GWG 2025 czyli czemu warto(?) się męczyć
9.09.2025

Który to już raz? W tych regatach wystartowałem pierwszy raz jako sternik w roku 2003. W roku 2002 jako załogant? Nie pamiętam, to było dawno temu.
Od roku 2003 nie było nas na trasie tylko raz, gdy z powodu siły wyższej meta regat musiała być w Sopocie i byliśmy statkiem komisji na mecie. Żałowaliśmy, ale cóż.
Pallas i Czarodziejka przeorały tę trasę. Bywało bardzo różnie. Górny rekord, jeszcze na Pallasie, to prawie 25 godzin na wodzie. Ale bywało też sztormowo, czasami bardzo. Nigdy się nie wycofaliśmy, choć dwa razy było to rozważane. Raz na Pallasie w sztormowym wietrze, który uderzył z dużą siłą (do 34 węzłów) w pysk gdy nam zostało do pławy WŁA jeszcze 5 mil ciężkiej halsówki.
Nie chodzi o to, że było ciężko. Powiedziałem załodze, że nie mamy żadnych szans na dobry wynik, bo duże jachty poszły z wiatrem i nic już nie da się zrobić. W związku z tym, czy na pewno chcą płynąć? Chcieli. Ukończyliśmy te regaty jako najmniejszy jacht, który się nie wycofał, gdy wiele zrezygnowało.
Drugi raz rok temu, po koszmarnej ciszy na starcie i stracie 2 godzin do czołówki - został nam „mecz o honor”.
Bywały na trasie mgły, deszcz, księżyc albo czarna noc. Bywało płasko i bywały bardzo duże fale. Mijanki w nocy z innymi jachtami na metry. Był wypięty z obu brasów spinaker łopoczący pod topem masztu gdy wiatr znosił nas na bardzo bliski brzeg. Było przytarcie balastem o mieliznę gdy pędziliśmy pod spinakerem prawie po plaży z duszą na ramieniu. Było pływanie bez pokładowej elektroniki, tylko z GPS-em.
Było oskarżenie nas przez jednego konkurenta, że na pewno używaliśmy silnika, bo niemożliwe, żeby tak małym jachtem (Pallasem) tak szybko przypłynąć. Moja satysfakcja, gdy zauważyłem, że my w ogóle nie mamy silnika, była bezcenna...
Było zaparkowanie w nocy pod Jastarnią zupełnie bez wiatru, zbyt blisko brzegu, gdy obserwowaliśmy jak jachty dalej od brzegu płyną z prądem, gdy my stoimy jak przymurowani do dna.
Było rzucenie kotwicy koło pławy WŁA, gdy prąd zaczął nas cofać i to wprost na pławę.
Było... wiele.

Od samego początku są to moje ulubione regaty. Bo są bardzo trudne taktycznie, bo naprawdę nie wiadomo, jakie będą warunki na trasie, jaki prąd, wiatr, odkrętki, fale. To jest ciekawe. I inne. Poza tym w nocy pływa się inaczej, a wszystkie koty są czarne. Lubię koty, także czarne.

Czyli wszystko już było, więc po co? Nie lepiej pospać w domu?

Oczywiście płyniemy. Nauczeni doświadczeniem staraliśmy się płynąć w trzy osoby, ale się nie udało.
Szkoda, bo tracimy na tym. Dwie osoby to trochę mało, żeby sprawnie wykonywać manewry i żeby maksymalnie wykorzystać możliwości jachtu i żagli, gdy wieje ciut więcej.

To pierwszy błąd, a raczej brak przygotowania.
Drugi problem to oczywiście obowiązki organizatora. To zawsze rozprasza i przeszkadza, choć od kilku lat wszystko niemal dzieje się „automagicznie”. Ale nie do końca.

Do Gdyni docieramy przed godziną 15 i to była właściwa pora. Idziemy na pierogi i zamawiamy je też na wynos na regaty. Dozbrajamy jacht w liny, bo oczywiście w Górkach zabrakło czasu. Pada. Ostatnie przygotowania. Czas wychodzić z portu. Ponieważ stoimy w czterojachtowej tratwie, poganiamy tych dalej od kei a nas pogania ten bliżej kei.
Komisja, być może po zeszłorocznym doświadczeniu (ale wtedy nie było wiatru!) wywozi nas dość daleko od Gdyni. Linia startu jest długa, bo w pierwszym pakiecie startuje blisko 40 jachtów. My startujemy później, już w mniejszej grupie.
Wiatromierz z dobrze skalibrowanym logiem mówi nam, że trzeba startować przy pinie.
Oczywiście to można wiedzieć i bez wiatromierza, ale wtedy jest trudniej to ustalić, dłużej się to ustala i mniej dokładnie zna się kąty wiatru, a zmiana wiatru przed samym startem jest trudniej uchwytna.

Obserwujemy start poprzedników.
Ale jeszcze o żaglach. Prognozy pogody były różne na wieczór i noc. Niebo jest zachmurzone, ma padać i całkiem mocno może powiać wieczorem, za to potem wiatr ma być słaby. Ile ma powiać, to już prognozy mówiły różnie.

Tym razem szykujemy dużą genuę, wychodząc z założenia, że nawet jak na baksztagu przywieje mocno, to przetrwamy. Gdy przywieje na krótkim odcinku do rozprowadzającej, to też przetrwamy. Za to zmiana żagla po drodze to strata czasu i wysiłek.
Często wybór żagli jest u nas nietrafiony, ale tym razem wyszło dobrze.
Coraz bardziej się przekonuję, że prognozy pogody to tylko sugestia.

Startujemy najlepiej z naszej klasy, ale to wcale nie znaczy, że dobrze. Za daleko od pinu, za wolno i niepotrzebnie na prawym halsie.
Niemniej jednak jest dobrze. Za rozprowadzającą jest żużel do Helu. Czekamy, zerkamy na wiatromierz. Wiatr lekko odkręca, nie jest zbyt silny, czas na genaker.
Cóż, trochę nam nie wyszło, kompromitująca pomyłka, widocznie z genakerem każde z nas musiało to przerobić.
Rzucam się jak tygrys do żagla, zrzucamy genakera, szybkie przygotowanie w zejściówce kabiny i w górę.
Pracuje, jest wszystko ok, ale ja dyszę chwilę jak parowóz.
Dobre kilka mil lecimy na genakerze, ale niewiele jachtów na to się decyduje.
Zaczyna padać, wiatr rośnie i powoli wyostrza. W końcu decyzja o zrzuceniu. Do Helu zostało kilka mil. Wiatr jeszcze rośnie, ale nam najwięcej powiało trochę ponad 16 węzłów. Gorzej że pada, momentami mocno.
Jestem zły na siebie, że nie założyłem szkieł kontaktowych. Ale i w okularach da się płynąć.
Okrążamy półwysep powoli ostrząc. Wiatr jest już wyraźnie słabszy, ale nasza trasa chyba była dobra. Blisko brzegu, ale nie za blisko. Oczywiście echosonda jest bezcenna. Zaczynamy halsować trzymając się dość blisko brzegu. Asia schodzi pod pokład trochę się przebrać. Nie mamy aktualnie dobrych sztormiaków i to na pewno problem i rzecz do zmiany. Potem jeszcze okazało się, że w tym roku na jacht w ogóle nie trafiły nasze ocieplane spodnie sztormiakowe - to już duża wpadka.
Halsujemy starając się wycisnąć jak najwięcej. Oglądamy jachty wokół, zerkamy czasami na AIS, czasami na tracking, wysyłając pod jego adresem dość brzydkie komentarze.
Jeżeli kurs na ostro prowadzi nas prawie na brzeg, to każdy zwrot w prawo to duża strata. Idziemy swoje widząc, że jachty za nami odpuszczają.
Ponieważ wiatr jest dość słaby, Asia może siedzieć w zejściówce, już w suchych ciuchach. Cały czas kontrolujemy sytuację. Droga nam się nie dłuży. Deszcz maleje, noc jest jasna mimo chmur. Gdy za kilka godzin przestanie całkiem padać to noc zrobi się bajkowo jasna. We wrześniu!

Czas na herbatę! Nie mamy na jachcie termosu, nasza kuchenka spirytusowa sprawdza się znakomicie od lat.
Pilnujemy się, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, gdzie wiatr jest słabszy. Prąd też, ale prąd i tak nie jest zbyt silny, więc przestajemy go brać pod uwagę jako ważny czynnik.

W kabinie świeci czerwona lampka, czerwona dioda oświetla kompas, na czerwono podświetlona jest elektronika.
Ploter w kabinie jest przyciemniony, zerkam na top na naszą nową lampę. Pięknie oświetla wiatrak wiatromierza, nawet próbujemy zrobić zdjęcie.

Przed Kuźnicą płyniemy niemal prosto na pławę, gdy wiatr cichnie dość mocno i odkręca w lewo jeszcze mocniej.
Uuuuu, czeka nas długa halsówka, do szybszych jachtów to duża strata, ale nic nie da się zrobić.
Na zdjęciu skupiona załoga.

