Tytuł jest trochę
przewrotny, bo przecież wiadomo, że regaty mogą być
przyjemne.
Ale w tym wypadku chodzi o regaty załóg dwuosobowych
odbywających się w cyklu Offshort.
Same regaty DH (czyli double handed) są dość popularne,
bo mocno redukują poważny problem kompletacji załogi. Na
świecie i u nas.
My cały zeszły rok przepływaliśmy dwuosobowo, wcześniej
też wiele razy w takim zestawie.
Dotąd startowaliśmy z założenia jako załoga DH tylko
przy okazji, w regatach spoza cyklu. Tak było np. w
Mistrzostwach Polski DH w roku 2023, które były przy
okazji Regat B8.
Skoro takich regat jest więcej, to czemu w nich nie
startujemy? - pytano wiele razy.
Odpowiadałem, że te regaty są dla nas za długie, za
ciężkie, do tego kończą się po weekendzie i są za
drogie. Z powodu wymaganego wyposażenia (przy kategorii
3 OSR i z tratwą) i wysokiego wpisowego.
Raz w roku można popłynąć na regaty gdzieś dalej, ale
nie częściej. Dalej to dla nas np. wyścig B8 albo Regaty
Jubileuszowe Gryfu (to już górna granica, i to raz na 5
lat).
Czemu przeszkadzają nam długie regaty, gdy przecież
pływamy po całym Bałtyku robiąc długie przeloty?
Dlatego, że długie trasy preferują większe jachty. Tym
bardziej im załoga jest mniej liczna oraz im gorsza jest
pogoda. Zwłaszcza w tym drugim przypadku. W praktyce
robi się wtedy wyścig autopilotów oraz komfortu
rozumianego w tym sensie, że zejście załogi z pokładu
wpływa na wynik..
Każdy musi w końcu zejść z pokładu, ale na małym jachcie
ma to większy wpływ na prędkość.
Reasumując: wymagane wyposażenie (więc koszt), zbyt duży
wysiłek, zbyt długi czas regat (do poniedziałku więc
praca, urlop itp), start dość późno w sobotę, zbyt słaby
autopilot, zbyt wysokie wpisowe i to wszystko ileś tam
razy w sezonie. To nie dla nas.
Ale czasy się zmieniają i organizatorzy także. Nowy
organizator wysłuchał „głosu ludu” i zorganizował regaty
wg innych zasad. Trasa zatokowa, jednodniowa, brak
nadmiernych wymagań w kwestii wyposażenia*, rozsądne
wpisowe.
Trochę się zastanawialiśmy, ale w końcu ulegliśmy
pokusie. Tym bardziej, że prognozy (w które przecież nie
wierzę) zapowiadały dobrą pogodę. W sensie, że bez ulewy
i sztormów. Poza tym ustalamy, że Asia będzie za sterem
a ja mam być wykwalifikowaną załogą.
Ponieważ prognozy zapowiadały na sobotę wiatr bardzo
słaby, to najpierw trasa została trochę skrócona a potem
wyścig został przełożony na niedzielę. Nam to
odpowiadało bo ułatwiła się logistyka.
Jacht do Gdyni trzeba przestawić, po zmianie terminu
mogliśmy to zrobić w sobotę i nie zrywając się o świcie.
Zrobiliśmy spokojnie zakupy i trafiliśmy na jacht już po
południu. Na jachcie czekały na nas w kabinie cztery
mniej lub bardziej mokre żagle. Tak zostało po
poprzednim pływaniu.
Coś z tym trzeba było zrobić, więc mokry spinaker w
worku został na podłodze, wilgotny genaker trafił luzem
na koję, wilgotny duży fok też trafił luzem na koję, a
mokra duża genua trafiła na pokład, bo na niej
płynęliśmy do Gdyni.
Kabina trochę się rozładowała.
Po poprzednim pływaniu na pokładzie zostały niemal
wszystkie liny, więc przygotowanie jachtu do wypłynięcia
zajęło krótką chwilę.
