Który to już raz?
W tych regatach wystartowałem pierwszy raz jako
sternik w roku 2003. W roku 2002 jako załogant? Nie
pamiętam, to było dawno temu.
Od roku 2003 nie było nas na trasie tylko raz, gdy z
powodu siły wyższej meta regat musiała być w Sopocie i
byliśmy statkiem komisji na mecie. Żałowaliśmy, ale
cóż.
Pallas i Czarodziejka przeorały tę trasę. Bywało
bardzo różnie. Górny rekord, jeszcze na Pallasie, to
prawie 25 godzin na wodzie. Ale bywało też sztormowo,
czasami bardzo. Nigdy się nie wycofaliśmy, choć dwa
razy było to rozważane. Raz na Pallasie w sztormowym
wietrze, który uderzył z dużą siłą (do 34 węzłów) w
pysk gdy nam zostało do pławy WŁA jeszcze 5 mil
ciężkiej halsówki.
Nie chodzi o to, że było ciężko. Powiedziałem załodze,
że nie mamy żadnych szans na dobry wynik, bo duże
jachty poszły z wiatrem i nic już nie da się zrobić. W
związku z tym, czy na pewno chcą płynąć? Chcieli.
Ukończyliśmy te regaty jako najmniejszy jacht, który
się nie wycofał, gdy wiele zrezygnowało.
Drugi raz rok temu, po koszmarnej ciszy na starcie i
stracie 2 godzin do czołówki - został nam „mecz o
honor”.
Bywały na trasie mgły, deszcz, księżyc albo czarna
noc. Bywało płasko i bywały bardzo duże fale. Mijanki
w nocy z innymi jachtami na metry. Był wypięty z obu
brasów spinaker łopoczący pod topem masztu gdy wiatr
znosił nas na bardzo bliski brzeg. Było przytarcie
balastem o mieliznę gdy pędziliśmy pod spinakerem
prawie po plaży z duszą na ramieniu. Było pływanie bez
pokładowej elektroniki, tylko z GPS-em.
Było oskarżenie nas przez jednego konkurenta, że na
pewno używaliśmy silnika, bo niemożliwe, żeby tak
małym jachtem (Pallasem) tak szybko przypłynąć. Moja
satysfakcja, gdy zauważyłem, że my w ogóle nie mamy
silnika, była bezcenna...
Było zaparkowanie w nocy pod Jastarnią zupełnie bez
wiatru, zbyt blisko brzegu, gdy obserwowaliśmy jak
jachty dalej od brzegu płyną z prądem, gdy my stoimy
jak przymurowani do dna.
Było rzucenie kotwicy koło pławy WŁA, gdy prąd zaczął
nas cofać i to wprost na pławę.
Było... wiele.
Od samego początku są to moje ulubione regaty. Bo są
bardzo trudne taktycznie, bo naprawdę nie wiadomo,
jakie będą warunki na trasie, jaki prąd, wiatr,
odkrętki, fale. To jest ciekawe. I inne. Poza tym w
nocy pływa się inaczej, a wszystkie koty są czarne.
Lubię koty, także czarne.
Czyli wszystko już było, więc po co? Nie lepiej pospać
w domu?
Oczywiście płyniemy. Nauczeni doświadczeniem
staraliśmy się płynąć w trzy osoby, ale się nie udało.
Szkoda, bo tracimy na tym. Dwie osoby to trochę mało,
żeby sprawnie wykonywać manewry i żeby maksymalnie
wykorzystać możliwości jachtu i żagli, gdy wieje ciut
więcej.
To pierwszy błąd, a raczej brak przygotowania.
Drugi problem to oczywiście obowiązki organizatora. To
zawsze rozprasza i przeszkadza, choć od kilku lat
wszystko niemal dzieje się „automagicznie”. Ale nie do
końca.
Do Gdyni docieramy przed godziną 15 i to była właściwa
pora. Idziemy na pierogi i zamawiamy je też na wynos
na regaty. Dozbrajamy jacht w liny, bo oczywiście w
Górkach zabrakło czasu. Pada. Ostatnie przygotowania.
Czas wychodzić z portu. Ponieważ stoimy w
czterojachtowej tratwie, poganiamy tych dalej od kei a
nas pogania ten bliżej kei.
Komisja, być może po zeszłorocznym doświadczeniu (ale
wtedy nie było wiatru!) wywozi nas dość daleko od
Gdyni. Linia startu jest długa, bo w pierwszym
pakiecie startuje blisko 40 jachtów. My startujemy
później, już w mniejszej grupie.
Wiatromierz z dobrze skalibrowanym logiem mówi nam, że
trzeba startować przy pinie.
Oczywiście to można wiedzieć i bez wiatromierza, ale
wtedy jest trudniej to ustalić, dłużej się to ustala i
mniej dokładnie zna się kąty wiatru, a zmiana wiatru
przed samym startem jest trudniej uchwytna.
Obserwujemy start poprzedników.
Ale jeszcze o żaglach. Prognozy pogody były różne na
wieczór i noc. Niebo jest zachmurzone, ma padać i
całkiem mocno może powiać wieczorem, za to potem wiatr
ma być słaby. Ile ma powiać, to już prognozy mówiły
różnie.
Tym razem szykujemy dużą genuę, wychodząc z założenia,
że nawet jak na baksztagu przywieje mocno, to
przetrwamy. Gdy przywieje na krótkim odcinku do
rozprowadzającej, to też przetrwamy. Za to zmiana
żagla po drodze to strata czasu i wysiłek.
Często wybór żagli jest u nas nietrafiony, ale tym
razem wyszło dobrze.
Coraz bardziej się przekonuję, że prognozy pogody to
tylko sugestia.
Startujemy najlepiej z naszej klasy, ale to wcale nie
znaczy, że dobrze. Za daleko od pinu, za wolno i
niepotrzebnie na prawym halsie.
Niemniej jednak jest dobrze. Za rozprowadzającą jest
żużel do Helu. Czekamy, zerkamy na wiatromierz. Wiatr
lekko odkręca, nie jest zbyt silny, czas na genaker.
Cóż, trochę nam nie wyszło, kompromitująca pomyłka,
widocznie z genakerem każde z nas musiało to
przerobić.
Rzucam się jak tygrys do żagla, zrzucamy genakera,
szybkie przygotowanie w zejściówce kabiny i w górę.
Pracuje, jest wszystko ok, ale ja dyszę chwilę jak
parowóz.
Dobre kilka mil lecimy na genakerze, ale niewiele
jachtów na to się decyduje.
Zaczyna padać, wiatr rośnie i powoli wyostrza. W końcu
decyzja o zrzuceniu. Do Helu zostało kilka mil. Wiatr
jeszcze rośnie, ale nam najwięcej powiało trochę ponad
16 węzłów. Gorzej że pada, momentami mocno.
Jestem zły na siebie, że nie założyłem szkieł
kontaktowych. Ale i w okularach da się płynąć.
Okrążamy półwysep powoli ostrząc. Wiatr jest już
wyraźnie słabszy, ale nasza trasa chyba była dobra.
Blisko brzegu, ale nie za blisko. Oczywiście echosonda
jest bezcenna. Zaczynamy halsować trzymając się dość
blisko brzegu. Asia schodzi pod pokład trochę się
przebrać. Nie mamy aktualnie dobrych sztormiaków i to
na pewno problem i rzecz do zmiany. Potem jeszcze
okazało się, że w tym roku na jacht w ogóle nie
trafiły nasze ocieplane spodnie sztormiakowe - to już
duża wpadka.
Halsujemy starając się wycisnąć jak najwięcej.
Oglądamy jachty wokół, zerkamy czasami na AIS, czasami
na tracking, wysyłając pod jego adresem dość brzydkie
komentarze.
Jeżeli kurs na ostro prowadzi nas prawie na brzeg, to
każdy zwrot w prawo to duża strata. Idziemy swoje
widząc, że jachty za nami odpuszczają.
Ponieważ wiatr jest dość słaby, Asia może siedzieć w
zejściówce, już w suchych ciuchach. Cały czas
kontrolujemy sytuację. Droga nam się nie dłuży. Deszcz
maleje, noc jest jasna mimo chmur. Gdy za kilka godzin
przestanie całkiem padać to noc zrobi się bajkowo
jasna. We wrześniu!

Czas na herbatę! Nie mamy na jachcie termosu, nasza
kuchenka spirytusowa sprawdza się znakomicie od lat.
Pilnujemy się, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu,
gdzie wiatr jest słabszy. Prąd też, ale prąd i tak nie
jest zbyt silny, więc przestajemy go brać pod uwagę
jako ważny czynnik.
W kabinie świeci
czerwona lampka, czerwona dioda oświetla kompas, na
czerwono podświetlona jest elektronika.
Ploter w kabinie jest przyciemniony, zerkam na top
na naszą nową lampę. Pięknie oświetla wiatrak
wiatromierza, nawet próbujemy zrobić zdjęcie.
Przed Kuźnicą płyniemy niemal prosto na pławę, gdy
wiatr cichnie dość mocno i odkręca w lewo jeszcze
mocniej.
Uuuuu, czeka nas długa halsówka, do szybszych jachtów
to duża strata, ale nic nie da się zrobić.
Na zdjęciu skupiona załoga.

Wiatr głowy nie urywał.

Wiatr siada do kilku węzłów, czasami nawet poniżej
czterech. Woda jest gładka i nasza genua sobie radzi.
Za to wiatr zmienia kierunek dość nagle i mocno, więc
trzeba się w to wpasować. Zakładam słusznie, że wiatr
nie pójdzie dalej w lewo lub w prawo a raczej będzie
oscylował. I to się sprawdza, tak docieramy do pławy.
Jest trzecia w nocy.
Trochę późno. Czy tam można było halsować lepiej?
Zawsze można halsować lepiej! Czy warto było iść w
morze? Myślę, że nie. Ale kto to wie na pewno...
Szykujemy spinaker. Fał jest na złej stronie, ale
przeciąganie go na drugą burtę w nocy w słabym wietrze
uznaję za nieopłacalne. Kilka jachtów jest bardzo
blisko.
Spinaker stawiamy na prawej burcie, co kieruje nas po
pławie w morze.
Należało od razu zrobić przebrasowanie, ale mamy inne
zajęcia i robimy zwrot po dobrych kilku minutach.
Widać na trackingu, że to była strata. Nie jakaś
wielka, ale ziarnko do ziarnka...
Słaby fordewind to wiatr na spinaker. Skupiamy się,
choć czas na kilka pierogów i herbatę się znalazł.
Noc jest piękna. Widać dużo jachtów za nami a te przed
nami są coraz bliżej. Nie mówię o dużych, które na
baksztagu odleciały bardzo daleko.
Staramy się skracać trasę, wiatr kręci dalej, ale nie
aż tak bardzo. Na początku nie udaje nam się dobrze
wpasować w zmiany, ale potem idzie nam lepiej.
Tracking pokazał, że zrobiliśmy na tym odcinku siedem
przebrasowań.
Świta, co zawsze cieszy.

Doganiamy kilka jachtów, nawet wyprzedzamy. Przy nas
dogoniony IRS robi zwrot i odchodzi w morze. Wygląda
to na początku nieopłacalnie, ale po pewnym czasie widać,
że rusza wyraźnie szybciej. Inaczej niż w zeszłym roku
nie trwamy przy swoim tylko zmieniamy hals i także
ruszamy dalej od brzegu. Tam wieje trochę mocniej.
Wiatr kręci, ale przymierzamy się do okrążenia cypla.
Prowadzą nas prywatne waypointy, które mówią, kiedy
zrobić ostatnie przebrasowanie.
Potem zawsze jest dylemat, jaki obrać tor wokół
półwyspu, na ile podejść do brzegu skracając trasę,
ale wchodząc w słabszy wiatr i wcześniej zrzucając
spinakera niż przy dalszym łuku. Gdzieś jest minimum
tej funkcji, ale gdzie?
Potem robi się spokojniej. Wiatr rośnie do 8-10 węzłów
i ruszamy prosto na metę. Asia siada na balaście. Jak
widać, ciągle nam się chce.
Po drodze niespokojnie zerkamy na statki, które mogą
nam przeszkodzić w przejściu toru wodnego. Ale tym
razem mamy szczęście. Jeden statek schodzi z toru za
nami i jak się okazuje, czeka na wyjście promu. Drugi
trochę dalej wyraźnie zwalnia i zostaje z tyłu.
Zbliżamy się do portu i wychodzący prom przez chwilę
celuje prosto na nas, ale niezbyt się tym przejmujemy
będąc już poza torem. Chociaż...
Tym razem było bezkonfliktowo, ale nie zawsze tak
bywa.
Zbliżamy się do mety, wieje pełny bajdewind. Wiatr
siada wyraźnie, do 6-5 węzłów, momentami mniej, ale
ciągle płyniemy. Wejście na metę było stresujące i
jednak długie, jachty z tyłu podgoniły, my
podgoniliśmy te z przodu. Choć wiatr się wypełnia, to
nie próbujemy nawet stawiać genakera. Obowiązuje brak
ruchu na pokładzie i pełne skupienie na żaglach.
W końcu meta - można płynąć do domu. Zapisujemy w
dzienniku czas mety, tak samo jak wcześniej czas na
WŁA.
Teraz trzeba czekać kiedy wpłyną pozostałe jachty,
które mogą z nami wygrać.
To jest właśnie ciekawe w przelicznikach, że do
ostatniego jachtu wyniki mogą się zmienić. Są emocje!
A w grupach open co? Pierwszy wpłynął, reszta już
nikogo nie interesuje.
Robimy trochę porządków, herbatę z sokiem, ale po
pewnym czasie spinaker idzie w górę i do Górek ruszamy
szybciej. Dopiero wtedy na autopilocie.

Wyniki
i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfa.