Relacja z
Samotników z roku 2022 zaczyna się tak: „Relacje z
Regat Samotników opisywałem rzadko. A dokładniej, to
tylko raz, kilka lat temu.”
Czyli opis tegoroczny będzie dopiero trzecim opisem
tych regat. Czemu rzadko opisuję te regaty wyjaśniłem
rok temu. A czemu te chcę opisać?
Właśnie dydaktycznie. Oczywiście poza tym, że dla
siebie samego, żeby za jakiś czas pamiętać jak było.
Jeżeli chodzi o dydaktykę, to te regaty są dobrym
przykładem tego, z czym walczę w rozmowach od wieków.
Krótki opis znajduje się na stronie Gryfu (jak zwykle
od lat).
Opis oficjalny jest opisem oficjalnym, tutaj mogę
sobie pozwolić na subiektywizm.
Patrząc na wyniki tegoroczne, w klasie ORC widać dwie
rzeczy. Dwa pierwsze miejsca zajęły jachty bez
spinakerów/genakerów.
I tutaj od razu komentarz pada: wiadomo, że z żaglami
dodatkowymi nie ma się szans, a jak trasa była mało
spinakerowa, albo wiało mocno, to już w ogóle. Jest to
prawda objawiona, która zakorzeniła się na mur.
Druga rzecz jest taka, że wygrały jachty najszybsze.
No to od razu pada: jasne, im wiało, jak wpłynęły na
metę, to wiatr ścichł i te dalej nie miały szans. Z
tym że wiatr ucichł dla drugiej części stawki, to
prawda i końcówka floty miała już o wiele gorsze
warunki niż czołówka.
Czyli, w skrócie, warunki zdecydowały i nic się nie
dało zrobić. To druga prawda objawiona, która
funkcjonuje od dawna tak samo jak ta pierwsza prawda.
Czyli co? Było jak było, każdy jakieś drobne błędy
zrobił ale wyniki rozdały warunki.
Takie podejście ma dwie wady. Po pierwsze, to trochę
deprecjonuje tych, którzy wygrali po przeliczeniu.
Co ważne, gdy warunki są odwrotne i wygrywają jachty
wolniejsze, to także pada stwierdzenie o warunkach i
że ci co wygrali to... Ogólnie: ci co wygrali pływają
tak sobie i gdyby nie warunki, to byśmy (to ci od
głoszenia prawd objawionych) im pokazali...
Druga wada takiego podejścia jak wyżej, o czy już nie
raz pisałem, to zamykanie się na refleksje i
samodoskonalenie. Bo wszak u nas na jachcie jest
idealnie, żadnych błędów nie zrobiliśmy, tylko warunki
ustawiły wyścig.
Po co taki długi wstęp i jak wygląda prawda? Ano
prawda wygląda tak, jak stare komentarze Radia Erewań
do komunikatów Agencji TASS: „eto prawda, no nie sa
wsiem...”.
Innymi słowy: świadectwa bez żagli dodatkowych oraz
zmiana warunków na trasie to prawda. Ale nie cała.
Jak te regaty wyglądały ze strony Czarodziejki?
Zacznijmy od przygotowań. Ponieważ wyścig miał być
długi to chciałem się przygotować do niego trochę
lepiej niż zazwyczaj. Wiele razy pisałem, że u nas
przygotowanie do regat kuleje. Rozwiązałem w sposób
nowatorski sprawę aprowizacji na regaty. Nowa metoda
dla nas (acz pomysł jest ściągnięty od jednej z
uczestniczek Bitwy o Gotland), zastosowana na B8
pierwszy raz, trochę udoskonalona. To wypaliło. Woda w
zbiorniku, woda do picia (także mój ulubiony kwas
chlebowy), paliwo wlane do zbiorników kuchenki
(dobrze, że o tym pomyślałem!), naładowanie wszelkich
akumulatorków (latarki, szperacz, GPS-y, UKF-ka
ręczna, telefon), ciuchy. Wbicie w oba GPS-y i w
ploter pozycji wszystkich pław zwrotnych i weryfikacja
ich pozycji (to nauczka z zeszłego roku). Liny, żagle,
ciuchy. Niby wszystko ok. W sumie standard.
