Ostatnie weekendy
były intensywne, bo co tydzień regaty. Seria
zakończyła się w poprzedni weekend, teraz do września
mamy regatową przerwę. Poprzedni weekend, i to
przedłużony, bo dla nas zaczął się już w czwartek
oznaczał MP załogowe.
Przyznam, że po poprzednich regatach, zwłaszcza NCC z
totalnym piździelem, byłem do startu nastawiony
sceptycznie a wręcz niechętnie. Z powodu braku
trzeciej osoby w załodze. Ale Asia mnie zaskoczyła.
Stwierdziła, że chce się poruszać, trochę powalczyć,
bez nastawiania się na wynik. I że mam nas zgłosić.
Prognozy były w miarę dobre, urlop miałem wcześniej
zaklepany, więc w sumie...
Nocowaliśmy na jachcie, rzeczy mieliśmy na jachcie, co
dodatkowo obniżało nam szanse. Co prawda dzięki
życzliwości Sailing Factory udało nam się wrzucić
trochę rzeczy do ich samochodu (który podjeżdżał obok
na keję - pełen komfort), ale i tak sporo jeszcze
można było z jachty wynieść.
Zawsze można sporo wynieść, to jest niewątpliwie nasz
jednak problem.
Samych wyścigów szczegółowo opisywał nie będę. Ale
kilka migawek jest. W piątek pierwszy krótki wyścig
został przerwany bo wiatr okręcił mocno. Trochę
szkoda, bo byliśmy wtedy w bardzo dobrym miejscu, ale
i tak bywa.
W czasie wyścigu zauważyłem bardzo niepokojącą rzecz:
nasz antena na maszcie poluzowała się i latała. Nie
wyleciała z uchwytu, ale latała. Mając z takich
sytuacji złe wspomnienia, zaraz po przerwaniu wyścigu,
licząc na chwilę czasu, zdecydowałem że trzeba wjechać
na maszt. Asia niechętnie się zgodziła i był to dość
mało przyjemny moment regat. Jacht leciał na
autopilocie w kierunku komisji, było chmurno, ponuro i
zaczęło zdrowo przywiewać.
Wciągnięcie kogoś na maszt jest sporym wysiłkiem,
zwłaszcza na czas. Asia z kolei mocno się na maszcie
pobijała, a co gorsza, stwierdziła, że nakrętek nie
dokręci i że czas nam się kończy. W tym wszystkim
dobre było to, że nakrętki się zaklinowały i szanse na
dalsze ich odkręcanie się były niewielkie.
Straciliśmy w tej niepotrzebnej akcji dużo sił, a do
tego musieliśmy się zdrowo spieszyć na start.
Jedyny plus to taki, że przestałem o antenie myśleć,
licząc na to, że jednak nie odleci.
Wieczorem w porcie na maszt wjechała Beata z
sąsiedniego jachtu i dokręciła co trzeba.

W sobotę pogoda była i lepsza i gorsza. Wiatr bardziej
stabilny i silniejszy. A w długim wyścigu jeszcze
silniejszy.
To wtedy stwierdziliśmy, że to wszystko jest bez
sensu. Tradycyjnie rzucamy żeglarstwo morskie, a
regaty szczególnie. Takie teksty padały już kilka
razy, więc jak widać, nie jesteśmy w tym konsekwentni.
Niemniej jednak mieliśmy dość. Dla dwóch osób było za
męcząco a co grosza, nie w każdych warunkach mogliśmy
walczyć pełną mocą.
Niedziela była już łatwiejsza, bo wiało o wiele mniej.
Nam się nie spieszyło. Spokojnie poczekaliśmy na
ceremonię zakończenia regat, odebraliśmy z samochodu
swoje rzeczy, zatankowaliśmy bak jachtu do pełna i
ruszyliśmy późnym popołudniem do Górek.
Miało wiać niewiele, ale się rozwiało. Miało nie
padać... I w sumie nad nami nie padało.
Za to przyroda zafundowała nam piękny pokaz. Dwie
tęcze, pełne, jedna nad drugą, wyraźne jak rzadko
kiedy i do tego obramowujące wejście do Górek jakby
specjalnie dla nas.
Nagroda za wysiłek... ;)