W klubie, przed wypłynięciem, usłyszeliśmy komentarze na
temat niedawnej „walki” kapitanatu portu w Gdańsku z
litewskim oraz amerykańskim żeglarzem. Generalnie
skrócona opinia na ten temat nie nadaje się do druku.
Po wypłynięciu z Górek siłą rzeczy jakiś czas
słuchaliśmy rozmów z kapitanatem. Ciągłe pouczenia
„można płynąć zgodnie z przepisami” były załamujące. I
to wszystko trzydzieści pięć lat po rzekomej zmianie
ustroju.
Wychodzimy z Górek, duża mokra genua idzie w górę. Czas
na herbatę, jakieś porządki.
Po pewnym czasie wiatr wypełnia się na tyle, że można
postawić genakera. Przerzucamy liny na lewą burtę.
Genakera wrzucam do kokpitu, wpinam liny i prosto z
kokpitu, bez worka, stawiamy żagiel.
Ciągle uczymy się tego żagla. Pisałem już nieraz, że
dobre ustawienie genakera wcale nie jest takie łatwe,
jak się powszechnie i mylnie sądzi.
Pogoda jest bardzo ładna. Nad głową świeci słońce a
Gdynia jest za lekką mgłą. Dopiero przed samą Gdynią
wiatr słabnie na tyle, że zrzucamy żagle. Jest dobrze,
bo genaker zupełnie suchy ląduje w worku, a duża genua
jest sucha na pokładzie.
W Gdyni idziemy za ciosem i najpierw suszymy foka na
fale i składamy go do worka. Dopiero potem czas na późny
obiad.
Regaty mają w planie odprawę w restauracji na Bulwarze.
Spotkanie jest miłe, mam okazję wyjaśnić kilka rzeczy
związanych z ORC. Do tego zdjęcia i korekta planu na
niedzielę.
Start w niedzielę został przewidziany na godzinę 8:30,
co zmusza do wstania rzeczywiście wcześnie. Ale wiatr ma
na ten temat inne zdanie. Czekamy w porcie. Wychodzimy
przed godziną 10, a wystartować udaje się o godzinie
10:15.
Procedurę przeprowadza organizator ze swojego jachtu
przez radio i wychodzi to bardzo dobrze.
Nam start udaje się znakomicie. Wiatr wieje od prawej
strony linii startu, lewą stroną jest pława GS.
Teoretycznie lepiej startować od strony wiatru, ale my
wybieramy pin. Myślałem, że wyjdzie falstart, co w
słabym wietrze byłoby dużą stratą, ale Asia wyliczyła
wszystko bardzo dobrze. Wytracamy prędkość na ile się da
(w wietrze 3 węzły i tak nie jest łatwo) i w efekcie
startujemy pierwsi i z najlepszego miejsca. Ostrzymy i
powoli, naprawdę powoli oddalmy się od Gdyni. Dopiero po
długim czasie wyprzedza nas Cloud Nine i Selkie Johnka.
Wieje średnio połówka. Większość jachtów stawia
genakery, ale my nie. Doświadczenie nam mówi, że to
nieopłacalne w naszej sytuacji i w tak słabym wietrze.
Asia czujnie steruje a ja wykazuję się jako
świetny balast po zawietrznej. Czasami moczę stopy
w wodzie. Pierwsze trzy mile płyniemy sporo ponad
godzinę. Potem powoli wiatr rośnie i ostrzy. Genakery za
nami poznikały z jachtów. Pełny bajdewind, wiatr o
prędkości 4-5 węzłów. Przenoszę się do kabiny, robię dla
nas herbatę a potem siadam na balaście już na
nawietrznej.
Właściwie jest super. Wygodne miejsce na burcie, ładna
pogoda, słońce, herbata w rękach, sternik się martwi co
robić... Oglądam wodę i „piękne okoliczności przyrody”.
Wiatr jeszcze ostrzy i okazuje się, że trzeba do naszej
pławy dohalsować. Ale dotyczy to wszystkich. Oglądamy
jak oddala się Selkie i Cloud Nine. Oceanna i Por Favor
są przed nami także, ale bardzo blisko. Schodząc z
balastu czy do zwrotów, czy do regulacji żagli,
komplementuję pływające czasami ze mną dziewczyny, które
skaczą po jachcie jak wiewiórki. Ale staram się ruszać
szybko, ogólnie wiem co robić, a jako balast sprawdzam
się bardzo dobrze.
Oceniamy kąty, za pławą (Wysypisko Gdynia) kurs na
kolejny znak (Wysypisko Gdańsk) jest ostro na wiatr, ale
bez halsowania. Wiatr znów lekko rośnie, a że wieje
generalnie ze wschodu, to nieduża fala jest. Robi się
chłodno, bo siedzę w cieniu żagli. Zakładam pod
kamizelkę bluzę polarową. Zerkam na dziób i w końcu
wędruję do luku dziobowego (daleko nie mam, ze 2 metry)
i go domykam - bryzgi moczą pokład. Wieje 7-8 węzłów.
Potem 9 i 10. Za rufą jest nasz „odwieczny”, trudny
rywal, czyli Double Scotch. Zostaje bardziej z tyłu czy
nie? Wygląda że tak. A może nie? Potem wiatr odrobinę
się wypełnia i wtedy już DS z tyłu nie zostaje. Na pławę
wchodzimy pierwsi, ale DS jest dość blisko, może z pół
mili za nami.
Na tym boku, ale i wcześniej także, blisko nas
podpływają jachty nie z regat, zwłaszcza jeden.
Podpływa tak blisko, że zaczynam się zastanawiać, czy
jego sternik chce mi nawrzucać za regaty GWG czy może od
razu rzucić we mnie bosakiem. Ale wtedy podpływa do nas
jeszcze inny znajomy jacht, wyjaśnia czemu nie dał rady
wystartować w tych regatach i potem oba odpływają.
Zwrot na boi nam nie wychodzi. Raz, że szot się zaplątał
na kabestanie a dwa, że zbytnio spadamy z wiatrem. Gdy
się ogarniamy i ruszamy na pławę HEL okazuje się, że
straciliśmy trochę wysokości. Niby wychodzimy jednym
halsem na pławę, ale DS jest wyżej o kilkadziesiąt
metrów i trochę bliżej.
Dla mnie na balaście jest o tyle lepiej, że teraz burta
jest w słońcu. Co prawda od rufy, ale i tak dobrze.
Jacht chodzi na fali z dziobu, pława się zbliża. Wpinam
spinaker w reling, wpinam liny, stawiam spinakerbom.
Nagła lekka zmiana wiatru, może ścichnięcie, może prąd,
może błąd powodują, że jesteśmy kilkanaście metrów od
naprawdę dużej pławy, której nie możemy ominąć. Zwrot!
Powoli jacht się obraca, ale wiadomo, że z postawionym
spinakerbomem po zawietrznej nie da się wybrać genuy.
Odchodzimy półwiatrem w bok, kolejny zwrot i powoli, już
bezpiecznie, okrążamy pławę. Cała przewaga nad DS, i tak
niezbyt duża, poszła się chędożyć.
Cóż, trzeba walczyć dalej. Stawiamy spinaker na prawym
halsie, który nie jest właściwy. Tak było planowane. Na
czas przebrasowania ja siadam do steru, Asia walczy na
dziobie. Sama tak chciała! Ustawiamy się na właściwym
halsie, płyniemy bardzo pełnym baksztagiem. Na boję jest
fordewind, a tego nawet na spinakerze nie chcemy.
Schodzę pod pokład i w spokojnych warunkach robię
kanapki i herbatę. Przydaje nam się. Jeżeli wiatr się
nie zmieni to będziemy mieli 12 mil fordewindu do mety.
Po drodze jest też pława GD jako znak, ale to w niczym
nie przeszkadza, trzeba ją tylko ominąć prawą burtą,
może być daleko.
To bardzo długi bok i warunki wybitnie nam sprzyjające.
Nikt poza nami nie ma spinakera.
Wiatr nawet lekko rośnie, 11-12-13 węzłów, potem ustala
się na 11. Mniej więcej, rzecz jasna. Sprawdzamy na
AIS-ie odległości do poszczególnych jachtów. DS odchodzi
w bok (genakerowcy muszą ostrzej pływać) i zostaje coraz
bardziej z tyłu.
Żegluga nie jest super komfortowa, nieduża ale krótka
fala z rufy i słaby wiatr powodują, że spinaker strzela
co jakiś czas i ogólnie tańczy. Ustawiamy go najlepiej
jak umiemy, dociągamy zawietrzną brasołapkę, regulujemy
spinakerbom, jego obciągacz (jego blok jest wpięty przed
masztem więc można wszystko dobrze unieruchomić) i
ogólnie wszystkie liny. Huki są nieprzyjemne, ale jacht
płynie szybko.
Widzimy z przodu Oceannę i PorFavor, halsują na
genakerach. DS zostaje coraz bardziej z tyłu, ale czy to
wystarczy?
Jesteśmy coraz bliżej Gdyni (więc i mety), znów
przebrasowanie. Płyniemy prosto na SeaTowers, więc źle.
Płyniemy tak kilka (kilkanaście?) minut w słabszym
wietrze, zbyt pełno i z wredną falą odbitą od
falochronu. Tutaj zrobiliśmy błąd. Powinniśmy od razu
zrobić przebrasowanie i odejść w bok, w lewo i
podchodzić z lewej strony pod metę. Trochę tutaj
straciliśmy, ale w końcu się ogarniamy. Wiatr cały czas
wieje, nie cichnie i bez problemu już wchodzimy na metę.
Na końcówce ja steruję, a Asia siedzi w kokpicie z
notatnikiem, długopisem i GPS-em. Mijamy pławę,
Asia zapisuje czas i zaraz potem zrzuca spinaker. Ale
powoli, ostrożnie, żeby się nie zmoczył. Prosto do
kabiny, jak zawsze. Robimy zwrot przez rufę i ruszamy w
kierunku Górek. Zmiana na sterze, opuszczam i klaruję
spinakerbom już na portowo, stawiam genuę. Pełny
bajdewind. Wpisuję czas mety do dziennika, oglądamy się
za siebie na konkurencję. Godzina 18.
Zaczynam sprzątać z pokładu zbędne liny, potem ubieramy
się cieplej i włączamy autopilota. Piękny zachód słońca
nad Redłowem.
Wiatr rośnie i ostrzy, ale dalej to jest pełny
bajdewind. Fala robi się spora, jacht pędzi pod 6
węzłów.
Czasami jesienią trafiają się takie bajkowe warunki.
Mijamy tor do Gdańska - połowa drogi.
Po zmianach w Porcie Północnym, gdy doszło sporo nowych
świateł i nowe falochrony, widok jest dla mnie trochę
obcy. Ale powoli uczę się nowych świateł. Trzeba wbić w
GPS pozycję głowicy nowego falochronu. Takie rzeczy się
przydają. Mam w GPS-ie sporo takich prywatnych punktów.
Warto.
Cumujemy na swoim miejscu przed godziną 21. Zabieramy to
co trzeba z jachtu. Całkowicie mokra duża genua ląduje
luzem w kabinie.
To był bardzo udany weekend i bardzo przyjemne pływanie.
To dobrze robi pod koniec sezonu bo zostawia dobre
wrażenie na zimę.
A wyniki regat? Nie możemy narzekać.
Wyniki.
Zmiana na sterze dobrze nam zrobiła. Ja się poruszałem
więcej niż zwykle, Asia spojrzała na regaty z innej
strony i zobaczyła co sternikowi przeszkadza. Takie
zamiany już nam się zdarzały, ale nie jest to częste.
Teraz mogę twierdzić, że poszło nam dobrze, bo poza tym,
że sternik bardzo dobrze sterował, to miał na pokładzie
ogarniętą załogę... ;)
* W zasadzie na kategorię 3 OSR brakuje nam tylko (aż?)
tratwy, resztę wyposażenia mamy. Tylko że uzupełnienie
tego braku nie wchodzi na razie w grę, wypożyczanie
także nie bardzo.
