Relacje z Regat
Samotników opisywałem rzadko. A dokładniej
to tylko raz, kilka lat temu.
Niewiele brakowało, żeby dość emocjonalny opis pojawił
się rok temu, ale w połowie pisania odpuściłem.
Emocjonalny, bo związany z wątkami na obu forach
żeglarskich dotyczącymi używania żagli na kursy pełne.
Czego rzekomo robić się nie da bez kosmicznej
przynajmniej technologii na pokładzie. Ale nawet wtedy
jest to zajęcie dla wariatów i samobójców.
Z drugiej strony opisywanie tych regat jest o tyle
trudne, że wcześniej piszę oficjalny opis na stronę
Gryfu, i potem trzeba się pilnować, żeby się nie
powtarzać.
W Regatach Samotników Gryfu startuję od bardzo dawna.
Kiedyś nawet na Tensorze (wieki temu) potem na
Pallasie, potem na Czarodziejce. Z różnym skutkiem.
Bywała wygrana, bywała także druga część stawki.
Od początku. Regaty organizuje Gryf, więc odbywają się
w Gdyni. To oznacza, że trzeba dopłynąć w piątek. Od
dawna biorę po prostu urlop na ten dzień, żeby płynąć
spokojnie, przed południem.
Do tej pory zawsze, jako organizator-nadzorca, miałem
co robić przy organizacji regat. Ale od tego roku już
wszystko dzieje się samo. Albo nie samo, ale dzięki
kilku osobom.
Jacht jest gotowy do płynięcia, jak wchodzę na jego
pokład w piątek rano. Startuję dość wcześnie, bo przed
godziną 10. Znając prognozy i żeby nie tracić czasu,
rozkładam na pokładzie tylko szoty, genuę nr 2,
autopilota, moją gumę z linką na rumpel i to wszystko.
Resztę rozłożę po drodze. Także po drodze planowałem
śniadanie.
Mam niemal idealnie pod wiatr do Gdyni. Prognozy są
niepewne, w sensie, że ma wiać i szkwalić.
Faktycznie tak było. Wiatr szybko wzrósł i za Portem
Północnym założyłem ref na grocie. Potem nawet
myślałem nad drugim, ale jednak nie było potrzeby. Ze
śniadania oczywiście nici, chciałem się skupić na
sterowaniu, a zmienny co do kierunku wiatr, potem
słabnący, nie działa najlepiej na pokładowego
autopilota.
Poza krótkim deszczem w sumie było dobrze i żeglowało
się całkiem miło.
Płynąłem w szkłach kontaktowych zamiast okularów i to
był strzał w dziesiątkę. Co prawda wtedy bardzo słabo
widzę to co na ekranie GPS, ale coś za coś.
To był test, zdecydowałem, że w regatach też będę
używał szkieł kontaktowych.
Na jachcie jest dobre miejsce do zakładania i
zdejmowania szkieł. Siada się na kibelku, włącza
lampkę tuż koło małego lusterka na grodzi, szkła i
ręcznik papierowy kładzie na półeczce koło umywalki.
Warunki lepsze niż w domu. Oczywiście dalej nie
wyobrażam sobie zakładania szkieł na morzu, na fali.
Ale może kiedyś dojdę i do tego.
Do Gdyni dopływam przed godziną 14. Nigdzie mi się nie
spieszyło, więc dohalsowałem do pławy GS, omijając po
drodze różne trenujące grupki jachtów.
W marinie trochę mało miejsca, staję na drugiego na
falochronie wschodnim. Idę do klubu, dowiaduję się, że
zgłosił się do regat szósty jacht, że tylko ja
startuję ze spinakerami. Ehhh, ginie duch w narodzie.
Zgoda, że prognozy na weekend są dość wredne, ale
jednak. Z drugiej strony, gdyby wszyscy mieli żagle na
kursy pełne, to każdy miałby podobne problemy. Tylko
że zaraz pada argument, że wtedy przewagę będą miały
małe jachty. To prawda. Ale małe jachty generalnie
mają trudniej, więc takie wyrównanie szans mogłoby być
ciekawe.
Dygresja. Ktoś kiedyś rzucił pomysł, żeby zrobić
regaty nietypowe. W sensie, że jachty płyną na
świadectwach non-spinaker, ale żagli spinakerowych
można używać. Tak nietypowo, w nietypowych regatach.
