Przed rozpoczęciem
pisania tej relacji przeczytałem relację z roku 2018.
Chciałem sprawdzić, co się zmieniło przez 5 lat. To
jednak sporo czasu.
Regaty zawsze zaczynają się podobnie. Trzeba
przygotować jacht, co wyszło nam średnio, trzeba kupić
i załadować zapasy, trzeba też doprowadzić jacht do
Gdyni.
W efekcie nie udało nam się przygotować jachtu
wcześniej i musieliśmy zrobić to w piątek.
Przyjechaliśmy na jacht przed południem. Wynieśliśmy z
jachtu narzędzia i różne materiały do prac wszelakich,
które na jachcie jeszcze były. Jak widać,
przygotowanie do sezonu ciągle nam kuleje.
Z rozpędu i przez przeoczenie i tak zostawiłem na
jachcie np. pojemnik z zapasowymi śrubami i kilka
innych drobiazgów. Trudno się mówi.
Ponieważ na regaty płynęliśmy tylko we dwoje a do
żywności na jachcie mamy od jakiegoś czasu podejście
minimalistyczne, ta sprawa została szybko ogarnięta.
Woda już była, rzeczy osobiste też.
Warunki na morzu były wredne, wiało prawie z północy i
to dość mocno. Czemu, ach czemu tak musi być? My
chcemy się tylko dostać do Gdyni. Na sztag wędruje
duży fok, żeby się nie męczyć zbytnio. Wychodzimy z
mariny około 11, podchodzimy do wyjścia na morze.
Stawiamy grot i od razu go refujemy. Potem fok w górę
i wychodzimy. Trochę szkoda nam czasu, więc ze
wspomaganiem silnikiem, żeby nie trzeba było w wyjściu
halsować.
Nawet nas silnik rozleniwia...
Na morzu jak to na morzu w takich warunkach (wiatr do
19 węzłów). Fala spora, trochę chlapie. Ja oczywiście
nie mam na sobie sztormiaka (jak zazwyczaj).
W efekcie silnik wyłączamy dopiero za głowicą nowego
falochronu Portu Północnego.
Asia steruje ubrana już na bojowo. Narzekamy trochę do
siebie, że czemu taka pogoda, czemu nie mogło być z
wiatrem w pięknych okolicznościach przyrody?
Tylko że przecież są piękne okoliczności! No dobra,
nie jest wcale źle. Robię kilka zdjęć wody i tychże
pięknych okoliczności...
Poza tym, do Gdyni mamy pełny bajdewind, bez
halsowania, więc naprawdę nie można narzekać!

Zawiązuję
reflinki na grocie, żeby mniej przeszkadzała jego
fałda pod bomem. Potem czas na herbatę i
jakieś drobne porządki. W Gdyni cumujemy przed godziną
15, tuż przed Diamantem GT (który jest naszą
konkurencją w regatach). Załatwiamy odbiór trackerów
(tym razem mamy aż dwa systemu trackingu) a potem
załoga dopomina się o obiad w Pierożku. To co prawda
przy Świętojańskiej, ale zawsze warto zadowolić
załogę!
Potem dozbrajamy jacht w brakujące na pokładzie liny i
robimy porządki już na morze.
Ponieważ start ma być tuż przy marinie, wychodzimy
dopiero o 18:30. Jachtów nie jest zbyt wiele, a linia
startu jest ustawiona skośnie do wiatru. Wybieramy
środek na miejsce startu, nie chcąc podochodzić
zbytnio pod falochron. Start okazuje się prosty, nikt
nikomu nie przeszkadza, kilka sekund spóźnienia i
można płynąć. Mamy bajdewind lewego halsu aż do Helu.
Trochę pełniejszy niż całkiem na ostro.
Tak przy okazji, to zdjęcia ze startu są na stronie
Oficyny Morskiej pod linkiem:
link
Asia jak to zwykle siada na balast i pozostaje nam
płynięcie. Wiatr ma słabnąć, więc po namyśle jeszcze w
porcie wybraliśmy dużą genuę. Gdyby wiało za silnie
można się zarefować a zmiana genuy z małej na dużą to
duża strata.
