O porządkach na stronie Gryfu już było. Nie
da się ukryć, że porządki wywołują i refleksje i dalsze
porządki.
Trafiłem na dysku na krótki opis regat z tytułu zamieszczony
na forum.zegluj.net skromne 10 lat temu.
Przeczytałem o dobrym wyniku z regat i spróbowałem
przypomnieć sobie, jaki ten wynik faktycznie był.
Na stronie YKP tych danych nie ma. Tak samo na stronie PZG.
Przepadły, jak na większości stron netowych.
Na dysku wyników regat nie mam. Zerknąłem w stary dziennik
jachtowy jachtu i tam wynik jest, ale tylko w postaci 2/12
ORC, 2/10 KWR w grupie, 4/31 w KWR generalnie.
To już coś, ale czy da się znaleźć coś więcej? Jest taka
teczka w domu, do której kiedyś wrzuciłem hurtem różne
papiery związane z regatami. Część wyrzuciłem, ale jednak
ręka mi drgnęła i trochę zachowałem.
Poszukałem trochę i jest! IŻ tych regat i wyniki obliczone
przez komisję w Excelu. Co prawda nie mam wszystkich
wyścigów osobno, układ taki, jakiego nie lubię, ale cóż. Tak
było 10 lat temu a ja to tylko wydrukowałem albo dostałem od
komisji bezpośrednio w postaci papierowej.
Podziału na grupy w KWR nie udało mi się ustalić. Tak to
jest, jak nie ma porządnej listy startowej.
Na jednym i drugim forum odbyła się krótka dyskusja o tych
regatach i to się zachowało. Tak samo, jak linki do filmów z
youtube, które ciągle jeszcze są dostępne.
Znaczy jeden. (CSB
Kanał Żaglowych Łodzi)
Jeszcze uwaga zupełnie z innej strony. W wielu relacjach
przewija się motyw kłopotów ze spinakerem i tego, że mamy
już wprawę i potrafimy sobie z tym w miarę dobrze radzić. Co
wynika właśnie z doświadczeń i przygód właśnie takich, jak w
tych regatach. Cóż...
Sama relacja.
Całkiem niedawno wróciłem z regat Puchar Obrońców
Westerplatte. Trzydziestych szóstych zresztą.
Regaty zaczęły się w sobotę od wyścigów w Górkach. Miały być
dwa krótkie wyścigi w okolicy pławy GW i jeden dłuższy.
Jachty spłynęły wyjątkowo punktualnie, komisja regatowa była
wyjątkowo wcześnie na miejscu. I czekaliśmy na wiatr.
Czekały tak 32 jachty, czyli frekwencja niczego sobie jak na
morze. Wiatru nie było, fali nie było, za to było trochę
chmur. Chyba kwadrans po terminie startu (miał być o
godzinie 11) komisja podała przez radio, że w związku z
pogodą, krótkie wyścigi zostają odwołane, a startujemy od
razu do wyścigu długiego. Wiatr się pojawił, choć słaby,
start został ustawiony a zupełnie z boku, z lewej strony
trasy stała sobie boja, która miała być rozprowadzającą.
Zgodnie z instrukcją, należało minąć ją lewą burtą. Czyli w
sumie, na logikę, nie należało się nią przejmować. W związku
z tym wychodziło, że najlepiej startować z lewej strony
linii startu (bo wiatr wiał zdecydowanie z lewej strony),
lewym halsem i płynąć w prawo, na najbliższy znak kursowy,
którym była stawa pod Sobieszewem (znana dobrze tubylcom).
Koncepcja startu była dobra, gorzej było z wykonaniem. W
efekcie złego wykonania byliśmy przy boi za wcześnie, wiatr
był słaby, więc pozostało nam (uznałem że to da najmniejsze
straty), przebijanie się na lewym halsie przez startujące
jachty. Ta w pewnym sensie samobójcza koncepcja wyprowadziła
nas na znakomite miejsce wśród startujących jachtów.
Większość jachtów popłynęła prawym halsem w lewo, kilka
jachtów, których załogi przeczytały dokładnie instrukcję
żeglugi - w prawo, pełnym bajdewindem w kierunku na stawę
„Gdańsk Wschód”. To co działo się po lewej stronie trasy,
próby okrążania pławy rozprowadzającej, dyskusje radiowe,
lepiej pominę milczeniem... Jak już wszyscy się zorientowali
gdzie płynąć, stawka mocno się rozciągnęła.
Celna była uwaga z jednego jachtu. Na stwierdzenie radiowe,
że naprawdę tej pławy nie trzeba było jakoś specjalnie
okrążać, wracać do niej itp., padła riposta „ale oczywiście
można było". Gdy wszystko się wyjaśniło, na jachcie
prowadzącym stawkę dało się słyszeć zaśpiew „nas nie
dogoniat...”.
Co wcale nie okazało się prawdą!
Pełnym bajdewindem, w słabym wietrze dopłynęliśmy na
znakomitej pozycji na stawę pod Sobieszewem, zrobiliśmy
zwrot i próbowaliśmy płynąć na kolejny znak, pławę MGA.
Powoli bo powoli, ale szło. Jachty bardziej z przodu spadały
w lewo (była halsówka), my i dwa jachty obok piłowaliśmy
mocno, trzymaliśmy się prawej strony trasy i jak się
okazało, warto było.
Za to za nami zrobiła się czarna dziura. Wiatr osłabł, a
silny prąd (niech ktoś mi powie, że na Zatoce nie ma
prądów...) zatrzymywał jachty. W końcu zaczęło wiać, a wiatr
lekko odkręcił w prawo. W efekcie my wyszliśmy na pławę
jednym halsem, a jachty z przodu musiały się halsować.
Szkoda, że na tej pławie komisja skróciła trasę. W efekcie
do Górek, pod spinakerami, płynęliśmy już czysto
turystycznie. A szkoda, bo przez chwilę wiało ładnie.
Dotarliśmy w końcu do siedziby organizatora na Stogach.
Głodni jak cholera, a tam było naprawdę dobre jedzenie.
Żurek, kanapki, sałatki, jajka - wszystko bardzo dobre i
ładnie podane.
A potem.. potem były dyskusje i rozmowy. Bardzo fajnie, bo
poznałem mammagamma, w ten sposób kolejna znajomość netowa
stała się rzeczywistą. Później największa, najbardziej
wygadana i złośliwa grupa żeglarzy zebrała się na gościnnym
pokładzie Konsala objadając załogę i sprawdzając, jak mocno
można dociążyć rufę tego jachtu...
W niedzielę odbyły się dwa wyścigi na Wiśle, między mostem
wantowym a Krakowcem.
Komisja wymyśliła nam cztery kółka na tej trasie, a do tego
był tylko jeden start (meta pierwszego wyścigu była
jednocześnie startem do wyścigu drugiego, dla każdego jachtu
liczonego indywidualnie). Start prawie 30 jachtów na wąskiej
Wiśle był już sam w sobie ciekawy, ale wtedy jeszcze bardzo
słabo wiało. Potem zaczęło się rozwiewać. Żegluga upływała
pod znakiem mielizn - kto wjedzie na mieliznę i na jak
długo.
Nas to nie spotkało, gdyż z powodu braku brązowych spodni
bardzo pilnowałem echosondy i nie wychodziłem zbytnio poza
trasę (a i tak kilka razy prawie po trzcinach).
Tym razem załoga dostała nieźle w kość. Zwroty co chwila,
stawianie spinakera, genua, ciągle zmiany wiatru, zwroty,
porządki ze spinakerem, a potem dwoma. A wiało coraz
mocniej, więc już naprawdę nikt się nie nudził.
Mielizna nas nie spotkała choć kilka razy echosonda pokazała
mniej niż 2 metry (jacht ma zanurzenie 1,8), za to zdarzyło
się to, czego dawno nie było. Wyciągaliśmy spinaker spod
balastu, wypinając brasy i wyciągając je osobno spod łódki.
Na szczęście obyło się bez strat w sprzęcie i nawet za wiele
nie straciliśmy dystansu. Ale było mokro a do tego liny i
pokład w farbie antyporostowej... Zaraz po wyścigu
popłynęliśmy do Górek (a wiało już całkiem nieźle).
Samochodem przyjechaliśmy na zakończenie, poznaliśmy wyniki
które bardzo nas zadowoliły. Po zakończeniu, rozdaniu
pucharów i losowaniu różnych nagród można było wracać do
domu. Wtedy właśnie zaczął padać deszcz.
Jednym słowem - na regatach z pogodą nie było wcale źle :)
Jedyne zdjęcie z regat jakie mam, a nawet nie wiem, kto je
zrobił.