Wracam na jacht
z instrukcją żeglugi i czytam ją uważnie, może nawet
ze zrozumieniem. Wieczorem w gronie
uczestników regat chwila rozmowy, ale to przecież
normalne.
Rano była obowiązkowa odprawa, ostatnie ustalenia.
Przed godziną 9 ruszamy z portu. Wszyscy samotne
żeglowanie mamy opanowane na pewno w stopniu
przyzwoitym.
Pierwszy wyścig jest wyścigiem up-down, z jedną pętlą
o długości boku 2 mile. Górny znak sędzia ustawia dość
blisko brzegu, przy końcu bulwaru. Start, przy
zachodnim kierunku wiatru, jest oczywiście w morzu.
Płyniemy dwie mile. Od wczoraj mam ref na grocie, ale
dochodzę do wniosku, że lepiej będzie go zdjąć. Nie
wieje aż tak mocno, a pod Gdynią mogą być cisze, więc
lepiej mieć więcej żagla. Oczywiście nie zmieniam
genuy małej na dużą, aż tak słabo nie wieje. No i
pytanie, jak będzie wiało później.
Badam linię startu, korzystny jest start przy pinie.
Start wychodzi całkiem nieźle, co widać na zdjęciach
Cezarego Spigarskiego z Oficyny Morskiej. Zdjęcia i
opis są pod tym linkiem.
Halsówka wychodzi mi też całkiem dobrze i na górny
znak wchodzę na drugiej pozycji. Oczywiście GoodSpeed
trochę uciekł, ale nie aż tak bardzo dużo.
Wieje prawie fordewind, ze wskazaniem na prawy hals.
To bardzo dobrze. Autopilot włączony, a ja szybko
wpinam w reling mniejszy spinaker, podłączam liny i
stawiam spinakerbom. Potem zrzucam genuę. Normalnie
najpierw stawia się spinakera, a potem zrzuca genuę,
ale nie w samotnej żegludze przy silnym wietrze. Jak
spinaker zapali, to autopilot sobie nie radzi (za
niska klasa) i lepiej wtedy na dziób nie chodzić. To
wszystko wiem z doświadczenia. To ładny eufemizm na
przeżyte dawniej, w regatach, kłopoty...
Stawiam spinakera. I tutaj pech, albo mój błąd.
Spinaker wychodzi skręcony. To się czasami zdarza,
przy długim stawianiu, albo przy złym wpięciu lin. To
oznacza kłopoty, stratę czasu i duży wysiłek. Luzuję
fał spinakera do połowy i rozkręcam spinaker,
umiejętnie ciągnąc za właściwy bras i lik, gdy
spinaker gaśnie za grotem.
Taaak, to też mamy opanowane. Co wynika, oczywiście, z
„doświadczenia”.
Spinaker się rozkręca i zapala. Skok do rumpla,
korekta autopilota, a potem pracowite wybieranie fału
(co idzie ciężko, wiadomo) i brasów (co już idzie o
wiele łatwiej, bo kabestany szotowe są duże).
Korekta ustawień spinakerbomu i lewej brasołapki. Szot
spinakera w łapę, w drugą łapę rumpel. Trzecią ręką
sięgam po wodę i uzupełniam płyny w organizmie.
Spinaker pięknie pracuje i zaczyna się świetna jazda.
Zerkam do tyłu - nikt mnie nie dogonił. Czujnie zerkam
na wiatromierz, na icka na wancie, na metę. Bardzo się
cieszę, że mogę płynąc prosto na metę pełnym, ale
jednak baksztagiem. To dużo daje, nie muszę robić
przebrasowania (i tak bym nie próbował w takich
warunkach). Ile wieje? Od 14 do 19 węzłów. I jakby
coraz mocniej. W końcu meta. Zrzucam bez problemów
spinaker, ostrzę, czas na porządki. To jest właśnie
dodatkowy problem spinakerowców. Inni po mecie
odpoczywają, a ja muszę wypiąć fał i brasy,
uporządkować liny w kokpicie, pójść na dziób i złożyć
spinakerbom, oraz wejść do kabiny i złożyć spinakera.
To wszystko zajmuje czas i kosztuje sporo wysiłku.
Oraz, potem, zużywa wodę i/lub kwas chlebowy. ;)
Czasu trochę mam, bo jachty za mną są dość daleko.
Wiatr się utrzymuje i zastanawiam się na zarefowaniem
grota, ale w końcu rezygnuję. To zawsze mogę zrobić,
także w wyścigu.
