jak się potem
okazało. Zaraz po wyścigu, a przed drugim wyścigiem,
długim tym razem, zebraliśmy się w sobie, sprężyliśmy
i zrobiliśmy porządki ze spinakerem, linami oraz
zmieniliśmy genuę na dużą.
Długi wyścig był jednocześnie wyścigiem o Bursztynowy
Puchar Neptuna, więc jachtów startowało sporo
jednocześnie. Jakoś daliśmy radę i zaczęła się
halsówka do pławy rozprowadzającej. Warunki były
podobne jak poprzednio, wiatr 8-6 węzłów. Ale jacht z
dużą genuą pływał pod falę, na lewym halsie, zupełnie
inaczej.
To duży plus tych regat, że zdecydowanie umocniłem się
w swoim, dość niepopularnym zdaniu, że jacht nie może
mieć za małych żagli „pod optymalizację świadectwa”.
Na więcej mogą sobie pozwolić jachty lekkie. Ale
normalne turystyki jednak muszą mieć trochę napędu,
żeby w słabym wietrze nie stać w miejscu.
Zresztą potem identyczne zdanie wyraził kolega z
innego jachtu, też nie regatowej wydmuszki.
Ale swój limit pecha i w tym wyścigu musieliśmy
zaliczyć. Tuż przed pławą rozprowadzającą wiatr siadł
nam do 5-6 węzłów. Dopiero jak pracowicie weszliśmy na
boję, zrobiliśmy zwrot, nagle przywiało 10 węzłów.
Tekst o przegryzaniu pokładu ze złości już był, ale
tym razem także pasuje.
Potem było różnie, kawałek żużlowy, gdzie mruczałem
pod nosem: „królestwo za genakera!”.
Boja Stogi przy plaży, Pallas wpada na nią tuż za nami
i po chwili nas wyprzedza po nawietrznej. No nie szło
nam zupełnie. Ale nie walczę z nimi, płyniemy swoje
nie blokując ich. Gdy po pewnym czasie trochę się
pozbieraliśmy, ustawiliśmy lepiej żagle, to tym razem
my wyprzedzamy Pallasa, który także nie próbuje
ostrzyć.
Dzięki temu obaj tracimy najmniej czasu. To słuszna
taktyka w wyścigach przelicznikowych.
Potem wiatr na jakiś czas prawie znikł, oczywiście jak
dla nas, to w momencie, gdy wchodziliśmy na tor
podejściowy do Portu Północnego. Ale o dziwo, w tych
warunkach, udało nam się uciec naszej bliskiej
konkurencji, czyli Pallasowi i Aquili. Bliskiej w tym
sensie, że byliśmy obok siebie jak wiatr bardzo
zmalał. W końcu przywiało, nam udało się przejść tor
wodny i ruszyliśmy do następnego znaku. Znów było
żużlowo, ale to był pełny bajdewind.
Czy genaker by się przydał? Pod koniec tego boku tak.
Wcześniej. Ten bok także nam nie szedł. Ładnie się
pisze zazwyczaj, że „jacht nie jechał”. Ale czyja to
wina? Sternika oczywiście! To sternik nie jechał, a
nie jacht.
Weszliśmy na boję razem z Pallasem i blisko Aquili.
Zrobiło się spinakerowo, ale to naprawdę nie był nasz
dzień. Spinakera oczywiście postawiliśmy, ale nie
trwało to przepisowe kilka sekund, ale o wiele dłużej.
Czemu? Ano szkoda gadać.
Mogę oczywiście napisać, że główną przyczyną był brak
trzeciej pary rąk na pokładzie. I oczywiście jest to
pewien powód słabego działania, ale na pewno nie
główny.
Tutaj w końcu Pallas szybko został z tyłu, bo płynął
bez spinakerów (na świadectwie Non Spinaker). Nasze
zadowolenie trwało może z 5 minut. Przyszło kilka
lekkich szkwałów, wiatr bardzo wyostrzył i zrobił się
oczywiście żużel. Zanim postawiliśmy genuę i
zrzuciliśmy spinakera, Pallas był obok nas. Jakby był
na gumce z nami.
Na boję pod Brzeźnem weszliśmy jeden za drugim (o
dziwo my pierwsi). Zaczęła się normalna halsówka w
zmiennym i dość silnym wietrze do Sopotu. Silnym w
sensie, że wiało normalnie 8-10 węzłów, ale były
szkwały pod 15. Tutaj wreszcie ruszyliśmy, halsówka
poszła nawet nieźle, uciekliśmy Pallasowi znów. I
Zefirkowi z tyłu, i Amarisowi. Aquila była przed nami,
ale to ich prawo.
Pod Sopotem znów trzeba było postawić spinakera. Nie
był na właściwej burcie, ale to jakby już normalne.
Powoli bo powoli, ale w końcu go postawiliśmy.
Czyżby wreszcie jakieś normalne warunki? Kurs
fordewindowy, długi bok, wiatr całkiem spory. Wiało
13-15 węzłów. Oczywiście nie było tak super idealnie,
trzeba było po drodze zrobić kilka przebrasowań, ale
tym razem poszło nawet sprawnie. Ostatnie
przebrasowanie na torze wodnym do PP i kurs na metę.
Tuż przed samą metą wiatr bardzo osłabł, aż pojawiły
się wątpliwości, czy uda się wejść pod spinakerem na
metę.
Udało się, a w ramach nagrody za wysiłek organizator
zrobił nam piękne zdjęcie.

Po wyścigu uznaliśmy, że dobrze, że nie jesteśmy
ostatni, że pogoda była super i ogólnie nie jest źle.
Poza tym należy nam się kąpiel/popływanie, obiad a
załodze puchar lodowy. I tak się stało. :)
Wynik tego wyścigu był trochę lepszy. Miejsce piąte.
Przegraliśmy z jachtami, które płynęły bez
spinakerów/genakerów. Tak jest rozsądniej, jasne. Ale
za to oni nie mają takiego zdjęcia jak my. ;)
Wieczorem poszedłem jeszcze na wycieczkę, stanąłem
sobie przy Pallasie i dokładnie obejrzałem to, co ma
na pokładzie. Po powrocie na jacht, przy
późnowieczornej herbacie, wyciągnąłem notatnik i
zapisałem 12 powodów/przyczyn/czy rozwiązań, które
powodują, że może mieć taką czy inną przewagę.
Jest to jeden z najlepiej przygotowanych do zatokowych
regat jachtów w naszej flocie. Są jachty lepiej
przygotowane, ale niewiele.
Rano wstawanie było ciężkie (jak u Porębskiego:
„ciężko było wstać”).
Czekaliśmy na start dość długo, bo kilka godzin, co
było okazją do dłuuugiego pływania wpław po marinie. W
końcu wyjście na wodę. Wiatr nie jest silny.
Popełniamy duży błąd i wypinamy drugie brasy. Dwie
liny mniej do obsługi, dla małej załogi, to wydaje się
być rozsądne.
Sędzia szykuje nam dwa wyścigi, bo na tyle tylko
wystarczy czasu. W naszym pierwszym wyścigu pobiliśmy
chyba wszelkie rekordy. Na starcie dałem się zamknąć
jak dziecko, halsówka potem była mocno średnia. W
końcu spinaker. Stawiamy go, a raczej próbujemy. Kilka
metrów fał udało się wybrać, spinaker wyszedł z worka
i dalej nie i już. Rzucam się do masztu, zerknięcie w
górę i kompletna załamka. Jakiś gamoń, wpinając przed
wyjściem z portu fał grota w żagiel, nie zauważył, że
fał jest splątany z fałem spinakera. Takiej wpadki
jeszcze nigdy nie mieliśmy (jak w kawale: sukcesy to
ja, wpadki to my...), i to nie tylko na Czarodziejce,
ale w ogóle nigdy.
Zrzucamy grota, ściągam spinaker na pokład (co za
genuą nie jest takie wcale proste), rozplątuję fały,
wpinam. Stawiamy grota, potem spinakera. Konkurencja
popłynęła w siną dal. Wiatr trochę rośnie. Robimy
przebrasowanie, które idzie bardzo ciężko. Królestwo
na podwójne brasy!
Potem wpinamy po drodze drugie brasy, ale wszystko
idzie źle. Coś zaplątane, poplątane, zablokowane i tak
dalej.
Nie złościmy się, przeszliśmy na inny poziom
świadomości.
W efekcie mamy siódme miejsce. Czy może być jeszcze
gorzej. To zależy, czy zapytamy optymistę czy
pesymistę.
Jeden odpowie, że gorzej już być nie może. Drugi że
owszem, może. Który jak odpowiada? To zagadka
dopiero...
Załoga jest wykończona, więc ja rzucam się jak tygrys
do pracy. Klarowanie i składanie spinakera, brasów,
spinakerbomu, porządki w kokpicie, fał grota,
achtersztag. Wypicie duszkiem pól litra wody i zaraz
start.
Na starcie przy pinie robi się drobne zamieszanie,
które nas omija. Trzy duże jachty i Zefirek mają
falstart i nagle mamy wolną drogę i nawet czysty
wiatr.

Rozwiało się, wieje 12 węzłów, piękne warunki.
Halsówka idzie przyzwoicie. I choć potem okazuje się,
po postawieniu spinakera, że topenanta spinakerbomu
jest zaplątana wokół spibomu, to krótka wycieczka do
masztu likwiduje problem. Taki drobiazg to dzisiaj
faktycznie drobiazg. Gorzej jest na drugim boku
spinakerowym. Spinaker stawiany z kabiny, z prawej
strony, wychodzi skręcony w klepsydrę. A już witaliśmy
się z gąską, licząc choćby na doścignięcie Neoprofila.
Asia idzie na dziób i umiejętnie rozkręca stojący
spinaker. Ja pomagam odpowiednio sterując. Oczywiście
nie jest to proporcjonalny podział wysiłku
fizycznego... ;)
O dziwo, w tym wyścigu zajmujemy 2 miejsce. Można inni
byli też zmęczeni?
Oczywiście wysiłek na jachtach, który płyną bez
spinakerów, jest dużo mniejszy. Zwłaszcza w
dwuosobowej załodze.
Po mecie nawet zrzucanie spinakera trwa długo. Drugi
bras jakoś dziwnie zaklinował się w spinakerbomie.
Nosz kurcze... opuszczamy spinakerbom na pokład,
wyplątujemy liny. Znów coś, co nie ma prawa się
zdarzyć.
Potem robimy zwrot przez rufę i leniwie, na samym
grocie, płyniemy do portu.
Kąpiel w nagrodę, porządki na jachcie. Idziemy na
zakończenie regat.
Ogólnie można uznać weekend za bardzo udany. Nie
sportowo, ale jako czas spędzony na wodzie. Jesteśmy
naprawdę zmęczeni. Ale tak jest dobrze.
Oficjalne
wyniki są tutaj.
P.S.1 Nie opisywałem wszystkich błędów, przedziwnych
zahaczeń i zaplątanych lin, bo byłoby nudno.
P.S.2 Lista spisana w sobotę wieczorem daje do
myślenia. Niektóre punkty to rzeczy do zrobienia na
jachcie. Czyli dopieszczanie detali. Kilka punktów
wynika z przyjętej filozofii pływania, pływania
turystycznego oraz startów w regatach na długich
trasach. Albo - albo - albo...