Wybór był dobry i choć w drugiej połowie drogi do Helu
wiatr przekraczał 15 węzłów to jednak oparłem się
pokusie refowania. Słusznie, jak się okazało. Przy
Helu wiatr już wyraźnie osłabł.
Tutaj pojawił się stary dylemat jak okrążać cypel.
Prognozy prądowe znaliśmy (Asia tego pilnuje!). Wiatr
w pysk a prąd zgodny. Nawet bez przyrządów było to
oczywiste, gdy było wyraźnie czuć i widać, że wiatr
jest przeciwny do prądu, co daje efekt w postaci
krótkiej i zbełtanej falki.
Pod Hel podchodziliśmy dość blisko brzegu płynąc ostro
na wiatr. Oceanna i Vataha przed nami płynęły znacznie
pełniej i dalej. Podobnie zresztą jak większość
jachtów. Tutaj zarobiliśmy pierwszą ratę na dobry
wynik, co widać na trackingu. Sporo odrobiliśmy do
czołówki. Chociaż zwrot mogliśmy zrobić odrobinę
wcześniej. Byłoby bardziej nerwowo przy płyciźnie w
znanym nam miejscu, za to jeszcze byśmy odrobili
dystans, ale trudno było przewidzieć dokładny kierunek
wiatru.

Nadchodzi noc. Księżyc świeci z lewego baksztagu. Jest
prawie pełnia, jasno, pogoda jest cudowna. Przypominam
sobie, że także dlatego lubię nocne regaty. Woda w
morzu ma 12 stopni, na niebie nie ma choćby chmurki i
ogólnie jest zimno. Zimno nawet jak na czerwiec.
Zaczyna się nocne życie. U nas nie mamy żadnego
harmonogramu wacht czy czuwania. Czas coś zjeść i może
herbatę...
Za Jastarnią wiatr się trochę wypełnia. Vataha
odchodzi lekko w morze, my z Oceanną płyniemy przy
brzegu.
Przy Władysławowie wiatr maleje do około 6 węzłów i
wyostrza. Lecimy dalej tak ostro jak wiatr pozwoli,
czekając na jego zmianę. Wykorzystujemy każdą okazję
do podostrzenia i udaje nam się minąć Rozewie bez
zwrotu. Oceanna zwrot robi wypływając przed naszym
dziobem niemal z lasu (w nocy wszystkie koty są
czarne). Płynący z nami poza konkurencją (mieli być w
regatach) Idefix przechodzi nam jeszcze bliżej przed
dziobem. A w końcu to Pogo 12,5... Oni za chwilę
wracają a my walczymy dalej. Wiatr słabnie i rośnie,
powoli odkręca w lewo, dociskając nas do także powoli
odkręcającego brzegu. Wytrzymujemy nerwowo (stary
tekst i prawdziwy). Rozewie za nami, Oceanna straciła
i jesteśmy tuż za nią. To było drugie miejsce, gdzie
TROCHĘ zarobiliśmy na dobry wynik.
W końcu wiatr słabnie i odkręca o ponad 100 stopni. W
zasadzie pozostaje nam zrobić zwrot. Po pewnym
czasie wiatr się mocno wypełnia a my popełniamy błąd i
stawiamy genakera. Wiatr szybko cichnie do niemal zera
i wyostrza. I nas i Oceannę, która jest bardzo blisko,
odwraca dziobem na wschód. Cisza nie trwała długo, ale
bezsensowne stawianie i zrzucanie żagla w nocy,
zrzucenie ganuy i potem postawienie, porządki,
kosztowały nas trochę czasu, wysiłku i drogi.
Tutaj straciliśmy pierwszą ratę na dobry wynik.
Vataha, będąca dalej w morzu, po prostu nas opłynęła,
poszła bardziej na zachód i zrobiła zwrot sporo
później niż my.
Jest godzina 3 rano, jesteśmy blisko za Oceanną,
sprawdzamy na AIS-ie, że Vataha jest ponad milę od
nas, wyżej do wiatru i trochę przed nami.

Zmieniamy się na
sterze, ja idę spać. Asia walczy bardzo ładnie,
uważnie steruje i wychodzimy powoli nad Oceannę. Tadam!
Wiatr powoli odkręca w lewo, my razem z nim. Kurs jest
na znak. Ranek, robi się cieplej.
Z rzeczy praktycznych: Asia idąc spać szykuje sobie
kupiony w zeszłym roku termofor, co bardzo dobrze się
sprawdza.
Wiatr jest zmienny co do siły i jeszcze powoli idzie w
lewo. Oceanna także powoli nas wyprzedza od
zawietrznej.
Kierunek wiatru to 90 stopni, potem 100, czasami
trochę więcej. Genaker czy nie? Nie znamy żagla, nie
wiemy ile nam da. Ale decydujemy się spróbować.
Stawianie nie idzie nam wcale tak bezproblemowo...
Raczej jakby przeciwnie.
Tak przy okazji, jak ktoś mi powie, że genaker jest
łatwiejszy w obsłudze od spinakera, to usłyszy ode
mnie soczyste „a gówno prawda”. Ale to osobny wątek,
do omówienia w artykule o żaglach na kursy pełne.
Płyniemy na genakerze godzinę i w końcu go zrzucamy.
Cała akcja to był błąd. Tutaj straciliśmy drugą i dość
dużą ratę naszego dobrego miejsca. Po prostu było za
ostro. Błędy przy stawianiu (np. wypiął się karabinek
halsu), błędy przy zrzucaniu (zaczepił się o reflektor
radarowy na achtersztagu i na rurze anteny na rufie) -
porażka!.
Z drugiej strony sporo się nauczyliśmy o naszym nowym
żaglu, szkoda tylko, że podczas wyścigu.
Porządkujemy wszystko, ustawiamy kurs na punkt
zwrotny.
Do punktu jest blisko, a trafiamy (jak i cała nasza
flota) na statek Amber Cecylia robiący pomiary
(ciągnie za rufą sprzęt). Jachty po kolei uzgadniają
zasady mijania się. Słyszymy te rozmowy i gdy
przychodzi nasza kolej „pocieszam” rozmówcę, że mamy
regaty i za nami płynie jeszcze 6 jachtów. Oraz że tą
samą drogą będziemy wracać... ;)
Zbliżamy się do punktu a dość blisko niepokoi nas
jeszcze inny statek, także najwyraźniej badawczy,
który kręci się blisko nas i w sposób dla nas
niejasny.
W końcu jesteśmy. Pierwszy raz mijamy wirtualny
waypoint. Dla nas to nowe doświadczenie. Robimy zwrot
przez sztag, czujnie zerkamy na statek w pobliżu i
ruszamy w drogę powrotną. Na punkcie przywiało nam 15
węzłów. Potem wiatr jest trochę pełniejszy niż
poprzednio. Pomni doświadczeń nie planujemy genakera
za to zabieramy się za jakiś obiad. Asia zamówiła w
Pierożku porcję pierogów na wynos, która ja teraz
podsmażam. Asia dostaje swój obiad, autopilot
przejmuje ster, a ja smażę sobie parówki z jajkami.
Jak szaleć to szaleć. Coś ciepłego było nam bardzo
potrzebne i posiłek wyraźnie podniósł nasze morale. Do
tego herbata - pełnia szczęścia. Zbliżamy się do
znanej nam już Amber Cecylii, ale tym razem mamy mniej
szczęścia i musimy go(ją?) lekkim łukiem okrążyć.
Drobna strata. W sumie jak dla nas takie sytuacje to
norma.
Wiatr jeszcze trochę się wypełnia i jednak stawiamy
genakera. Już troszkę sprawniej.
Zostawiam Asię z genakerem i idę spać. Budzi mnie
kuter rybacki, który przez UKF-kę chce ustalić co my
robimy. Wiatr ścichł, jacht zwolnił. Wyjaśniam
sytuację, żegnamy się z pozdrowieniami.
Genaker ląduje pod pokładem a my ruszamy dalej na
wiatr.
Przychodzi wieczór. Sprawdzam stan rozładowania
akumulatora na mierniku pojemności. Jest w normie,
czyli niecałe 20%. Włączamy światła i ogólnie
szykujemy się do nocy.
Zostaję sam na pokładzie. Księżyc świeci z prawego
bajdewindu, jest chyba pełnia. Znów bajkowo, tylko
coraz zimniej.
Kupiliśmy dwa komplety ocieplanych sztormiaków Imax.
To ich drugi sezon albo trzeci.
Teksty o tym, jak ważne są oddychające sztormiaki już
dawno uznaję za majaczenie. Na Bałtyku, w zimną noc,
gdy woda ma 12 stopni a powietrze poniżej 10,
oddychalność stroju jest na ostatnim miejscu na liście
ważności.
Ocieplane spodnie założyłem na początku swojej
„wachty”. Ale potem zszedłem pod pokład i założyłem
górę, postawiłem kołnierz. Było dużo lepiej na
pokładzie, ale ciągnęło zimno po stopach.
Znów zszedłem pod pokład, wyszukałem wełniane skarpety
i kalosze, których używam bardzo rzadko.
Teraz było ok, a najbardziej rozgrzało mnie zakładanie
tych kaloszy...
Trwałem na sterze. Minęła północ. Powoli płynęła
godzina za godziną. Gdy miałem dość, to schodziłem na
chwilę pod pokład sprawdzić pozycję innych jachtów na
AIS-ie, sprawdzić sytuację ogólnie, zrobić sobie
kanapkę czy herbatę. No i rozważałem sytuację, jak
podejść do brzegu. Pamiętając o prognozie i myśląc o
warunkach.
W efekcie lekko zmieniłem kurs na najkrótszy do
naszego waypointu przy Półwyspie w okolicach Jastarni.
Oceanna i Vataha leciały z przodu i bardziej na
wschód. Uznałem po namyśle, że jednak spróbujemy
przejść najkrótszą drogą.

Świt, robi się cieplej. Widać od dawna ląd, do którego
zbliżamy się powoli po stycznej.
Wchodzimy w prąd. Wiatr to pełny bajdewind więc jest
super. Zbliżam nas do brzegu trochę bardziej niż
biegnie najkrótsza trasa, żeby zmniejszyć wpływ prądu
oraz licząc na korzystniejszy wiatr. Choć to zawsze
loteria, ale tym razem wypala. Okrążamy powoli cypel,
a wiatr odkręca razem z nami. To dodatkowy bonus.
Wieje słabo, około 6 węzłów. Zbliżamy się bardzo do
jachtów z przodu, które widać dobrze z lewej strony za
genuą. Zerkam do tyłu. Daleko, ale to chyba Andromeda.
Tak nam mówi tracking.
Wiem, że podchodząc pod brzeg ryzykuję. Ale wiatr cały
czas jest, więc to ryzyko odpadło.
Wiem, że czeka nas cisza, ale nie wiem dokładnie
kiedy. Wychodzimy na wysokość latarni, widać Gdynię,
można wyostrzyć. Powoli odchodzimy od brzegu. I wtedy
wiatr zdycha. Dryfujemy powoli w kierunku pławy Hel i
toru wodnego. Dokładnie na środku toru stajemy.
Ponieważ jednak coś u nas pływa, to wywołuje nas VTS
Zatoka. A potem wchodzący do Zatoki statek Mazury.
Mazury mówi nam, że przejdzie nam za rufą. Bardzo mnie
to cieszy, problem się rozwiązuje.
Próbuję utrzymywać dziób jachtu w kierunku właściwym.
W końcu wiatr przychodzi. Słaby, ale możemy zejść z
toru (oczywiście kierując się prosto na metę). W tym
czasie Andromeda, płynąc tak jak my przy brzegu,
dogoniła nas i w sumie wyprzedziła. Vataha i Oceanna
poszły dalej w Zatokę i też odzyskały część
wcześniejszej straty.
Trafiliśmy w złe miejsce w złym czasie. Mogło być pół
godziny później? Ano mogło. A mogliśmy być tam pół
godziny wcześniej? Hmm, chyba mogliśmy... Czyli
pływamy za wolno...
Tutaj straciliśmy najwięcej z naszych rat na dobry
wynik.
Lecimy na metę prawie połówką. Z prawej strony
Andromeda powoli nas wyprzedza. Wiatr 4-5 węzłów.
Pozorny bajdewind. Gdy wiatr jeszcze trochę się
wypełnia i rośnie do 6 węzłów stawiamy genakera. Jest
dużo lepiej, zaczynamy uciekać Andromedzie.
Siedzę na pokładzie już niemal 12 godzin a niezbyt
chce mi się spać. Jest co robić i czego pilnować.
Andromeda zostaje z tyłu, ale co dalej? Wymieniać
genakera na spinaker? Nie decydujemy się na to, i to
był kolejny błąd. Wchodzimy między statki na redzie,
wiatr się coraz bardziej wypełnia i przechodzi na
fordewindowy. Zaczynamy halsować baksztagami. Pierwszy
zwrot przez rufę z genakerem. Fatalnie. Potem drugi -
jeszcze gorzej. Żagiel oczywiście gaśnie (nie da się
zrobić rufy z genakerem tak, żeby ten nie zgasł, tutaj
spinaker zdecydowanie wygrywa) a co gorsze, zaplątuje
się na sztagu. Asia go rozplątuje, płyniemy dalej.
Kolejny zwrot i kolejny. Wiatr trochę silniejszy, ale
kręci. Wpływamy blisko przed Oceannę. Do mety jest
bardzo blisko, wiatr odkręcił jeszcze bardziej. Z
trudem wchodzimy na metę dokładnie w południe, 24
sekundy przed Oceanną. Cholera jasna, ze spinakerem
nie byłoby takich problemów!!! Kolejna nauczka.
I kolejna rata kosztów naszej dobrej pozycji...
Wchodzimy na chwilę do Gdyni oddać trackery.
Wychodzimy i ponieważ dalej wieje słabo, zostawiamy
silnik. Powoli porządkujemy liny na pokładzie i rzeczy
pod pokładem.
O dziwo niezbyt chce mi się spać. Zasypiam jednak w
końcu w kokpicie, myśląc że na chwilkę a wyszła dobrze
ponad godzina. Tak w każdym razie twierdzi załoga,
która doprowadziła nas do Górek.
Jak można podsumować regaty? Pogoda była naprawdę
piękna, jak rzadko się zdarza. Drogę do Gdyni w piątek
możemy pominąć, w końcu nie było źle. Księżyc w pełni,
krótkie noce, bardzo spokojna woda.
Sporo kombinowania na trasie, które nawet wyszło i
problemy z obsługą nowego żagla. Trochę rzeczy do
poprawienia i naprawienia. Np. zepsuła się zapalniczka
do kuchenki, a to ważna sprawa.
Za nami 47 godzin pływania i 218 mil.
Wyniki są na stronie
klubu.
Zostały policzone z trasą predefiniowaną all purpose.
Tylko że na całej trasie właściwie nie było halsówki,
a kursy spinakerowe to tylko kilka mil. Testowo
przeliczyłem wyniki prowizoryczną trasą konstruowaną.
Kolejność się nie zmienia, ale nasza strata do
Diamanta wynosi 27 minut. Dalej dużo, ale jednak sporo
mniej.