O swoim łożu pisałem
kilka razy, że jest użytkowo fajne i ma wiele zalet. I
faktycznie.
Jak wygląda, można zobaczyć w artykule.
Ale ma też kilka wad, co okazało się drastycznie i
dobitnie dzisiaj.
Nie wystawia mi to dobrego świadectwa, oj nie wystawia.
Ale może ktoś wyciągnie wnioski...
Zastanawiałem się, czy to opisać, czy dać sobie spokój.
Piszę dydaktycznie, oraz dlatego, że gdybym sam nie
widział to bym nie uwierzył.
Gdybym zdjęć nie zrobił, to inni by nie uwierzyli.
Przechodząc do meritum. Że wieje, to oczywiście wszyscy
nad morzem wiedzieliśmy. Bywa.
Byłem spokojny, w końcu jacht tyle lat stał w podobnych
warunkach i nic. Do tego bez masztu, więc w ogóle luzik.
Co najwyżej plandeka może się rozlecieć (acz jej
„eskimoska” konstrukcja stelażu raczej to wyklucza). Nie
wziąłem pod uwagę, że tej zimy jacht stoi w innym niż
zazwyczaj miejscu, do tego na trawie.
No więc przyjechałem na jacht popracować dalej przy
instalacji zbiornika WC.
Byłem w klubie pierwszy, podjechałem na swoje miejsce,
zerknąłem na plandekę - stoi. No to jest ok.
Dopiero jak wysiadłem z samochodu, to dostałem
gwałtownego przyspieszenia. Jacht był z całym łożem
obrócony w lewo oraz pochylony na lewą stronę i na
dziób. Sam jacht był przekręcony o wiele bardziej niż
łoże, bo dziób przesunął się w lewo na łożu.
Konstrukcja i brak blokady to niestety umożliwiły.
Rano wiało jeszcze nieźle. Obszedłem jacht ze zjeżonym
włosami, ale stał. Ciągle cały. Lewa przednia podpora
częściowo zsunęła się z belki.
Pierwsza rzecz jaką zrobiłem, i to przed zrobieniem
zdjęć, to z bagażnika samochodu wyciągnąłem pas
holowniczy i prowizorycznie acz solidnie zabezpieczyłem
lewą podporę przed dalszym zsuwaniem się. Co prawda
balast zaklinował się (i o tym będzie dalej), ale mimo
wszystko...

Potem obleciałem okolicę i przytargałem wszystkie
kawałki desek jakie znalazłem. Przy lewym, przednim
kole, zagłębionym po ośkę w ziemię, położyłem najpierw
starą podłogę jachtu (leżała przy balaście, czekając na
wyrzucenie...) i na to deski. Na koniec klin, który
wyjechał spod balastu i wszystko dobiłem kantówką.
Trochę można było się uspokoić, choć podmuchy wiatru
wyraźnie ruszały jachtem. Nic dziwnego, boczne podpory
na szynach były przestawione i z jednej burty luźne.
Wyglądało to tak.

Jak widać, balast zatrzymał się na drabinie (którą
zawsze tak zostawiam). Drabina była chwilowo
niedostępna, bo mocno zaklinowana. Ale nawet gdyby nie,
to i tak wolałbym jej nie ruszać.
Na szczęście dwie dobre dusze, które przyjechały po mnie
i przyszły oglądać sytuację, pomogły. Z dwóch małych
drabin złożyliśmy przy pomocy krawatów jedną dłuższą i
można było wejść na jacht.
Nie ukrywam, że z duszą na ramieniu wszedłem do kabiny.
Wiatr cały czas ruszał jachtem i było to mało przyjemne.
Ktoś zapyta, po co pchałem się na jacht. Ano dlatego, że
przypadkiem (jak w „Misiu” z tragarzami) miałem na
jachcie podnośnik hydrauliczny. Poza tym, przewidując
dłuższą pracę, przebrałem się w ciuchy robocze, wziąłem
kilka krawatów i młotek i można było zacząć działać.
Dalej sprawa w zasadzie jest prosta. Podnośnikiem
najpierw podniosłem lewą stronę łoża. W kilku ratach,
żeby było przyzwoicie i w najlepszym miejscu.

Trochę to trwało, bo kilka razy wyruszałem na
poszukiwania w klubie i znów znosiłem drewno, kantówki
albo jakieś kamienne bloczki lub płyty. Złośliwie ktoś
robił porządki i wiele rzeczy zostało spalonych, albo
było zwyczajnie spróchniałe. To frustrujące, gdy
opuszcza się jacht na podnośniku a podłożona deska pęka.
W końcu się udało, jacht był w poziomie, łoże podparte w
dwóch miejscach solidnie.
Potem wysłuchałem kilku komentarzy kilku widzów, a choć
nie były przyjemne, to i tak ani się umywają do tego, co
myślałem o sobie... Myślałem o sobie źle. I bardzo
brzydko.
Ale trzeba się było zabrać za dalszy ciąg. Jak przesunąć
dziób jachtu na łożu? Pomysłów było kilka, ale jak
wszyscy sobie poszli, zrobiłem po swojemu. Ustawiłem
podnośnik skośnie, zapierając go o podporę belki
przedniej a drugi koniec, przez deskę i klin, o balast
przy dnie. Było akurat blisko. Pomyślałem, że skoro
jacht przejechał się po tej belce w jedną stronę, to w
drugą też da radę. I faktycznie. Co prawda trzy razy
musiałem dokładać deski pod podnośnik (wiecie jak trudno
jest trzymać ciężki w końcu podnośnik skośnie w
powietrzu, do tego kilka desek pod jego podstawą i dwie
deseczki na drugim końcu?). Ale udało się, a jak się
podnośnik zaparł, to już było łatwiej. Powoli, z każdym
ruchem, jacht przesuwał się do osi łoża. Trzeba było
poluzować pasy podpór na dziobie i na rufie (tam to było
nieźle przekrzywione), odbić podpory spod jachtu (te
zaklinowane) i potem wszystko ustawić. Było coraz
lepiej.
Wszedłem na pokład i na sam dziób i zrzuciłem dwie cumy.
Zostały przywiązane do nabrzeża, na dwie strony.
Było już całkiem fajnie. Tylko rufa... Na rufie kadłub
opiera się dodatkowo na owalnej deseczce, żeby rufa była
wyżej i ta deseczka prawie się wysunęła spod dna.
Czy to można zrobić szybko? Można, choć metoda jest dla
tych bardziej stukniętych. I nie przy każdym jachcie
zadziała.
Nie będę opisywał, ale zajęło to może 10 minut i
deseczka znalazła się na miejscu między belką a dnem
jachtu, boczne podpory zostały ponownie ustawione i
dociągnięte pasami. Finał w zasadzie.
Można było wyjąć drabinę (oddałem pożyczone z
podziękowaniem), wejść na jacht, zrobić sobie herbatę i
pomyśleć.
Skala zjawiska. Może trudno w to uwierzyć, ale widoczne
na zdjęciach niżej koło stało na widocznej na zdjęciach
desce.
Pół metra
przesunięcia po trawie.
Poza tym jacht przesunął się po belce łoża o kolejne 30
cm. Zatrzymała go drabina i to chyba z hukiem, sądząc po
jej wyglądzie.

Drabina zrobiła swoje, ale drugi dobry pomocnik dzisiaj
to podnośnik. Warto mieć.

Jak to się odbyło?
Pewności nie mam, ale moja teoria jest taka. Przy silnym
podmuchu prawe przednie koło uniosło się na tyle na
desce (może jacht już wcześniej był przechylony przez
wiatr?), że przestało blokować przesuwanie się jachtu.
Pechowo, lewe koło było ustawione niejako w kierunku
jazdy. Jacht ruszył na lewym kole w lewo (wiecie jak
trudno to zrobić, gdy chcemy jacht na betonie
przesunąć?) i to chyba dość gwałtownie. Prawe tylne koło
spadło ze swojej deski, prawe przednie także. Dynamika
ruchu, lewe przednie koło też w końcu zjechało ze swojej
deski i zaryło w glebę. Prawe zresztą też zaryło,
zdzierając kawał trawy z ziemią.
Łoże stanęło pochylone na lewą burtę, a jacht jechał
dalej. Przesunął się o kolejne 30 cm i został
zablokowany drabiną. Dzięki temu cała historia skończyła
się bez strat i kosztowała mnie tylko kilka godzin
pracy.
Czy to był pech? Oczywiście, że nie. To było
lekceważenie, niedbalstwo, trochę brak wyobraźni.
Podpory boczne muszą być blokowane i można to uzyskać
bardzo prosto. Zamiast jednego pasa, który ściąga dwie
podpory do siebie, trzeba zastosować dwa pasy tak
zamocowane, że pas ściąga podporę z elementem łoża.
Banalne. Poza tym, należy przymocować cały jacht do
czegoś, żeby nie mógł się przesuwać.
A samo łoże albo zostawić zwyczajnie na trawie na zimę
tak, żeby kola się zapadły po osie, albo zrobić duże
podstawy pod koła, albo podnieść łoże na podporach.
Inna rzecz, że same podpory muszę w końcu robić nowe
(kupiłem je z jachtem) i obłożyć mikrogumą.
To jest w planach prac. Od kilku lat.
Reasumując: nie miałem pecha. Miałem od cholery
szczęścia.
P.S. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby jacht miał
maszt.