Jastarnia 2025, czyli jaskółka na karuzeli
6.08.2025

W zeszłym roku byliśmy w Jastarni raz. Być może tak samo będzie w tym roku, czyli jedna wizyta wystarczy. Czemu akurat Jastarnia? Bo w niedzielę miało mało wiać, więc dłuższa trasa do Górek mogła oznaczać dłuższą pracę silnika.

Wypad miał być totalnie relaksowy. Wyszliśmy z Górek w sobotę dość wcześnie rano, oczywiście bez śniadania, bo szkoda czasu.
Wieje słabo. Za wyjściem są widoczne żółte boje wyznaczające budowę FSRU. Trochę się wyjaśnia ich pozycja w WŻ. Są dwie grupy tych bojek. Jedna mała, blisko wejścia do Górek i znacznie większa czy rozleglejsza grupa dalej, sięgająca prawie do toru wodnego.
Omijamy je i tak już pewnie będzie zawsze. Ponieważ kanapki są ważniejsze, to najpierw robię je dla nas (załoga twierdzi, że zrobione przeze mnie są najlepsze...) a potem stawiamy genakera. Wieje z baksztagu, ale dość słabo i jednak trochę kręci. Baksztag jest na tyle ostry, że właśnie genakera. Znów trochę czasu schodzi na jego ustawieniu, ciągle nie czujemy tego żagla. Bo nie chodzi o to, żeby ten żagiel pracował - to jest łatwo osiągnąć. Chodzi o to, żeby pracował maksymalnie wydajnie - to już nie jest takie łatwe.
W każdym razie po podregulowaniu (ciągle nie wiem, na ile napinać lik przedni - można regulować to halsem i fałem) jacht wyraźnie przyspiesza.
Oceniając prędkość jachtu warto pamiętać, że nasz genaker jest mały (A3). Nie mamy dużego genakera na takie warunki, bo to bez sensu. Odrobinę pełniej płynęlibyśmy na spinakerze.

Na torze do Gdyni spotykamy się ze statkiem, a że wiatr zmalał do 3-4 węzłów, zrzucamy genakera i włączamy silnik. Pogoda dalej jest ładna więc na wysokości „wieży prezydenckiej”, daleko od lądu, zatrzymujemy jacht i decydujemy się na kąpiel. Pierwszy raz wspólnie w tym roku. Woda jest dość przejrzysta, widać jasną plamę balastu. Taka kąpiel to jest to, zwłaszcza w ciepły i prawie bezwietrzny dzień.
Choć w porcie jesteśmy tuż po godzinie 14, okazuje się, że w marinie nie ma już miejsca. Nawet dla takiego malucha jak my. Stajemy przy nabrzeżu w wolnym miejscu, ale po chwili przestawiamy jacht do burty niedużej motorówki. Słusznie, jak się okazuje wieczorem, gdy wraca mały kuter rybacki. To jego miejscówka.
Niemniej jednak marina w zasadzie nie jest nam potrzebna. Wodę mamy, prądu nie potrzebujemy. Pływanie z dużym zapasem energii w akumulatorze jest naprawdę miłe. To nasz trzeci weekend bez ładowania z lądu i dalej mamy mnóstwo zapasu. WC w Jastarni jest i tak osobno płatne, więc właściwie po co nam marina? Zbiornik WC bardzo się przydaje, poza tym obok jest WC w knajpie, do której wieczorem idziemy na piwo (Asia) i lemoniadę (ja).

Ale wcześniej idziemy do bosmana mariny pogadać, potem na obiad, tradycyjnie na znany nam od lat gyros. Ale są także dobre pączki i winogrona do zjedzenia potem na jachcie. Po chwili odpoczynku idziemy najpierw na falochron wschodni, a potem na zachodni. Wcześniej w planach była plaża na pełnym morzu, ale po kąpieli przed portem już tak nas nie ciągnie. Za to wędrujemy po płytkiej wodzie do mola zachodniego, na którym bardzo daaawno nie byłem.

Wracamy na jacht, zbliża się wieczór. Widać mnóstwo jaskółek, które robią nam nad jachtem pokazy akrobacji. Zwinne i sprawne są niesamowicie. Przysiadają co chwila na długim przewodzie nad ośrodkiem obok, ale także na kutrze stojącym obok. Oswoiły się z nami. Asia robi eksperymenty ze zdjęciami przez lornetkę.

Kilka jaskółek siada także na nasz maszt, ale jedna eksperymentuje. Najpierw siada na ramieniu wiatromierza, ale potem na samym wskaźniku wiatru. Kręci się w różne strony razem z nim, co wyraźnie jej się podoba. Bawi się tak dłuższą chwilę dzięki czemu mamy czas zrobić i zdjęcia i film. W końcu odlatuje, ale po chwili wraca na drugą część zabawy.


Film z jaskółką na karuzeli

Rano wstajemy wcześnie i bez śniadania ruszymy do domu. Wiatru nie ma i nie będzie, trudno się mówi.
Cała droga na silniku - to jedno, ale poza tym męczą nas chmary muszek na pokładzie, na okularach, na rekach i ciuchach. Nas to męczy, ale jachtowe pająki będą miały niezłą ucztę wieczorem.
Bardzo lekki wiatr prosto z rufy powoduje, że na pokładzie praktycznie nie ma przewiewu. Woda jest gładka a atmosfera ponura - co nam się podoba.

Dopiero za Helem wiatr lekko odkręca i robi się przyjemniej. Za to zaczyna lekko padać.
W klubie jesteśmy bardzo wcześnie, co ma swoje plusy.