Wyścig B8
opisywałem już kilka razy, ktoś może powiedzieć, że do
znudzenia. Może i do znudzenia dla kogoś, kto regatami
się nie interesuje. Ale patrząc z punktu widzenia
ściganta, to faktem jest, że takie same wyścigi
zdarzają się rzadko. Trasa ta sama, pora ta sama,
zgoda. Ale już pogoda może być zupełnie inna. Albo
trochę inna.
Trochę w tym wypadku robi ogromną różnicę, bo regaty
często wygrywa się na niuansach.
W ogóle w żeglarstwie bardzo często decydują niuanse.
Trzeba umieć je wyłapywać i uwzględniać.
Konkurencja co roku też nie jest taka sama. Niektóre
jachty się powtarzają, z niektórymi ścigamy się „od
zawsze”, ale bywają też nowe jednostki. I nowe
sytuacje. I warunki pogodowe. I uwarunkowania
zewnętrzne.
Co typowego było w tym roku? Pora i trasa.
Nowością było to, że wyścig B8 był jednym z dwóch
wyścigów MŻMP DH. Tajemniczy skrót to Morskie
Żeglarskie Mistrzostwa Polski Double Handed.
Czyli załóg dwuosobowych. Ta dość nowa formuła
ścigania robi się na świecie coraz bardziej popularna.
Przyczyna jest oczywista: problem z załogą. Od strony
zebrania załogi, przez logistykę wspólnych regat,
prozaicznie po koszty.
W dwie osoby jest po prostu łatwiej i taniej. Skoro
świat, to i Polska.
My w dwie osoby pływamy często. Turystycznie z zasady
(jeżeli dalej), a w regatach od zeszłego roku. Ma to
plusy i minusy, jak wszystko.
Ponieważ w tym roku znów nie mamy tego trzeciego do
załogi, a w B8 lubimy startować, więc czemu nie przy
okazji w Mistrzostwach Polski? Postanowiliśmy
spróbować.
Tutaj może wyjaśnienie, czemu lubimy B8. Trudno
powiedzieć, a w sumie to dość masochistyczne.
Masochizm dlatego, że zazwyczaj trasa jest żużlowa, a
dla nas to zawsze było źle.
Tym razem też wypadło żużlowo, ale niezupełnie. No i
mamy nową broń na takie warunki.
Mimo wszystko lubimy ten wyścig, bo długość jest taka
akurat. Nie za długo, nie za krótko.
Przyjeżdżamy na jacht po godzinie 15. Pobranie
„wyprawki” w biurze regat, także trackera. Potem
inspekcja OSR, przygotowanie jachtu, uzupełnienie wody
(w wymaganych baniakach) oraz zwyczajnie w zbiorniku.
Wodę w zbiornik należy przed regatami wlewać z
umiarem, ale my naprawdę wolimy mieć trochę zapasu i
bez limitu korzystać z herbaty czy mycia rąk.
Statystycznie może to się nie opłaca, ale w długim
wyścigu morale nielicznej załogi jest cholernie ważne.
Tutaj mam od zawsze inne podejście niż na znajomych
jachtach.
Sprawdzamy prognozy, które są dość różne, sprawdzamy
prognozy prądowe, które są przeciwne.
Wychodzimy na morze, przymierzamy się do startu.
Pierwsze sprawdzenie wiatru kładzie zupełnie wcześniej
przygotowaną taktykę na początek wyścigu. Miało wiać z
północy i lekko z zachodu, a wiało jednak z północy,
ale od strony wschodniej. Wiatr miał później przejść
na zachodni, więc strategia na Zatokę stała się
oczywista. Prawy hals pod brzeg i w odpowiednim czasie
i miejscu zwrot, tak żeby wyjść dobrze na koniec
Półwyspu.
Tak zrobiliśmy będąc w mniejszości. Wiele jachtów
poszło krócej lub dłużej lewym halsem, co było
ewidentną stratą czasu i dystansu. Wiatr nie jest
silny, ale fala jest wredna. Nasza duża genua daje nam
odpowiedni napęd w takich warunkach. I choć duże
jachty oczywiście nam uciekły, to jednak niezbyt
daleko.
Robimy zwrot, być może odrobinę za późno. Wiatr już
trochę skręcił, ale jak będzie dalej nie wiemy.
Fala na tym halsie jest trochę mniej wredna. Bingo,
wiatr dalej lekko odkręca i jeszcze w ciągu dnia (w
sensie, że jest dość jasno) zbliżamy się do Helu.
Tutaj popełniamy błąd. Może niezbyt duży, ale dobre
kilka minut straciliśmy. Podchodzimy za blisko brzegu
o kilkaset metrów i zwalniamy. Oczywiście, to zawsze
jest ryzyko, ale tym razem było trochę za blisko lądu.
Prąd jest słaby i zgodny z nami, tak w każdym razie to
wygląda. Wiatr siada do 4-5 węzłów, ale na niezbyt
długo. Niemniej jednak Double Scotch za nami odrobił
trochę dystansu.
Robi się zupełnie ciemno. To znaczy, względnie ciemno.
Nie ma księżyca, jest trochę chmur, ale w końcu to noc
świętojańska, krótka!

Powoli okrążamy półwysep, kurs już na platformę. Wiatr
też przeszedł na połówkowy i czas na naszą nową broń,
czyli genakera. Tak całkiem nowy ten żagiel dla nas
nie jest, ale ciągle się go uczymy.
Ruszamy wyraźnie szybciej i dalej dość spokojnie.
Tym razem udało
nam się zabrać na wyścig dużą pizzę, którą po
kawałku konsumujemy. Co za różnica, że w nocy?
Tak w ogóle, to u nas nie ma stałych wacht. Dzielimy
się sterowaniem, robieniem jedzenia czy herbaty,
odpoczynkiem w zależności od warunków i sił.
W długim naprawdę wyścigu, czyli kilkudniowym może
takie podejście jest błędne, ale tego jeszcze nie
mieliśmy okazji sprawdzić. Bo poza tym, ruszając na
regaty, nie nastawiamy się na spanie i odpoczywanie,
ale na walkę na ile nam wystarczy sił. Bo inaczej po
co płynąć? Turystycznie?
Zmieniamy się
na sterze, ja próbuję trochę spać, ale tarcie
halsu genakera o kosz jest strasznie denerwujące.
To nowy u nas dźwięk. Dopiero jak robi się jasno
idę na dziób i oglądam co się dzieje. Hals trze,
ale to dlatego, że wyciągnął się fał
spinakera/genakera. Kuuuuurcze. Wybieram na
kabestanie i fał i hals, daleko poza zrobione
niedawno na linach znaczniki. Cisza!!! Cudowna
cisza. Ale żeby fał aż tak się wyciągnął? W końcu
wytrzymał wiele dzikich jazd na spinakerach. Ale
jednak tak. Siły na linach genakera są o wiele
większe, niż się spodziewałem.
Robi się jasno. Powoli, na małym, zielonym
genakerku, wyprzedza nas Panamax (Mini 6.50).
Double Scotch stracił do nas sporo dystansu, co
kiedyś w takich warunkach byłoby niemożliwe. Wiatr
w nocy trochę się zmieniał, do 8-9 węzłów, ale
było bardzo spokojnie. Tylko fala jednak została.
Niewielka, ale „kąśliwa”, jak mówi znajomy
żeglarz.
Wczesny świt. Czas na przebranie się, na herbatę,
na bardzo wczesne śniadanie (ostatnie kawałki
pizzy, a
szkoda...). I ogląd sytuacji.

Wyprzedziła nas Oceanna, Panamax, Moana X. To ich
prawo, są szybsze. Może z wyjątkiem Panamaxa, ale
dopasował się do warunków. Pierwsze mijanki z jachtami
wracającymi z boi, słychać przez radio ich rozmowy z
platformą. Już witamy się z gąską, licząc na znakomity
półmetek, gdy Neptun z Eolem nam mówią, że mają inne
plany. Wiatr cichnie, coraz bardziej i bardziej. Z
przodu też, dla nas oczywiście. Z tyłu nie...
Nosz kurcze! Za co?
Tutaj w końcu robimy chyba nasz największy błąd w tym
wyścigu. Płyniemy z prędkością około węzła, jachty
inne szybciej i decyduję się na zrzucenie genakera,
licząc na to, że może na ganui będzie lepiej.
Duży błąd. Stajemy zupełnie, genua nie pomaga,
rozpędzamy się baaardzo powoli. Stawiamy genakera jak
wieją około 2-3 węzły wiatru. Lipa, stoimy i tak.
Stanięcie w takich warunkach to klęska. Rozpędzenie
jachtu trwa wieki.
A było tak dobrze, prędkość w okolicy węzła. A nawet
dwóch. Mam nauczkę.
I znów się czołgamy w kierunku boi. Prędkości w
zakresie 1-2 węzły. DS rośnie za nami w oczach,
ehhhhh.
W końcu wiatr odrobinkę silniejszy, więc ruszamy, ale
strata jest duża. Wiatr coraz pełniejszy.
W końcu boja i ruszamy w drugą stronę, ostro na wiatr.
Życie staje się weselsze, ale strata boli.
Nie płyniemy prosto na nasz waypoint koło półwyspu.
Ale w sumie dla nas to OK. Ostro na wiatr radzimy
sobie dobrze.
Robi się całkiem ładna pogoda. Próbujemy sprawdzić
prognozę pogody i pozycje jachtów na trackingu. Czas
coś zjeść. Może trochę odpocząć. Wiatr powoli rośnie i
zgodnie z prognozą odkręca. Płyniemy już na nasz cel.
Potem robi się pełniej. Wiatr rośnie. Myśli o
genakerze zduszam w zarodku.
Krople na żaglu są od bryzgów fal.

Znów trochę pełniej. I silniejszy wiatr. Przerzucamy
genuę na zewnętrzny szot, chyba trochę za późno.
Udaje mi się trochę przespać, bo warunki są stabilne.
Asia robi kawał dobrej roboty, przez 30 mil pilnując
dokładnie kursu i ustawiając żagle zgodnie ze zmianami
wiatru.

Który ciągle rośnie. 18 węzłów, 20, 23, 22. Robię
kanapki a potem siedzimy w kokpicie już razem. Pomagam
w pracach z żaglami. Bryzgi zaczynają wpadać do
kokpitu i siedzenie tylko w spodniach dzinsowych jest
mało rozsądne.
Zakładamy góry sztormiaków, spodnie i tak mamy mokre
więc w sumie już nam wszystko jedno.
Fale coraz większe atakują nas z burty. Jacht na dużej
gieni i pełnym grocie jest przeżaglowany i zaczyna
zbyt ostro myszkować.
Sterowanie w takich warunkach niby trudne nie jest.
Ale dobre sterowanie jest swego rodzaju sztuką i
trzeba przesiedzieć wiele godzin na sterze, żeby jacht
płynął naprawdę szybko, żeby wycisnąć z niego każdy
ułamek węzła.
Nakręciłem filmik o tym, jak fajnie można sterować gdy
ma się wprawę. I gdy na jachcie jest rumpel, bo z
kołem to... szkoda gadać. Tracking z regat pokazuje na
tym odcinku prędkości ponad 8 węzłów. Jak na tak mały
jacht, do tego zdecydowanie NIE ślizgowy, to nieźle.
STEROWANIE
Zakładam ref na grocie i robi się o wiele spokojniej,
a prędkość nie maleje.
Zerkam na Busy Lizzy, która od kilku godzin zbliża się
i jest już bardzo blisko. Nic nie możemy na to
poradzić. Zastanawiam się do ilu węzłów wzrośnie
wiatr. Trochę szkoda naszej podstawowej genui, ale
trudno się mówi.
Asia pyta, czy mam zaufanie do jachtu. Mówię co
jeszcze jest do zmiany i poprawy, ale że dużo ważnych
rzeczy jest po remoncie i można im zaufać.
Mija wiele godzin i zbliżamy się do Góry Szwedów.
Coraz pełniejszy wiatr i trochę siadło. Genaker?
Spinaker? Nic?
Sprawdzamy ile wieje na Helu i zdziwienie: 6 węzłów.
Odczyt sprzed 19 minut. Hmmm. Przywozimy wiatr ze
sobą?
Nie mogę się zdecydować. Przy Helu mogą być wredne
szkwały. Poza tym, lekko trzeba będzie wyostrzyć w
kierunku Górek. Niemniej jednak przenosimy fał i brasy
na lewą burtę, wpinamy genakera w reling.
Chcemy być jak Tabarly czy nie? Zmęczenie daje o sobie
znać, ale walczyć trzeba. Busy Lizzy płynie dalej od
brzegu niż my, jest na trawersie a potem przed nami.
Stawiamy genakera, raz kozie śmierć. Chyba trochę za
późno. Kolejna strata.
Nie znamy tego żagla, ale powoli się uczę. Na razie
nie pracuje stabilnie, nie umiemy go ustawić.
Dostajemy kilka kopów po 23 węzły. Raz nas wiezie,
jacht reaguje inaczej niż pod spinakerem. Ale uczę
się, trochę odpadam. Dociągamy fał i hals, luzujemy
szot. Wiatr jest zmienny, ale już czuję łódkę.