Wiatr głowy nie urywał.

Wiatr siada do kilku węzłów, czasami nawet poniżej czterech. Woda jest gładka i nasza genua sobie radzi. Za to wiatr zmienia kierunek dość nagle i mocno, więc trzeba się w to wpasować. Zakładam słusznie, że wiatr nie pójdzie dalej w lewo lub w prawo a raczej będzie oscylował. I to się sprawdza, tak docieramy do pławy. Jest trzecia w nocy.
Trochę późno. Czy tam można było halsować lepiej? Zawsze można halsować lepiej! Czy warto było iść w morze? Myślę, że nie. Ale kto to wie na pewno...

Szykujemy spinaker. Fał jest na złej stronie, ale przeciąganie go na drugą burtę w nocy w słabym wietrze uznaję za nieopłacalne. Kilka jachtów jest bardzo blisko.
Spinaker stawiamy na prawej burcie, co kieruje nas po pławie w morze.
Należało od razu zrobić przebrasowanie, ale mamy inne zajęcia i robimy zwrot po dobrych kilku minutach. Widać na trackingu, że to była strata. Nie jakaś wielka, ale ziarnko do ziarnka...

Słaby fordewind to wiatr na spinaker. Skupiamy się, choć czas na kilka pierogów i herbatę się znalazł.
Noc jest piękna. Widać dużo jachtów za nami a te przed nami są coraz bliżej. Nie mówię o dużych, które na baksztagu odleciały bardzo daleko.
Staramy się skracać trasę, wiatr kręci dalej, ale nie aż tak bardzo. Na początku nie udaje nam się dobrze wpasować w zmiany, ale potem idzie nam lepiej.
Tracking pokazał, że zrobiliśmy na tym odcinku siedem przebrasowań.
Świta, co zawsze cieszy.

Doganiamy kilka jachtów, nawet wyprzedzamy. Przy nas dogoniony IRS robi zwrot i odchodzi w morze. Wygląda to na początku nieopłacalnie, ale po pewnym czasie widać, że rusza wyraźnie szybciej. Inaczej niż w zeszłym roku nie trwamy przy swoim tylko zmieniamy hals i także ruszamy dalej od brzegu. Tam wieje trochę mocniej.
Wiatr kręci, ale przymierzamy się do okrążenia cypla. Prowadzą nas prywatne waypointy, które mówią, kiedy zrobić ostatnie przebrasowanie.
Potem zawsze jest dylemat, jaki obrać tor wokół półwyspu, na ile podejść do brzegu skracając trasę, ale wchodząc w słabszy wiatr i wcześniej zrzucając spinakera niż przy dalszym łuku. Gdzieś jest minimum tej funkcji, ale gdzie?
Potem robi się spokojniej. Wiatr rośnie do 8-10 węzłów i ruszamy prosto na metę. Asia siada na balaście. Jak widać, ciągle nam się chce.
Po drodze niespokojnie zerkamy na statki, które mogą nam przeszkodzić w przejściu toru wodnego. Ale tym razem mamy szczęście. Jeden statek schodzi z toru za nami i jak się okazuje, czeka na wyjście promu. Drugi trochę dalej wyraźnie zwalnia i zostaje z tyłu. Zbliżamy się do portu i wychodzący prom przez chwilę celuje prosto na nas, ale niezbyt się tym przejmujemy będąc już poza torem. Chociaż...
Tym razem było bezkonfliktowo, ale nie zawsze tak bywa.
Zbliżamy się do mety, wieje pełny bajdewind. Wiatr siada wyraźnie, do 6-5 węzłów, momentami mniej, ale ciągle płyniemy. Wejście na metę było stresujące i jednak długie, jachty z tyłu podgoniły, my podgoniliśmy te z przodu. Choć wiatr się wypełnia, to nie próbujemy nawet stawiać genakera. Obowiązuje brak ruchu na pokładzie i pełne skupienie na żaglach.
W końcu meta - można płynąć do domu. Zapisujemy w dzienniku czas mety, tak samo jak wcześniej czas na WŁA.
Teraz trzeba czekać kiedy wpłyną pozostałe jachty, które mogą z nami wygrać.
To jest właśnie ciekawe w przelicznikach, że do ostatniego jachtu wyniki mogą się zmienić. Są emocje!
A w grupach open co? Pierwszy wpłynął, reszta już nikogo nie interesuje.

Robimy trochę porządków, herbatę z sokiem, ale po pewnym czasie spinaker idzie w górę i do Górek ruszamy szybciej. Dopiero wtedy na autopilocie.

Wyniki i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfa.