Ktoś może zapytać,
jaki jest sens opisywać wypad do Jastarni? Właściwie to
sam nie wiem.
Można zapytać dalej: jaki jest sens pływać do Jastarni?
Dla nas jest, raz na rok, raz na dwa lata można się
wybrać. Tak dla totalnego relaksu. W tym roku i tak
bardzo mało pływamy, więc zupełnie bez napinki można się
było wybrać. Mieliśmy ochotę na gyros w znanej nam od
dawna knajpie. Czemu nie rybę? A tak jakoś, w Jastarni
nie chodzimy na rybę.
Tak naprawdę to ten artykuł ma być nie o wypadzie do
Jastarni (chociaż też, raz na rok/dwa to może być
atrakcja) ale raczej o używaniu żagli na kursy pełne.
Na forach obu ciągle spotykam się ze zdaniem, że
pływanie na spinakerze/genakerze jest tylko dla
szaleńców. A tym bardziej bez wspomagaczy typu rolery
czy inne skarpety. Ćwiczyć należy kilka lat, załogę mieć
liczną, to może, ewentualnie...
Szlag mnie trafia jak takie teksty słyszę, bo raz, że to
nieprawda, a dwa, że wypowiadają te zdania (oraz obawy)
żeglarze, którzy tego typu żagli nie spróbowali. Ale
wiedzą na mur-marmur, że jest tak jak mówią.
Zamiast po prostu spróbować i to metodami najprostszymi.
Które przy okazji są najtańsze, ale co tam.
Decyzja o wypadzie zapadła w sumie dopiero w piątek.
Prognozy mówiły, że w sobotę ma być ładnie, w niedzielę
też. Padać miało w nocy pomiędzy. Dla nas ok.
W sobotę nie spieszyliśmy się zbytnio, zabraliśmy z domu
minimalną ilość jedzenia na trasę.
W Górkach wiało całkiem solidnie, więc na sztag, trochę
na wyrost, trafił duży fok. Raz, że warto go czasami
przewietrzyć, dwa, że na kursach pełnych wcale nie jest
gorszy od genui 2, trzy, że przy okazji mieliśmy
przełożyć go do nowego worka pokładowego.
Trochę bez przekonania rozłożyliśmy zewnętrzne szoty i
brasołapki. Na brasy już nam nie starczyło cierpliwości.
Wyszliśmy z przystani o godzinie 11:40, jeszcze na rzece
postawiliśmy grota i zaraz potem foka. Wiało z rufy
kilkanaście węzłów. Wiatr był zmienny co do siły.
Niedługo za torem do PP przywiało zdrowo, bo do 24
węzłów. Założyliśmy dolną sztorcklapę oraz jeden ref na
grocie. Ale wiatr potem siadł. Kręcił i zmieniał się, od
12 do 20 węzłów. Chmury przechodziły. Ogólnie pogoda
była dobra, tylko wiatr tak odkręcał, że prosto na
Jastarnię było zbyt pełno.
Najpierw zrobiliśmy sobie herbatę. Wiatr siadł, wzrósł,
siadł. Myśli o spinakerze oczywiście były, ale bez
nacisku. Najpierw założyłem jeden brakujący bras. Wiatr
wzrósł do 20 węzłów. Potem zmalał, potem odkręcił, potem
wrócił. Wypiliśmy herbatę, zdjęliśmy ref na grocie,
wyjęliśmy sztorcklapę.
Założyliśmy drugi bras. Przerzuciliśmy fał na drugą
burtę. Wtedy okazało się, że już jest Gdynia, wiatr
siadł znowu, odkręcił znowu. Minęliśmy statek badawczy
(pomiarowy?) Amber Agatha, zobaczyliśmy na AIS-ie gdzie
płyną różne znajome jachty, zrobiliśmy zwrot przez rufę.
Wpiąłem w reling małego spinakera (co zajmuje może
minutę) i wspólnie go postawiliśmy (nie włączając
autopilota), co zajęło może drugą minutę.
Spinaker zapalił, został wstępnie ustawiony. Asia poszła
na dziób i ściągnęła foka. Oczywiście wtedy wiatr wzrósł
do 17-18 węzłów, ale wiał idealnie dla kursu na
Jastarnię. Pełny baksztag prawego halsu, piękna pogoda,
duża prędkość i kurs prosto na port.
Spinaker mały, bo widocznie, przez lekturę „forumów”,
zrobiłem się strachliwy? A może po prostu szkoda nam
dużego na niepewne warunki?
Genaker z założenia odpadał, był zbyt pełny kurs.
Warto zauważyć, że przyczyną bezpośrednią postawienia
spinakera była uwaga Asi za sterem: nosz cholera jasna,
do dupy takie żeglowanie (gdy fok zgasł, jacht się
zabujał i trzeba było znów pociągnąć za szot foka, żeby
ten się odkręcił na sztagu - listwy się zaczepiają).
Ze spinakerem jacht płynie bardzo stabilnie, prawie się
nie kołysze, sterowanie to frajda.
Zacząłem Asi opowiadać o tym (kolejny już raz), co się
na forach wypisuje o pływaniu ze spinakerami i
genakerami.
Jastarnia była coraz bliżej. Kurs super, więc
pomyślałem, że zrobię popisowy wjazd na spinakerze do
portu. Tylko po to, żeby mieć argument w dyskusjach,
rzecz jasna.
Ale blisko przed Kaszycą wiatr dość mocno wyostrzył,
odpaść nie bardzo się dało bo po zawietrznej były sieci,
więc z bólem serca i niechętnie spinakera zrzuciliśmy.
Co zajęło może z minutę.
Bo zrzucanie do kabiny jest najszybszą i
najskuteczniejszą metodą likwidowania spinakera. Do tego
robi się to z kokpitu.
Zaraz była Kaszyca, zgłosiłem wejście do portu (to
akurat wyjątkowo bezsensowne i w sumie kłopotliwe dla
małej załogi), zrzuciłem spinakerbom, włączyłem silnik,
wywiesiłem odbijacze, założyłem cumy na dziobie i rufie,
zrzuciłem grota i już był port. Asia sterowała. Bosman
mariny nie odpowiadał przez radio, więc wybraliśmy sobie
miejsce.
Po załatwieniu formalności i przestawieniu się dwa
miejsca dalej pomyśleliśmy o obiedzie.
Nasz ulubiony bar z gyrosem, zakupy owoców. Załoga
zażyczyła sobie Baileysa na wieczór, a życzenia załogi
należy spełniać!
Wróciliśmy na jacht i rozważaliśmy kąpiel. W zasadzie
już chcieliśmy się wykąpać z rufy jachtu w marinie, ale
przeważyła teza, że to może być zbyt krótko.
BTW, echosonda pokazała ponad 7 metrów - Jastarnia jest
głębokim portem.
Poszliśmy na plażę nad pełne morze. Ludzi już nie było
zbyt wiele, woda była super. Potem mieliśmy okazję
obserwowania stadka kilku wron. Właziły do wody, piły
wodę, szukały jedzenia, męczyły się z ogryzkiem. Gadały
ze sobą? Kto wie, może i tak.
Potem na jachcie było coś na kształt podwieczorku, Asia
zasnęła w kokpicie (mamy rewelacyjny kokpit do spania),
była okazja pogadać z właścicielem stojącej obok nas
Granady 38 (Morskie Oko).
Wieczorem pogoda zaczęła się psuć. Po raz kolejny
doceniliśmy zbiornik WC na jachcie. W Jastarni toalety
są zamykane o godzinie 21.
W nocy całkiem mocno wiało i to prosto w rufę. Trochę
padało. Rano ścichło, wiatr się odkręcił.
Po wiosennej pracy przy maszcie nie słychać już stukania
kabli w maszcie. Warto było!
Wyszliśmy jak na nas późno, bo przed godziną 9 i to po
śniadaniu! Dla nas śniadanie przed wyjściem to rzadkość.
Żagle postawiliśmy w porcie (tym razem genua 2). Do
Górek był pełny bajdewind. Wyszło słońce, pogoda zrobiła
się naprawdę fajna. Gładka woda. Wiatr niezbyt silny,
zmienny kierunkowo, zbyt ostry na genakera.
Zrobiliśmy jedną herbatę, potem drugą, potem jakieś
kanapki. Włączyliśmy autopilota. Niedaleko Górek
zobaczyliśmy na wodzie jakiś duży śmieć koloru białego.
Minęliśmy go, ale w końcu zapadła decyzja, że go
wyłowimy. Wiatr był już bardzo słaby, 4-5 węzłów. Ale
jacht kręcił ładnie. Jedno podejście, śmieć okazał się
dużym arkuszem zwiniętej miękkiej pianki.
Bardzo lekki, dość duży. Udało nam się go wyłowić
dopiero za czwartym razem. Bosak tego nie łapał.
Cztery podejścia to słaby wynik, ale czasami i tak bywa.
Nieporozumienia były zabawne, ale w końcu się
sprężyliśmy.
Ostatnią milę zrobiliśmy na silniku bo zdechło.
W marinie oczywiście się wykąpaliśmy (po obiedzie w
Galionie), przy okazji myjąc całą linię wodną jachtu i
pawęż.
A potem trzeba było wracać do domu.