Niemniej jednak gadanie, że genaker jest łatwiejszy w
prowadzeniu od spinakera, to bzdura!
Rzucam na ten temat kilka uwag, Asia skupia się na
szocie. Powoli zaczynamy panować nad jachtem, powoli
ostrzę na Górki. Sytuacja się stabilizuje, żagiel się
stabilizuje. Kilka kolejnych szkwałów po 22-24 węzły
już nas nie rusza. Płyniemy prosto na Górki, powoli
wyprzedzamy Busy Lizzy. Asia zerka do tyłu. Jachty za
nami wyraźnie zostają coraz dalej. Też zerkam do tylu,
ale dostaję ochrzan, że mam się skupić na sterowaniu.
Wyrabiamy znów przewagę nad DS.
Przecinamy tor wodny, duży kontenerowiec przechodzi
daleko za naszą rufą. Jest miło. Wiatr siada i
wypełnia a do mety jeszcze prawie 6 mil. Czas na
zmianę. Szykujemy dużego spinakera i robimy szybką
podmiankę żagli. Noo, to było to! W końcu żagiel,
który znam na pamięć.
Z tyłu jednak też nie odpuszczają. Tylko że w tych
warunkach spinaker jest lepszy. Zerkamy czujnie na
boki, czy na torze nie zatrzyma nas jakiś statek, ale
nie. Podchodzimy do Górek, trzeba będzie zrobić
przebrasowanie, bez podwójnych brasów. Damy radę choć
wieje około 16 węzłów. Asia robi przebrasowanie tuż
przed wejściem. Wpadamy pełnym baksztagiem na Wisłę.
Meta jest w klubie Stoczni Gdańskiej, czyli
tradycyjnie.
Oczywiście zaraz po mecie zrzucenie spinakera
spektakularnie nam nie wychodzi i w efekcie żagiel
ląduje w kabinie cały mokry.
Ale nic to, jak
mawiał Mały Rycerz. Cumujemy przed godziną 19, czyli
tym razem wyścig był dość krótki. Jak dla nas,
oczywiście.
Jesteśmy zmęczeni. Zamiast nocować na jachcie
jedziemy do domu. Czekamy na wyniki a potem padamy w
łóżko „jak te kłosy kosą podcięte”.
Wyścig B8 się zakończył, ale nas czeka jeszcze drugi
wyścig w ramach MŻMP. Miał być na trasie otwartej, ale
wiatr jest słaby i sędzia przygotował nam wyścig
góra-dół, trzy kółka. Takie wyścigi są męczące, ale
bok pętli jest dość długi, wiatr słaby, więc nie było
tak źle. Choć po wcześniejszym pływaniu czujemy różne
mięśnie.
Poza tym mamy naprawdę motywację. W MP jesteśmy
pierwsi i szkoda byłoby to stracić. A w krótkim
wyścigu wszystko może się zdarzyć i jeden błąd w
zasadzie eliminuje jacht.
Pogoda była bajkowa: gładka woda, słońce, wiatr od 6
do 11 węzłów (pod koniec).
Samego wyścigu nie będę opisywał, tylko jeden jego
fragment.
Kończy się pierwszy bok spinakerowy, podochodzimy do
boi. Ponieważ było przebrasowanie na trasie, a wiatr
jest słaby, to przy zrzucaniu spinakera chcemy zrobić
tzw. kiwi dropa, czyli zrzucenie żagla na nawietrzną
stronę. Chodzi o to, żeby potem nie trzeba było
przeciągać fału i brasów na drugą burtę.
Genua już stoi, podchodzimy bardzo pełnym baksztagiem.
Zadanie Asi polega na tym, żeby pójść na dziób, wypiąć
bras ze spinakerbomu i położyć koniec spinakerbomu na
pokładzie. A potem złapać nawietrzny bras i róg
spinakera i ściągnąć go do kabiny i ściągnąć całego
spinakera do kabiny. Asia leci na dziób, zrzucamy (bo
ja luzuję jego topenantę z kokpitu) spinakerbom, Asia
sprintem wraca do kokpitu.
Ja pytam: A spinaker???
Asia: Aaaa, zapomniałam.
To był
męczący weekend, ale nie możemy narzekać!
Oficjalne wyniki są podzielone na trzy części.
Wyniki
w grupach
wyniki generalne
jachtów DH
wyniki MP.