Na tej liście wyżej widać jeden brak. Drobny lub nie,
tym razem okazał się ważny.
Poza tym odciążenie jachtu. To u nas zawsze kuleje.
Regaty miały być słabowiatrowe i te kilkadziesiąt kg
można było z jachtu wynieść.
Z powodu obowiązków organizatora wypływam z Górek w
piątek rano. Pogoda piękna, wiatr bardzo słaby. Biorę
na hol jacht kolegi i ruszamy do Gdyni na silniku.
Ktoś zapyta, jakie obowiązki organizatora? Ano np.
zamieszczenie na stronie instrukcji żeglugi i
komunikatów (obowiązek webmastera klubu). Rzeczą nową,
którą trzeba logistycznie rozwiązywać, jest tracking.
Trackery nie mogą przyjechać za wcześnie, bo się
rozładują. Trzeba załatwić ich listę, odesłać ją do
firmy od trackerów a same urządzenia rozdysponować na
jachty, które przypływają do Gdyni często po godzinach
pracy sekretariatu klubu.
Niemniej jednak wiele obowiązków już ze mnie zeszło,
więc mam w Gdyni czas, żeby przygotować jacht do
regat, zrobić na nim porządki po mojemu (lubię
porządek na jachcie), pochować rzeczy, których nie
będę używał i tak dalej. Poza tym przygotowanie
nawigacyjne i meteo.
Jak się okazało, w Gdyni wieczorem, 5 jachtów z regat
stało obok siebie w dwie tratwy, tak że przekazywanie
zrobionych na jednym jachcie kiełbasek na grilu (jak
widać, nie tylko my nie wyrzucamy każdego zbędnego
grama), zrobionej u mnie kawy/herbaty albo
dystrybuowanych między jachtami różnych innych trunków
nie było trudne.
Innymi słowy, bardzo fajna integracja, a ja miałem
okazję zwiedzić nowy w naszej flocie jacht, czyli
J-92.
Konsultacje meteo zostały przeprowadzone dość
dogłębnie, a moje stwierdzenie, że prognozy i tak się
nie sprawdzają, nie zostało dobrze przyjęte. ;)
Ponieważ zebrali się wszyscy uczestnicy znanych
ustawek sprzed dwóch lat, to ustaliliśmy, co robimy
dalej z nagrodą, wygraną przez zwycięzcę naszego
cyklu. Przypomnę, że regat w ramach prywatnego cyklu
ustawek odbyło się 6. W gronie czterech jachtów.
Wszyscy z wyjątkiem zwycięzcy zrzucają się na kratę
wybranego piwa.
Zwycięzca rodzaj piwa wybrał, ja się zobowiązałem
fizycznie piwo kupić. Co prawda zwycięzca rzucił
uwagę, że ponieważ upłynęło duuużo czasu, a do tego
inflacja jest ogromna, to może jednak piwa powinno być
więcej. Co po namyśle uznaję za słuszne. Impreza
odbędzie się w Górkach oczywiście, moje piwo wypije
Asia (bo jednak nie zawsze pływaliśmy sami w tym
cyklu), a druga krata piwa będzie dla ewentualnych
gości imprezy.
Spać poszliśmy dość wcześnie, bo przed północą.
Odprawy w tym roku nie ma, więc czasu mamy więcej
rano. Start niedaleko mariny. Wychodzimy po godzinie
9.
Trzynaście jachtów tasuje się, czekając na start.
Wiatr jest słaby, w okolicy 4-5 węzłów, fali nie ma w
ogóle. Pogoda jest piękna. Wiatru jest w sumie więcej
niż w prognozie, a kierunek niezupełnie się zgadza. Co
będzie później, to trudno powiedzieć.
Start był spokojny, nawet zupełnie niezły w moim
wykonaniu. W samotnikach jednak zasady są trochę inne
niż w załogowych regatach. Znamy się zazwyczaj dobrze
i nikt nie chce robić numerów i walczyć na noże.
Obsługa jachtu przez samotnika jednak jest inna i
trzeba brać dużą poprawkę na poczynania innych
jachtów.
Widać było po starcie, i widać to na trackingu, że
koncepcje płynięcia były różne i zmienne. Wiatr
kręcił, do Helu była halsówka, wiatr cichł.
W sumie wszyscy wiedzieli, że przyjdzie zmiana, ale
jaka dokładnie i kiedy, trudno było powiedzieć.
Na początku korzystniejsza wydawała się strona prawa,
ale chyba każdy czuł, że zmiana przyjdzie z lewej. Ale
kiedy??? W tej sytuacji najbardziej zaryzykował
Rastaban. Poszedł najdalej w lewo, dostał świeży wiatr
z dobrej strony i objechał połowę floty. Jachy z
prawej strony straciły, dwa nawet dużo. Ja nie byłem
pewien czy grać na zmianę z lewej zanim dopłyniemy do
Helu, ale generalnie trzymałem się lewej strony trasy.
W związku z czym przegrałem ten etap umiarkowanie. W
każdym razie część floty przegrała bardziej.
Niemniej jednak ten etap mógł być lepszy.
Do pławy Hel dopływam po 4 godzinach, więc widać, że
nie wiało za wiele. Podejście do pławy mamy trochę
nerwowe. Na TSS-ie płynie holownik z pogłębiarką na
holu, a dogania ich kontenerowiec. Spotkanie akurat
przy pławie. Purga przede mną luzuje genuę i zwalnia.
Ja dopływam do pławy tuż za Rastabanem, nie musimy
zwalniać, bo sytuacja się wyklarowała.
Tutaj widać, że skupiony na podejściu do boi i walce
bezpośredniej przegapiłem przygotowanie
genakera/spinakera do postawienia. Fał mam po
właściwej stronie, ale worek z żaglem nie jest wpięty.
Trochę dlatego, że nie byłem pewien, co
postawić. Rastaban nie miał tego dylematu i zawstydza
mnie, stawiając spinaker zaraz po boi. Można? Można!
Ja marnuję czas, wpinając worek i liny. Decyduję się
na genaker, ale do końca boku miałem wątpliwości, czy
to był dobry wybór. Po obejrzeniu trackingu sądzę, że
zły. Trzeba było postawić małego spinakera (bo
płaski), który jednak jest znacznie większy od
genakera.
Na długim w końcu boku do NS mogłem popłynąć szybciej.
Może niewiele, ale jednak. Tylko że z genakerem jazda
była spokojna i relaksowa, a ze spinakerem musiałbym
trochę walczyć. Trzeba było zmienić żagiel po drodze.
Ale to strata, tak mówił głos rozsądku. Szymon
Kuczyński słusznie zauważył, że głos ducha rozsądku to
często jest głos zamaskowanego duszka leniuszka...
Po drodze straciłem też kilka minut przez wywołania
straży granicznej, która chciała mnie wypytać o jacht
płynący za mną, który nie był z naszych regat. Akurat
jak autopilot nie wyrabiał i genaker wpadł w łopot
kilka razy.
Załamka!
Wygląda na to, że moje raczej nietypowe przeżycia z
naszą SG (powiem szczerze: nielubianą przeze mnie)
ciągle trwają.
Przed boją zrzuciłem genakera trochę za wcześnie. Poza
tym, ciągle nie jestem pewien, czy nawet w słabym
wietrze (wiało około 9 węzłów wtedy), w samotnej
żegludze, warto najpierw stawiać genuę a potem zrzucać
żagiel dodatkowy. Wygląda na to, że jednak nie (chyba
że wieje naprawdę nic).
Za boją, w kierunku na Gdynię, była połówka. Falka
zrobiła się strasznie wredna, okres to około 2
sekundy. Buja, autopilot sobie radzi źle. W sensie, że
płynie nie tam, gdzie ja chcę i jego ustawienie na
kurs trwa wieki.
A ja chciałem w końcu zejść na chwilę pod pokład.
Prawa burta znalazła się w cieniu i nagle zrobiło się
chłodno.
Co do autopilota. Rozmawiałem dzisiaj o tym z kolegą z
klubu, który zadał mi standardowe pytania. W jakim
sensie autopilot sobie nie radzi? Wymieniłem
przypadki. Padło jeszcze kilka pytań, i stwierdzenie,
że jeżeli autopilot jest sprawny, to coś może być nie
tak z ustawieniami. Ja na to, że ustawiałem go kilka
razy. A kiedy? Nooo, dawno temu. A czy pomyślałem o
tym, że po zimie nastawy mogły się zmienić? W sensie,
że się zresetowały?
Pozostało mi zrobienie głupiej miny. Fakt, że
autopilota używamy mało, ale...
Zjadłem coś. Zrobiłem sobie herbatę, skorzystałem
z..., założyłem bluzę dresową pod kamizelkę.
Sprawdziłem na GPS-ie kursy na metę, na pławę ZS i NP.
Wyszło mi, że na razie decyduje kurs na NP, bo jest
najbardziej z lewej strony. Różnica niewielka, kilka
stopni, więc zbytnio przejmować się nie trzeba.
To był zaczątek błędu.
Siadam do steru, czas mija nawet szybko. Zimno jest,
czasami nawet coś chlapnie, wieje tak od 80 stopni do
95. Przerzucam fał i brasy na lewą burtę (trochą mnie
na dziobie zmoczyło). Sam genaker jest już dawno
złożony i czeka w worku. Stawiać czy nie? Ale
wychodzi, że nie. I to była słuszna decyzja, ale do
czasu.
Dochodzę do pławy ZS, zostawiam ją po prawej dość
daleko. Zerkam do tyłu, ale tylko Mirabelle się
trzyma, reszta jednak powoli odpada.
Wpływam w duże kotwicowisko dużych statków. Powoli
mijam statek za statkiem, niektóre blisko. Wiem że
płynę troszkę za bardzo w prawo. Ale statki zaraz się
skończą i skręcę.
Okazało się, że źle oszacowałem odległości.
Wpatrywałem się w kolejne statki na zasadzie: ok,
jeszcze ten. Genaker gotowy do postawienia. Gdy
minąłem ostatni, duży kontenerowiec, czas odpaść w
lewo.
I wtedy dotarło do mnie, że popełniłem chyba
największy błąd w tym wyścigu. Widać to dobrze na
trackingu. Piłowałem zbyt w prawo, pod wiatr, nie
stawiałem genakera, bo był za ostry kurs, a potem
miałem kurs dość pełny i w słabym wietrze też
traciłem.
Część jachtów za mną poszła właśnie za mną, więc
zrobili ten sam, duuży błąd. Od raz poprawnie
popłynęła Purga i wtedy mi definitywnie uciekła, a za
mną lepiej (schodząc za statki) poszedł PorFavor i Mat
II.
Głupi, idiotyczny błąd, wynikający z zafiksowania się
na statki, na kurs i wynikający z błędu w
przygotowaniach. Trzeba mieć dokładnie, na karce
rozpisane kursy po każdej boi/ pławie z zaznaczeniem
jak i jak daleko omijać pławy pośrednie.
Kiedyś to robiłem. Teraz nie... Ploter wcale nie
załatwia sprawy.
Widzę, że za mną genakera stawia PorFavor, choć jest
niżej i ma na pławę NP ostrzejszy kurs.
Stwierdzam, ze jestem idiotą.
Wieje już słabo, 6-7 węzłów, potem 5-6. NP coraz
bliżej. Wyszło mi, że po NP kurs na metę będzie trochę
za ostry na genakera i zrzucam go przed pławą. Kolejny
błąd. Ruszam na Gdynię, robi się szaro, wcześniej już
zapaliłem światła nawigacyjne.
Zerkam za rufę. PorFavor mija pławę i dalej leci na
genakerze. Fakt, że z trudem, ale jedzie. Minimalnie
szybciej ode mnie, do mówi mi AIS. Wa... mać! Stawiać?
Ale wiatr wyostrza powoli, chyba to już bez sensu.
A może jednak? Nawet na jedną milę może warto? Godzina
do mety, dzwonię do sędziego (taki był wymóg, żeby dać
znać). Dowiaduję się, że wiatr siada coraz bardziej i
że ostrzy. No fakt, ostrzy.
Mimo to czuję dziwną ulgę, jak widzę, że za mną
genakera zrzuca PorFavor.
Potem na trackingu zobaczyłem, że to go jednak trochę
kosztowało czasu.
Zrzucanie genakera jest o wiele trudniejsze niż
zrzucanie spinakera, bo kurs zazwyczaj jest ostry.
Genaker nie gaśnie za grotem i trzeba go ściągać z
rufy. Albo dużo odpaść, co też jest stratą!
Dwie mile do mety, mila. Ciemno jest, ale niezbyt. W
każdym razie widać icki na geni, co staje się
kluczowe.
Robi się ostro na wiatr, ale jeszcze jednym halsem.
Wiatr to 4 węzły, potem 3, potem mniej.
Kuuurcze. Muszę zrobić kilka zwrotów przed samą metą.
Pilnuję się, żeby nie zatrzymać jachtu, żeby powoli
ale płynąć. W końcu meta i ulga. Godzina 22:30. Co
dalej? Decyduję nie wchodzić do Gdyni, tylko płynąć do
Górek. Z plaży słychać głośny koncert, to nie są
warunki na spanie.
Ustawiam kurs na Górki, ustawiam żagle na motyla i
powolutku płynę. Kilka zwrotów i przepinania
spinakerbomu. No za co? Robię kanapkę (dla odmiany!),
jacht lekko przyspiesza bo dalej od Gdyni wiatr jest
ciut silniejszy. Ale 2 węzły to nie jest szokująca
prędkość. Robię trochę porządków w środku, zrzucam
genuę, wyciągam z szafki kluczyki i uruchamiam silnik.
Klaruję grot na bomie, włączam kuchenkę i dodaję gazu.
Ruszamy z naszą marszową prędkością ponad 5 węzłów. Ja
siedzę na burcie tak, że widzę co jest przed dziobem i
widzę w czerwonej poświacie oświetlenia nocnego
kuchenkę z czajnikiem. Wygodna pozycja, nogi na ławce
kokpitu, plecy oparte o reling. Zerkam czy światła są
poprawne. Korekta autopilota. Woda się gotuje, więc
robię dobrą herbatę i to z sokiem, jeszcze dodaję gazu
i siadam w moim rogu za zejściówką.
Teraz mam czas na relaks i zastanawianie się, jak
bardzo dałem ciała na tych regatach...
Wróćmy do początku. Straciłem kilka minut przez naszą
dzielną SG. Straciłem dobre kilkanaście minut albo i
więcej na ostatnim boku wychodząc za bardzo w prawo i
za późno stawiając genakera. Straciłem dobre kilka
minut walcząc z autopilotem. I pewnie kolejne
kilkanaście minut na boku z Helu, może mniej, może
więcej. Poza tym błędy ze zbyt późnym/wczesnym
stawianiem/zrzucaniem genakera.
Z Moaną przegrałem o 14 minut, z Sailing Factory o 16
minut...
Panie i panowie: to nie warunki decydują (w każdym
razie rzadko), ale nasze błędy i braki w
przygotowaniu.
PRZEDE WSZYSTKIM!
Zrzut trasy z vesselfinder.

Wyniki
i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfu.