Dłuższy urlop był
w planach już wcześniej (rok, dwa temu), ale to nie
taka prosta sprawa. Tym razem udało się wszystko zgrać
i w planach były trzy tygodnie. Po dyskusjach wyszedł
kierunek na zachód i północ.
Myśl przewodnią rzuciła Asia, w końcu biolog morza.
Wybraliśmy oceanaria w Kopenhadze i w Hirtshals.
Trzecie było jako opcja, w Stralsundzie, gdyby pogoda
sprzyjała bardzo.
Wyszło w efekcie trochę inaczej.
Odmiennie niż podczas regat, trasa i sposób żeglugi
były wybierane na podstawie chęci i warunków.
Co nie znaczy, że nie było dłuższych przelotów. Były,
bo to też chcieliśmy sprawdzić. W ogóle chcieliśmy
sprawdzić wiele rzeczy i na jachcie i w nas.
Założeniem było dotarcie do Frederikshavn i potem
powrót. Po drodze Kopenhaga.
I właśnie Kopenhaga była celem pierwszego etapu,
jeżeli wszystko będzie szło dobrze i pogoda dopisze.
Ruszyliśmy z Górek w sobotę, 12 sierpnia, o godzinie
11:05, jak mówi dziennik jachtowy.
Do Kanału Falsterbo dotarliśmy w poniedziałek o
godzinie 15. Musieliśmy poczekać godzinę na otwarcie
mostu i zacumowaliśmy w marinie o godzinie 16:30.
Czyli podróż zajęła nam ponad dwie doby, a log pokazał
242 mile.
Po drodze spotkała nas cisza na Zatoce (co
wykorzystaliśmy na kąpiel z jachtu), potem słaby wiatr
z rufy (spinaker i przebrasowania), w nocy ulewa i
trochę silniejszego wiatru (po prostu zrzuciliśmy
genuę na te pół godziny), wyjątkowo ciemna noc, slalom
w nocy na TSS-ie koło Bornholmu między kumulacją
statków, dość gęsta mgła rano (ale krótko), halsówka
pod umiarkowany wiatr, cisza. W efekcie silnik
pracował na dwie raty aż 9 godzin, brrrr.
Ale podczas halsówki odkryliśmy, że można ustawić
jacht na samosterowność blokując ster gumami z linką z
na milimetry ustawionym sterem. Działa to potem
znakomicie, lepiej niż autopilot a na pewno ciszej.
Przed
Falsterbo widzieliśmy po raz pierwszy morświny. W
kanale po brzegu biegało coś futerkowego (norka,
wydra?)
Załodze w marinie w kanale spodobało się bardzo,
odkryła zwierzaki, widoczne dno dopomogło. Zapadła
decyzja, że nie tylko zostajemy na noc, ale też i na
drugą noc.
W efekcie w nocy zostałem wyciągnięty z jachtu, żeby
pomóc robić zdjęcia pływającym koło jachtu zwierzakom.
Były iglicznie, krewetki i przede wszystkim
żebropławy.
Ponieważ w cenie postoju w marinie jest wszystko
(prąd, prysznic bez ograniczeń, woda i rowery) to
stojąc tam cały dzień zrobiliśmy wycieczkę na koniec
półwyspu. Po drodze jeżyny w sporych ilościach, piękne
łąki, zatoki, ładne domki, domki kąpielowe, darmowe
WC. Potem plaża nudystów (choć pogoda nie
rozpieszczała, to widać było trochę osób, wcale nie
tylko w wieku 60+). Dotarliśmy do mariny Skanor. Mnie
zauroczył dźwig stacjonarny 12 ton, do tego dźwig
masztowy i oczywiście slip. Wypożyczalnia kajaków,
klub kajakowy, plaże, domki kąpielowe.
Wędrując po marinie trafiliśmy na Granadę 27, pod
niemiecką banderą, pięknie zadbaną. Na nasze zagadanie
po angielsku, że mamy taki sam jacht i tak dalej,
skiperka i właścicielka, patrząc na Asi koszulkę z
regat, powiedziała: „ja mówię po polsku”.
Spędziliśmy w gościnie ponad 5 godzin. Dostaliśmy
wtedy namiary na mariny w Vedbaek i w Saeby (zamiast
Kopenhagi i Fredrikshavn). Skiperka zna te wody, bo
pływa od wielu już lat. Sama od pewnego czasu,
wcześniej z mężem.
W środę
wyszliśmy z Falsterbokanal (tak się dokładnie nazywa i
marina i klub) o godzinie 9:50 i dotarliśmy do Vedbaek
o 16:50. To w sumie tylko 30 mil. Po drodze był most
na Sundzie (pod którym przepłynęliśmy dwa razy, bo się
koncepcja trasy zmieniła, ehhh, to przez przekładanie
kart pamięci z mapami i brak papierowej generalki),
kanał przy Kopenhadze i bardzo fajna żegluga w dobrej
pogodzie.

W Vedbaek staliśmy dwa dni. Pierwszego dnia wybraliśmy
się do Kopenhagi do oceanarium. Spędziliśmy w nim
kilka godzin. Plus dojazd pociągiem i powrót.
Oceanarium jest na wyspie Amager, koło mariny Kastrup.
Też obejrzeliśmy, a w sklepie żeglarskim kupiliśmy
kilka rzeczy do jachtu.
Zwiedzanie oceanarium było realizacją planu wyprawy.
Trafiliśmy na pokazy karmienia, głaskaliśmy płaszczki,
dłonie czyściły nam rybki-czyściciele, oglądaliśmy
rekiny, ale i skorupiaki i mnóstwo drobiazgu. Do tego
wydry. Poza tym był ogromny megalodon, choć nieżywy.
;) Oraz miejsce z lasem deszczowym z wielkimi rybami
słodkowodnymi (nazwa: arapaim).
Po powrocie
orzeźwiająca kąpiel w morzu, koło mariny.
Drugi dzień miał być na Kopenhagę, ale nie bardzo nam
się chciało (chyba wyszło zmęczenie). Stwierdziliśmy
że zwiedzanie nie jest obowiązkowe, nawet Kopenhagi.
Rano pogoda była ponura. Mimo to poszliśmy na spacer
po okolicy. Pogoda się poprawiła a spacer wyszedł dość
długi. Miejscowość jest miejscówką ludzi zamożnych, w
tym dość duża rezydencja z herbem (królewskim?).
Poznaliśmy duński cmentarz, który nas zaskoczył.
Cmentarze wyglądają jak parki, wyjątkowo zadbane i
duże.
Znów kąpiel w morzu, a co mamy sobie żałować...
Wchodzenie do wody zajmuje nam więcej czasu niż
Duńczykom, ale za to potem dłużej siedzimy w wodzie.
No bo jak już się weszło, to szkoda to marnować na
krótką kąpiel... Inna rzecz, że woda jest umiarkowanie
chłodna, ma około 18 stopni.
Fajna sytuacja. Wieczorem wchodzimy z pomostu do wody,
woda chłodna, w wodzie jest już dwóch panów. Patrzą na
nas, sami w wodzie i adaptację mają za sobą. Po
krótkiej rozmowie jeden z nich rzuca: „Good is after!”
W piątek skończyła się woda w zbiorniku, czyli
wystarczyła nam na 6 dni (około 40 litrów).
W marinie widzieliśmy znów żebropławy, dużo krabów
brzegowych, a rano pod pomostami na ryby polują
czaple. Zresztą o świcie widziałem czaplę także w
Falsterbokanal - nawet nie uciekła jak przechodziłem
obok.
Ruszamy dalej w sobotę wcześnie bo o 6:30. W planie
jest Saeby. Ale najpierw świetna żegluga do
Helsingoru, który mijamy o godzinie 8:45, mając bardzo
korzystny prąd. Dochodzący potem do 4 węzłów, co
dobrze było widać na pławach torowych.

Za Helsingorem był spinaker w dobrej pogodzie. Wtedy
znów powalczyłem z autopilotem, który zaczął sobie
radzić w umiarkowanym/słabym wietrze bez fali.
Oczywiście w trybie dokładnym sterowania. Wiatr mamy z
rufy, więc kilka przebrasowań zrobiliśmy. Głównie
podczas przekraczania toru statków (nie TSS), gdzie
oczywiście znów trafiliśmy na kumulację (5 sztuk).
Tak czy owak, jakkolwiek nie płynęliśmy, to ciągle
wyspa Anholt stała nam na drodze. Przy wyspie
odebraliśmy prognozę o burzy w nocy, więc po namyśle
zrzuciliśmy spinakera i weszliśmy do Anholt o godzinie
20:10, mając za sobą 60 mil żeglugi.

Dla kogoś, kto pływa po naszych wodach, stresujące
jest pływanie po wodach, gdzie na kilku metrach widać
dno... Ale powoli się przyzwyczaiłem, że jednak nie
wejdziemy za chwilę na mieliznę.
Kusimy się na
obiadokolację w knajpie, a potem zaczyna padać i
lać.
Anholt okazało się fantastyczne. Knajpa i sklep (dobre
ciastka!) w porcie, plaża za falochronem. Ostrygi na
pomostach, które Asia głaskała po muszlach, na piasku
na dnie ślady po nalepianach (wstęgi piasku
wyglądające jak makaron), sporo krabów na ściankach
larsena i kamieniach. W marinie obowiązuje zakaz
grliowania na jachtach, jest za to alternatywa w
miejscu integracyjnym...
Rano pogoda
jest już dobra. Wypożyczamy rowery. Zwiedzamy najpierw
okolicę. Miejscowość poza portem, port lotniczy (mają,
a co!, choć w postaci trawiastego pasa i baraczku).
Potem plaża północna (bo bliżej niż południowa) a
potem jednak chcemy dostać się do latarni na drugim
końcu wyspy.
Latarnia okazała się naprawdę trudno dostępna.
Prowadzi do niej piaszczysta droga przez piaski i
wydmy (dla nas jak pustynia). Rowery większą część
trasy trzeba prowadzić. Nie wzięliśmy ze sobą nic do
picia, ale trudno się mówi. Dotarliśmy i wróciliśmy,
zostawiając rowery około 1 km przed latarnią.
Nie było
jednak tak źle, bo po powrocie i regeneracji poszliśmy
wieczorem na spacer na wzgórze nad portem. Oraz na
spacer po porcie podczas zachodu słońca.
Wychodzimy z Anholt w poniedziałek o godzinie 7:30. W
Saeby cumujemy o 17:30 mając na logu 53 mile.
Po drodze mamy pół godziny z genakerem, spokojną
pogodę, długie towarzystwo holownika Valdemar ze
statkiem na holu. Oraz to, że 6 mil przed portem, gdy
było już tak miło, dość szybko wiatr wzrósł do 20-24
węzłów i to w pysk. Ale z jednym refem na grocie i na
genui nr 2 (trochę za duży żagiel, ale przed samym
portem nie chciało nam się zmieniać) przetrwaliśmy i
dohalsowaliśmy się do celu.
Cumujemy w zupełnie nowej części portu (wg
vesselfinder poza portem), z której jak księżniczka z
bajki, mamy wszędzie bardzo daleko (poza prysznicami i
sanitariatami).
Asia podziwia kraby oraz meduzy o nazwie Lwia Grzywa w
porcie. W porcie jest kąpielisko (u nas nie do
pomyślenia). Ale pogoda nie zachęca, jest zwyczajnie
dość zimno. Idziemy do miasteczka (jest w cholerę
daleko), znajdujemy pizzerię. Wracamy trochę naokoło,
przez park nad rzeką, klub kajakowy. Podziwiam w
porcie dźwig stacjonarny, slip, dźwig masztowy, mały
hangar z drugim slipem. Można? Można... Ehhh.
Następny dzień miał być wyprawowy, ale robimy sobie
dzień techniczny i odpoczynkowy. Odsypiamy zaległości.
Podczas rannego spaceru znajduję nad pomostem
zaplątaną w cienką linkę jaskółkę i ratuję zwierzaka.
Wyplątywanie wysoko nad głową nie było łatwe, ale
ptak, położony delikatnie na pomoście, zerwał się do
lotu. Wygląda na to, że nic mu się nie stało. Poza tym
znalazłem w marinie dwie Granady 27 i jedną Granadę 31
oraz jacht o ciekawej nazwie, dającej do myślenia...
Robimy też pranie z suszeniem, porządki na jachcie.
Znajdujemy
market (jest w cholerę daleko) i robimy zakupy (mają
znane nam, dobre ciastka). Niedaleko marketu
jest dworzec autobusowy i robimy wstępne rozpoznanie
rozkładu jazdy i sposobu płatności (pytając tubylkę).
W środę
wcześnie rano okazało się, że nasze rozpoznanie
możliwości kupna biletu w autobusie nie było do końca
poprawne. Tylko w niektórych można płacić kartą, a
normalnie zostaje poczciwa gotówka. Tej nie mamy i już
ruszam do bankomatu, ale kierowca nam odpuszcza i
pozwala jechać bez biletu. Potem już się nauczyliśmy i
wybieraliśmy linie z terminalami. Naszym celem jest
Fredrikshavn, gdzie jest stacja kolejowa. Przesiadka
na pociąg. Po kilku stacjach wysiadamy i przesiadka do
Hirtshals.
Nasze drugie oceanarium na trasie.
Pokaz karmienia przez nurka z widokiem kamery nurka na
ekranie. Olbrzymie samogłowy (Mola mola), ogromne
dorsze i węgorze, homary. Duże cylindry z meduzami i
stadem makreli (o ile pamiętam). Mnóstwo małych
akwariów z różnym drobiazgiem. Oczywiście rekiny i
płaszczki. Ale też tuńczyki i makrele (te są cholernie
szybkie). Do tego foki. Tunel szklany pod akwarium z
fokami. Dużo zabaw interaktywnych, nie tylko dla
dzieci. Np. można sprawdzić siłę ścisku swoich dłoni i
porównać to z krabami i homarami (mnie wyszła siła
homara, Asi między krabem a homarem). Udało nam się
zostać w pomieszczeniu technicznym, które jest do
zwiedzania tylko krótko i obejrzeć przedszkole
oceanarium: np małe homarki w pudełkach.
Świetne karmienie małych mątw, które pożerały jednym
capnięciem tylko trochę od nich mniejsze krewetki.
Duże baseny można oglądać z dołu, z góry, z boku, z
tunelu.
Dział z wielorybami (szkielety, opisy, możliwość
posłuchania głosu różnych gatunków).
Tam też jest
atrapa dziobu kutra, na której stojąc można włączyć
dmuchawę z trzema prędkościami: breeze, gale,
hurricane. Szczerze polecam...
Makieta z dnem Morza Północnego.
Byliśmy na tyle zmęczeni, że po zwiedzeniu oceanarium
ruszyliśmy prosto do siebie (pociąg, pociąg, autobus,
market, marina, jacht).
Kolejny dzień przeznaczyliśmy na Skagen. Autobus,
pociąg, własne nogi. Po drodze piaski plaży, mała foka
na plaży, dwa łączące się morza, obowiązkowe zdjęcie w
wodzie na cyplu (do zrobienia którego ustawiała się
spontaniczna i zdyscyplinowana kolejka). Potem
latarnia i jej 208 stopni. Znów pieszy powrót.
Pociąg. W Fredrikshavn czekały na nas ukryte przez
znajomych fanty. Mimo totalnego zmęczenia idziemy do
„palmowej plaży”. Bardzo ładne miejsce, choć
oczywiście daleko...
Wracając na
jacht robimy jeszcze trochę zdjęć w Saeby.
Dziwny budynek w porcie to hala remontowa ze slipem z
lewej strony i dużą bramą samochodową z prawej.
Czyli w małym miasteczku, w marinie jest duży dźwig
stacjonarny, dźwig masztowy, samoobsługowa stacja
paliwowa, kilka slipów, kąpielisko, hala remontowa.
Czas wracać.
Ruszamy z Saeby w piątek, dopiero o godzinie 12,
przeczekując gorszą pogodę rano.
Wycieczka do marketu po dobre rzeczy, w tym odkryte
wczoraj naprawdę dobre kabanoski.
A mówi się, że w
Danii nie ma nic dobrego do jedzenia...
Po drodze zmiana genui 2 na 1. Potem genaker
miał okazję popracować. Potem wiatr znika (2-3 węzły z
rufy) i włączamy silnik aż na 6 godzin. Dopiero przed
północą wiatr wraca. Cały czas mamy przeciwny prąd o
prędkości około 1 węzła i wiatr z rufy, więc halsujemy
z wiatrem.
Ale właśnie podczas płynięcia na silniku na (gładkiej
wodzie i z wyłączoną lampą rufową, bo świeciła topowa)
zauważamy smugi świecącego planktonu. Niesamowite
wrażenie. Widać jakby kropki jasnych żarówek oraz
jasną, białą poświatę. Ręka zanurzona w wodzie ma
jasną aureolę, tak samo wiaderko. No i zostaje za nami
świecący kilwater. Asia wpada w zachwyt do tego
stopnia, że o północy wyciąga mikroskop i próbuje
obejrzeć żyjątka. Ale nie udaje się, wychodzą na jaw
braki sprzętowe. Niemniej plankton towarzyszy mam
długo i robi wielkie wrażenie. Jak w filmie Avatar...
Zdjęcie z mikroskopu pokazuje akurat coś innego
(siateczniki / mszywioły), ale widać, że urządzenie
było używane.
Cumujemy w Grenaa dopiero rano, o godzinie 5:35 mając
na logu 77 mil. Stajemy obok innej Granady 27.

Płacimy za postój w znanym nam automacie, pobieramy
kartę do pryszniców. Kąpiel a potem odsypiania kilka
godzin.
Trzecie oceanarium na naszej trasie tym razem jest tuż
przy marinie. Pogoda kiepska, pada, ale pod dachem to
nie przeszkadza.
Oceanarium jest kapitalne. Choć może mniejsze od
poprzednich, ale ma świetne pomysły, klimat i nowe
zwierzaki, np. skrzypłocze. Największe dotąd rekiny,
tunel pod akwarium i dużo ciemnych zakamarków.
Do tego jest świetna pingwiniarnia. Jest w niej zimno
i ciemno, ale mamy ze sobą ciepłe bluzy więc spędzamy
tam sporo czasu oglądając życie pingwinów. W wodzie są
bardzo szybkie i zwinne, wyskakują na półmetrowej
wysokości skały bez problemu. Samce przynoszą samicom
kamyki do gniazd i ogólnie życie kwitnie.
Film z
wyskakującym pingwinem
Poza tym jest fokarium, ale pod chmurką, co w deszczu
ma pewien minus.
Natomiast sama marina nie tętni życiem. Tym pod wodą.
Nie widać krabów, meduz, ryb niewiele. To spory
kontrast po poprzednich marinach.
W ogóle marina składa się jakby z dwóch części. Przy
jednym falochronie są pomosty i cała infrastruktura,
przy drugim jest dzicz. Piasek i plaża. Bo znów w
marinie jest kąpielisko z dość długim pomostem.
I z koszami w wodzie, do których, jak wymyśliłem,
wrzuca się niegrzeczne dzieci.
Zostajemy w
Grenaa na kolejny dzień. Pogoda powoli się poprawia i
zwiedzamy samą miejscowość i dziką część portu. Miały
być na rowerach, ale jest niedziela i rowery nie są
dostępne. A szkoda, bo tam także jest wszędzie
daleko...
W Grenaa spotkaliśmy trzy ciekawe jachty.
Jeden to Granada 27, koło którego zacumowaliśmy. Gdy
pogoda się poprawiła, a my odpoczywaliśmy po długich
wędrówkach, na jacht przyjechała młoda para, żeby
naprawiać prowadnice sztorcklapy. Co było oczywiście
okazją do rozmowy.
Drugi to jednostka gaflowa, kadłub typu szpigat, z
roku 1897. Zupełnie na chodzie. Na nim pływało
turystycznie(!) trzech panów, trochę młodszych od
swojej jednostki, z naciskiem na trochę.
Pomagali nam cumować jak przypłynęliśmy. Niestety, nie
zrobiłem im zdjęć.
Trzeci to drewniany jacht z Niemiec, bez koszy,
relingów i silnika. Dwóch panów w młodym wieku
przypłynęło nim wieczorem, zacumowało na końcu pomostu
i wyszło z portu razem z nami. Popłynęli na południe.
Ostatnie kilka dni na północy Danii było już wyraźnie
chłodne. Wieczorem na portowe kąpielisko przyszła
grupka nastoletnich Duńczyków obu płci i odpuściła
kąpiel?!
Z Grenaa wyszliśmy w poniedziałek o godzinie 7:35.
Trasę do Gilleleje przepłynęliśmy na spinakerze,
robiąc kilka przebrasowań. Sterował głównie autopilot,
pogoda była naprawdę ładna. Przy Gilleleje trochę
przywiało i wyostrzyło, spinakera zrzuciliśmy.
Potem wiatr osłabł. Spokojna żegluga późnym
popołudniem przy słabym wietrze z połówki.
Zastanawialiśmy się nad wejściem do Gilleleje, potem
nad Helsingorem, ale wyszło, że płyniemy dalej na noc.
Siedząc w kokpicie słyszeliśmy nowe dla nas
parsknięcia. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że
to morświny.
Były chyba trzy, a na pewno dwa. Pływały tuż koło
jachtu, za rufą, przy obu burtach, przed dziobem.
Robiły nawrotki, przepływały pod jachtem. Było je tuż
pod wodą wyraźnie widać, w całości.
Próbowaliśmy je sfilmować i trochę nam się udało.
Trwało to wiele minut (około 10), potem odpłynęły.
Asia zeszła pod podkład opisać spotkanie w dzienniku
jachtowym, trochę popisała gdy morświny wróciły. Teraz
już wiedzieliśmy, że to one, właśnie po tych
parsknięciach. Ja poszedłem potem na dziób i
widziałem, jak przepływają pod dziobem, jak zawracają
pod wodą, przepływając na drugą stronę jachtu.
Też trochę czasu próbowaliśmy je filmować, ale w końcu
daliśmy spokój i tylko je obserwowaliśmy. Podpływały
naprawdę blisko, może metr od burty, a pod dziobem
bliżej.
Gdy odpłynęły, Asia znów opisała spotkanie, ale
morświny jeszcze nas nie porzuciły. Były dość blisko
za rufą, kilkadziesiąt metrów, było je słychać i
widać. Zostawiły nas jak przed dziobem przeszła
pilotówka i jak zbliżyliśmy się do Helsingoru. Inna
rzecz, że zrobiło się ciemno.

Krótkie filmy z morświnami, i zdjęcia (zrzuty z
filmów) pokażemy w drugim artykule, który ma napisać
Asia w dziale „od załogi”. Może to będzie nawet w tym
roku... :-|
Noc tym razem była wyjątkowo jasna, najjaśniejsza
podczas całej wyprawy. W bajkowej scenerii minęliśmy
zamek, promy, kilka statków, potem Kopenhagę i o 6:55
rano zacumowaliśmy w Falsterbokanal. Mając na drugiej
części trasy słaby wiatr z rufy. Log pokazał 103 mile.
Trochę pospaliśmy a potem pożyczyliśmy rowery
(jak pamiętacie, w cenie postoju) i zwiedziliśmy
trochę bliższe niż poprzednio okolice, czyli market,
kąpielisko po drugiej stronie kanału, oczywiście w
porcie. Pogoda nie była jakaś super, ale mimo to ktoś
tam przybył popływać i to nawet nago.
Na jednym ze zdjęć widać zawartość małej budki w
marinie, która służy do odbierania zawartości z toalet
chemicznych. Przy okazji można taką toaletę opłukać
czy umyć.
W tej marinie jest też fajne to, że nawet przypływając
rano i płacąc rano za postój, dostaje się postój do
następnego dnia. W duńskich marinach czas wykupionego
postoju zależy od godziny podejścia do automatu,
czasami to może być tylko kilka godzin.
Urlop zbliżał się ku końcowi, pogoda zrobiła się już
chłodna, więc w dalszą drogę ruszyliśmy następnego
dnia rano.
Wybraliśmy godzinę 8 otwarcia mostu. Oczywiście nie ma
mowy o żadnym meldowaniu się (tym bardziej 2 godziny
wcześniej). Po prostu jacht, kręcący się przy moście,
jest sygnałem do obsługi, że most trzeba otworzyć.
Byliśmy jednym jachtem tym razem.
Za kanałem znów zobaczyliśmy morświny, ale już z
daleka. Za to dość długo i dość blisko kręciła się
foka.
Wiatr był bardzo słaby i w końcu włączyliśmy silnik.
Potem genaker, inne kombinacje i znów silnik prawie do
północy. Zaczęło wiać kilka węzłów.
Za to ponownie spotkaliśmy świecący plankton i choć
było go trochę mniej, to i tak widok piękny. Prognozy
wiatrowe sugerowały, żeby jednak schodzić na południe.
Bornholm opłynęliśmy właśnie od południa, złapaliśmy
prognozy, które wspomniały, że może trochę popadać, że
może się trafić jakaś burza.
Cóż, tym razem dostaliśmy mocno po uszach. Już późnym
popołudniem, na wysokości Darłowa ale daleko od
brzegu, zaczęło to wyglądać mało ciekawie.
W skrócie, bo temat nie jest fajny. Widzieliśmy leje
kondensacyjne, czyli zaczątki trąb powietrznych. Było
ich dużo, z jednej chmury 10, a łącznie Asia naliczyła
23. Widzieliśmy trzy złączenia dwóch lejów. Także trzy
leje doszły do wody, dwa dość daleko a jeden za to
bardzo blisko.
Wcześniej próbowaliśmy omijać chmury, ale w końcu
przyszła chwila, gdy stało się jasne, że nas dopadnie.
Genuę dużą zdjąłem z pokładu w ogóle, fok czekał w
kabinie na swoją kolej, jeden ref na grocie i czekamy.
I wtedy właśnie jeden lej ruszył prosto na nas. Woda w
nim jakby lekko bulgotała, a z drugiej strony
wyglądało to tak, jakby pod powierzchnią żerowało
stado ryb. Grota zrzuciliśmy w tempie ekspresowym, ale
lej zanikł kilkadziesiąt metrów od jachtu.
Później już standard: pioruny i grzmoty z niemal
każdej strony, deszcz na zmianę z ulewą. Wiatr
maksymalnie 32 węzły, ale w podstawie około 25.
Przetrwaliśmy to bez żagli, odchodząc baksztagiem w
morze na samym takielunku. Ale kierunek chyba był bez
znaczenia.
Trwało to długo.
Potem się
uspokoiło, niebo trochę pojaśniało, ale
piękna, podwójna tęcza wywołała uczucia
ambiwalentne...

Później zrobiło się ciemno więc nowe chmury i może
trąbki powietrzne nie były widoczne. Później przyszła
powtórka burzy i to jeszcze dłuższa. I z jeszcze
większą ulewą. Siedzieliśmy w kokpicie w naszych
ocieplanych sztormiakach starając się trzymać jakiś
sensowny kurs (na samym foku). Dlatego na foku, że
było kompletnie ciemno a wiatr bardzo kręcił. Wolałem
nie mieć grota, fok jest w takich warunkach łatwiejszy
w obsłudze i bezpieczniejszy.
Było zimno, deszcz był zimny. O trąbach i piorunach
staraliśmy się nie myśleć. Miałem bardzo dużo czasu,
żeby rozmyślać o instalacji odgromowej na jachcie,
którą mamy! Ale bez wniosków. I dalej nie wiem, co o
tym myśleć. Ale chyba jednak lepiej, że jest.
Dobrze po północy przestało padać i chmury się trochę
rozeszły. Ale za nami i od strony lądu dalej nie
wyglądało to ciekawie. Zapadła decyzja, że wchodzimy
do Łeby. I to nam się udało, ale już przed samą Łebą
dogonił nas deszcz, a pioruny było widać wszędzie
dookoła (albo tak nam się zdawało).
Zacumowaliśmy o godzinie 6:35, mając za sobą 201 mil i
silną niechęć do żeglowania w takich warunkach. Była
to moja najdłuższa burza na morzu (na lądzie trafiła
się podobnej długości, ale daaawno) i chyba trafiliśmy
w sam środek dużego obszaru burzowego (na mapach
pogodowych na fioletowo).
W Łebie zderzenie z polską rzeczywistością: meldowanie
się przez radio, wysłuchiwanie ciągłych rozmów kto
wchodzi, wychodzi, przepływa i tak dalej. Bez sensu
zupełnie. Poza tym nieświadomie mogłem podpaść, bo w
Łebie jest kapitanat a ja wołałem bosmanat...
Przespaliśmy cały ranek, co i tak nie miało znaczenia,
bo niemal do wieczora padało mniej lub bardziej. Było
za to o wiele cieplej niż niedawno w Danii a nawet w
Szwecji w kanale.

Czas nam się już kończył definitywnie. Następnego
ranka, w sobotę o godzinie 7 rano ruszyliśmy dalej.
Tym razem odmeldowałem się wywołując kapitanat.
Wyszliśmy z fokiem na sztagu, bo miało wiać nieźle. I
wiało i rosło. Gdy na stałe na wiatromierzu zagościła
dwójka z przodu, wzięliśmy jeden ref na grocie. Poza
tym pogoda była piękna, słońce i coraz większe fale.
Wiatr idealnie z rufy, ale spinaker nawet nie było
rozważany. Za to coś do zjedzenia i owszem. Za
Władkowem można było zdjąć ref z grota, a na Zatoce
siadło na tyle, że postawiliśmy genaker. I prawie do
samych Górek na genakerze dopłynęliśmy.
Zacumowaliśmy o 19:10, mając na logu 67 mil.
Podczas całej wyprawy pogoda była generalnie dobra i w
sumie słabowiatrowa. O dwóch wyjątkach napisałem.
Trafiła nam się jedna tylko awaria, za to poważna...
;) Konkretnie, to zaczęło odrywać się ucho rączki
czajnika, a dokładniej jeden zaczep. Ten na górze, z
przodu. Sprawa była bardzo poważna. Bez herbaty nie
uznajemy życia na jachcie. Do tego, i to już serio,
gdyby rączka oderwała się od czajnika podczas
nalewania wrzątku do kubków, to... Nie mamy w apteczce
środków na duże oparzenia.
Alternatywą był garnek, który jest na jachcie, ale bez
pokrywki.
Co uznaliśmy za błąd i zimą pokrywki, do garnka i do
patelni, mamy zamiar kupić.
A co do czajnika. W Saeby wyciągnąłem narzędzia, zapas
śrub i śrubek. Oderwałem uchwyt od czajnika, iglakiem
poprawiłem otwór, wstawiłem w to miejsce śrubę z
podkładką, od góry dokręciłem rączkę. Prowizorycznie,
ale działa i na pewno się nie oderwie. Zimą poprawię
estetykę. ;)
Poza czajnikiem nie było nawet drobnej awarii.
Cały wypad trwał 22 dni, przepłynęliśmy 833 mile.
Żegluga zajęła nam 161,5 godziny na żaglach i 25,5 na
silniku.
Było naprawdę super.
Jacht do takiej turystyki nadaje się idealnie, dla dwóch
osób jest akurat. Długie przeloty nam nie przeszkadzają.
Także w gorszych warunkach, co nie znaczy, że nie chcemy
dobrej pogody.
Można je przetrwać, choć lepszy autopilot, który daje
radę w gorszych warunkach, byłby bardzo przydatny.
Wnioski na temat zużycia wody, prądu, paliwa do
kuchenki, paliwa do silnika oczywiście są zapisane.
Ponieważ w tym roku GLOBCIO słabo wypadło, to nie
odczuwaliśmy braku lodówki.
Zdjęć mamy aż za dużo, trochę filmików różnej jakości,
ale obrobienie tego to zadanie na jesienne wieczory.
Jakie plany na kolejny wypad? Jeszcze nie mamy, ale Asia
wspomniała o oceanarium Nausicaá... ;)