Puchar Obrońców Westerplatte 2014, czyli jak giną informacje...
1.04.2024

O porządkach na stronie Gryfu już było. Nie da się ukryć, że porządki wywołują i refleksje i dalsze porządki.
Trafiłem na dysku na krótki opis regat z tytułu zamieszczony na forum.zegluj.net skromne 10 lat temu.
Przeczytałem o dobrym wyniku z regat i spróbowałem przypomnieć sobie, jaki ten wynik faktycznie był.
Na stronie YKP tych danych nie ma. Tak samo na stronie PZG. Przepadły, jak na większości stron netowych.
Na dysku wyników regat nie mam. Zerknąłem w stary dziennik jachtowy jachtu i tam wynik jest, ale tylko w postaci 2/12 ORC, 2/10 KWR w grupie, 4/31 w KWR generalnie.
To już coś, ale czy da się znaleźć coś więcej? Jest taka teczka w domu, do której kiedyś wrzuciłem hurtem różne papiery związane z regatami. Część wyrzuciłem, ale jednak ręka mi drgnęła i trochę zachowałem.
Poszukałem trochę i jest! IŻ tych regat i wyniki obliczone przez komisję w Excelu. Co prawda nie mam wszystkich wyścigów osobno, układ taki, jakiego nie lubię, ale cóż. Tak było 10 lat temu a ja to tylko wydrukowałem albo dostałem od komisji bezpośrednio w postaci papierowej.
Podziału na grupy w KWR nie udało mi się ustalić. Tak to jest, jak nie ma porządnej listy startowej.
Na jednym i drugim forum odbyła się krótka dyskusja o tych regatach i to się zachowało. Tak samo, jak linki do filmów z youtube, które ciągle jeszcze są dostępne.
Znaczy jeden. (CSB Kanał Żaglowych Łodzi)

Jeszcze uwaga zupełnie z innej strony. W wielu relacjach przewija się motyw kłopotów ze spinakerem i tego, że mamy już wprawę i potrafimy sobie z tym w miarę dobrze radzić. Co wynika właśnie z doświadczeń i przygód właśnie takich, jak w tych regatach. Cóż...

Sama relacja.

Całkiem niedawno wróciłem z regat Puchar Obrońców Westerplatte. Trzydziestych szóstych zresztą.
Regaty zaczęły się w sobotę od wyścigów w Górkach. Miały być dwa krótkie wyścigi w okolicy pławy GW i jeden dłuższy. Jachty spłynęły wyjątkowo punktualnie, komisja regatowa była wyjątkowo wcześnie na miejscu. I czekaliśmy na wiatr. Czekały tak 32 jachty, czyli frekwencja niczego sobie jak na morze. Wiatru nie było, fali nie było, za to było trochę chmur. Chyba kwadrans po terminie startu (miał być o godzinie 11) komisja podała przez radio, że w związku z pogodą, krótkie wyścigi zostają odwołane, a startujemy od razu do wyścigu długiego. Wiatr się pojawił, choć słaby, start został ustawiony a zupełnie z boku, z lewej strony trasy stała sobie boja, która miała być rozprowadzającą.
Zgodnie z instrukcją, należało minąć ją lewą burtą. Czyli w sumie, na logikę, nie należało się nią przejmować. W związku z tym wychodziło, że najlepiej startować z lewej strony linii startu (bo wiatr wiał zdecydowanie z lewej strony), lewym halsem i płynąć w prawo, na najbliższy znak kursowy, którym była stawa pod Sobieszewem (znana dobrze tubylcom).
Koncepcja startu była dobra, gorzej było z wykonaniem. W efekcie złego wykonania byliśmy przy boi za wcześnie, wiatr był słaby, więc pozostało nam (uznałem że to da najmniejsze straty), przebijanie się na lewym halsie przez startujące jachty. Ta w pewnym sensie samobójcza koncepcja wyprowadziła nas na znakomite miejsce wśród startujących jachtów.
Większość jachtów popłynęła prawym halsem w lewo, kilka jachtów, których załogi przeczytały dokładnie instrukcję żeglugi - w prawo, pełnym bajdewindem w kierunku na stawę „Gdańsk Wschód”. To co działo się po lewej stronie trasy, próby okrążania pławy rozprowadzającej, dyskusje radiowe, lepiej pominę milczeniem... Jak już wszyscy się zorientowali gdzie płynąć, stawka mocno się rozciągnęła.
Celna była uwaga z jednego jachtu. Na stwierdzenie radiowe, że naprawdę tej pławy nie trzeba było jakoś specjalnie okrążać, wracać do niej itp., padła riposta „ale oczywiście można było". Gdy wszystko się wyjaśniło, na jachcie prowadzącym stawkę dało się słyszeć zaśpiew „nas nie dogoniat...”.
Co wcale nie okazało się prawdą!
Pełnym bajdewindem, w słabym wietrze dopłynęliśmy na znakomitej pozycji na stawę pod Sobieszewem, zrobiliśmy zwrot i próbowaliśmy płynąć na kolejny znak, pławę MGA. Powoli bo powoli, ale szło. Jachty bardziej z przodu spadały w lewo (była halsówka), my i dwa jachty obok piłowaliśmy mocno, trzymaliśmy się prawej strony trasy i jak się okazało, warto było.
Za to za nami zrobiła się czarna dziura. Wiatr osłabł, a silny prąd (niech ktoś mi powie, że na Zatoce nie ma prądów...) zatrzymywał jachty. W końcu zaczęło wiać, a wiatr lekko odkręcił w prawo. W efekcie my wyszliśmy na pławę jednym halsem, a jachty z przodu musiały się halsować. Szkoda, że na tej pławie komisja skróciła trasę. W efekcie do Górek, pod spinakerami, płynęliśmy już czysto turystycznie. A szkoda, bo przez chwilę wiało ładnie.
Dotarliśmy w końcu do siedziby organizatora na Stogach.
Głodni jak cholera, a tam było naprawdę dobre jedzenie. Żurek, kanapki, sałatki, jajka - wszystko bardzo dobre i ładnie podane.
A potem.. potem były dyskusje i rozmowy. Bardzo fajnie, bo poznałem mammagamma, w ten sposób kolejna znajomość netowa stała się rzeczywistą. Później największa, najbardziej wygadana i złośliwa grupa żeglarzy zebrała się na gościnnym pokładzie Konsala objadając załogę i sprawdzając, jak mocno można dociążyć rufę tego jachtu...
W niedzielę odbyły się dwa wyścigi na Wiśle, między mostem wantowym a Krakowcem.
Komisja wymyśliła nam cztery kółka na tej trasie, a do tego był tylko jeden start (meta pierwszego wyścigu była jednocześnie startem do wyścigu drugiego, dla każdego jachtu liczonego indywidualnie). Start prawie 30 jachtów na wąskiej Wiśle był już sam w sobie ciekawy, ale wtedy jeszcze bardzo słabo wiało. Potem zaczęło się rozwiewać. Żegluga upływała pod znakiem mielizn - kto wjedzie na mieliznę i na jak długo.
Nas to nie spotkało, gdyż z powodu braku brązowych spodni bardzo pilnowałem echosondy i nie wychodziłem zbytnio poza trasę (a i tak kilka razy prawie po trzcinach).
Tym razem załoga dostała nieźle w kość. Zwroty co chwila, stawianie spinakera, genua, ciągle zmiany wiatru, zwroty, porządki ze spinakerem, a potem dwoma. A wiało coraz mocniej, więc już naprawdę nikt się nie nudził.
Mielizna nas nie spotkała choć kilka razy echosonda pokazała mniej niż 2 metry (jacht ma zanurzenie 1,8), za to zdarzyło się to, czego dawno nie było. Wyciągaliśmy spinaker spod balastu, wypinając brasy i wyciągając je osobno spod łódki. Na szczęście obyło się bez strat w sprzęcie i nawet za wiele nie straciliśmy dystansu. Ale było mokro a do tego liny i pokład w farbie antyporostowej... Zaraz po wyścigu popłynęliśmy do Górek (a wiało już całkiem nieźle). Samochodem przyjechaliśmy na zakończenie, poznaliśmy wyniki które bardzo nas zadowoliły. Po zakończeniu, rozdaniu pucharów i losowaniu różnych nagród można było wracać do domu. Wtedy właśnie zaczął padać deszcz.
Jednym słowem - na regatach z pogodą nie było wcale źle :)

Jedyne zdjęcie z regat jakie mam, a nawet nie wiem, kto je zrobił.