Sędzia podaję trasę długiego wyścigu. Sprawdzam czy
fał spinakera jest na właściwej burcie. Wygląda na to,
że jest.
Start znów jest korzystny przy pinie. Ale tym razem
spóźniam. Zaplątałem się za dwa jachty i trochę
zabrakło czasu. Gdy tylko jest okazja, robię zwrot i
uciekam na czysty wiatr. Halsówka wygląda podobnie jak
poprzednio, bo początek trasy jest taki sam jak
wcześniej. Dwie mile pod Gdynię. Wychodzi mi to teraz
gorzej, ale i tak wpadam drugi na boję. Czas na
spinaker. Ty razem stawiam go trochę inaczej i
wszystko idzie sprawnie. Nie można było tak
poprzednio? Ehhhh. Płyniemy do pławy N5.
Odrabiam straty, uciekam jachtom za mną, doganiam
GoodSpeed-a. Ale wiatr kręci. Za Redłowem trochę
słabnie. Potem znów rośnie. Zerkam na chmury po
prawej. Wiatr wyostrza, a po zawietrznej mam statki na
kotwicy. Po kolejnym szkwale, trochę wcześniej niż
chciałem, zrzucam spinaker. Autopilot steruje, a ja
przede wszystkim likwiduję spinakerbom. Na pławie
będzie zwrot przez rufę. Trochę porządków i czekam. Po
boi kurs na pławę GD. Pełny bajdewind. Trudno się
mówi, bo na spinaker nie ma szans. Dopada mnie ulewa,
i to porządna. Znów się cieszę, że nie mam okularów,
przynajmniej wszystko widzę. Szkwały pod 20 węzłów,
kokpit przegrodzony szotem genuy, więc nie schodzę po
sztormiak. Mam nadzieję, że zmoknę tylko trochę.
Deszcz przechodzi po kilku minutach. Potem Łukasz z
GoodSpeed-a mówił mi, że zniknąłem mu zupełnie z
widoku. Najgorsze jest to, że po ustaniu ulewy wiatr
cichnie do 8 węzłów. Nosz kuuurcze, a za mną płyną.
Cisza nie trwała długo, ale zawsze to strata.
Zimno mi. Schodzę pod pokład, zakładam górę sztormiaka
i wyciągam kanapkę, przygotowaną specjalnie na wyścig,
co rzadko mi się zdarza.
Rumpel w jednej dłoni, w drugiej kanapka, trzecią
czasami reguluję szot (kabestany samoknagujące
odpowiedniej wielkości to prawdziwy skarb).
Zbliża się pława GD, będzie halsówka do Gdyni. Zerkam
na wiatromierz i rozważam refowanie się. Zwrot na boi,
wybranie żagli, ustawienie kursu. Prawy hals, wiatr
wieje solidnie, 16-19 węzłów, czasami więcej. Osłabnie
potem czy nie? Stwierdzam, że osłabnie pod Gdynią. I
to był błąd. Na zarefowanym grocie płynąłbym po prostu
szybciej, a wiatr pod Gdynią wcale nie osłabł.
Ale na razie mam inny problem. Fał genuy jest za słabo
wybrany. W regatach załogowych sprawa jest prosta:
jedno polecenie i załoga robi, co trzeba. Samemu jest
trudniej. Włączam autopilota, szykuję korbę w
kabestanie fałowym, druga korba jest w szotowym.
Luzuję szot genuy, wybieram na chama fał, wybieram
szot. Wracam do rumpla i płyniemy dalej. Mirabelle
jest dość blisko za mną. Pocieszam się, że płynę
ostrzej i tak samo szybko, a to w końcu większy jacht.
O halsówce nie ma co pisać. Pod Gdynią przebijam się
przez jachty trenujące lub mające regaty. Popełniam
jeden błąd, płynąc trochę za bardzo w prawo. Mirabelle
odzyskuje trochę dystansu.
Meta, potem port.
Wyniki, zwłaszcza długiego wyścigu, są trochę
zaskakujące. Wygrywa Mirabelle, drugi jest GoodSpeed,
ja mam trzecie miejsce. W pierwszym mam miejsce
drugie. Kuurcze, gdyby nie splątany spinaker, to
byłaby szansa na pierwsze. Gdyby, gdyby. O jeden
błąd za dużo.
O godzinie 18 w klubie jest spotkanie przy pierogach.
Dyskusje o formule regat, o planach na następny rok.
Zdania co do postaci i liczby wyścigów są
podzielone. Pytanie, czy słuchać opinii tych, którzy
na regatach są, dość nieliczni, czy opinii tych,
którzy zrezygnowali ze startu. Z różnych co prawda
powodów, ale jednym z nich jest niechęć do krótkich
wyścigów. Oczywiście wiem, że ludziom się nie chce
pływać samotnie w regatach, które trudno wygrać, które
wymagają dużego wysiłku i które w żaden sposób nie są
wyczynem, którym potem można się chwalić...
Spotkanie nie jest zbyt długie, po prostu wszyscy są
zbyt zmęczeni.
Rano w niedzielę nie ma odprawy, więc można spać
odrobinę dłużej. W nocy pada deszcz, a ja wstaję
bardzo wcześnie. Skoro nie trzeba wstawać, to nie chce
się spać, logiczne! ;)
W niedzielę wychodzimy z portu po godzinie 9.
Wcześniej były dyskusje nad doborem żagli.
Płyniemy na start. Miejsce jak w sobotę, ta sama boja
zwrotna pod Gdynią. Tuż przed startem przechodzi nad
nami ulewa. Sędzia ją przeczekuje, i tak mało widać.
Oczywiście mam szkła kontaktowe i to jest zupełnie
inna jakość żeglowania w takich warunkach. Sprawdzam
kierunek wiatru i przenoszę fał spinakera na prawą
burtę.
Czeka nas wyścig średni. Start przy pinie znów jest
korzystny i tak startuję. Jest dobrze! Ale potem wiatr
zaczyna powoli odkręcać w prawo. Halsówka nie była
najlepsza, nie tylko w moim wydaniu i jachty się
tasowały.
Na boję pod
Gdynią wpadam jako drugi, ale tuż za mną jest Pallas
a co gorsza, blisko jest Mirabelle. Mój główny rywal
w punktacji generalnej.
Płyniemy na pławę GD. Miał być pełny baksztag, ale
wiatr za bardzo odkręcił i robi się żużel
genakerowy. Wiatr od 100 do 120 stopni od burty.
Wieje 16-18 węzłów, nie ma mowy o spinakerze.
Szkoda, cholera. Przerzucam genuę na szot
zewnętrzny. Pallas za mną wstawia wytyk do genuy.
Warto? Nie warto? Oceniam że nie warto i to chyba
też był błąd. Ale nie mam pewności. Królestwo za
genakera! Ale kto wie, czy bym go stawiał. Uciekam
Pallasowi, ale przed pławą on odzyskuje dystans.
Traci trochę na likwidacji wytyku.
Ruszamy już na metę. Bajdewind, ale niezupełnie
na ostro. Lekko luzuję żagle i skupiam się na
sterowaniu. Pallasowi uciekam, ale Mirabelle jednak
nie.
Chyba jednak trzeba było się zarefować. Wiatr powoli
rośnie.
Za metą chwila oddechu. Do Górek mam fordewind,
wystawiam genuę na spinakerbomie na motyla. Żegluje
się bardzo fajnie, ale o oddechu nie ma mowy. Wieje
coraz mocniej, często ponad 20 węzłów. Blisko za mną
płynie Mirabelle, gdzieś z tyłu także Amaris.
Wiatr dalej odkręca i likwiduję spinakerbom.
Baksztagowa fala miota jachtem, a mnie chce się spać.
Po zacumowaniu w AKM-ie czas na porządki, ale zaczyna
padać. Przechodzi krótka ulewa. Robię porządki, na ile
się da. Potem obiad, potem kąpiel z jachtu. Woda jest
cieplejsza niż powietrze. Pływanie dobrze mi robi, to
zawsze świetny odpoczynek.
Ostatni wyścig przegrywam z Mirabelle i spadam w
klasyfikacji generalnej na trzecie miejsce. Znów
trzecie?!
Bez spinakerów w świadectwie pewnie byłoby lepiej, ale
mimo tego jestem przed trzema jachtami.
Wyniki i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfu.
I jeszcze wyjaśnienie tytułu artykułu, czyli co się
da. Da się oczywiście używać żagle na kursy pełne, bez
żadnych wspomagaczy typu roler czy skarpeta, które
tylko komplikują manewry. Może warto spróbować?
Czasami bywa, hmm, emocjonująco... Mimo to, albo
dlatego, warto.