W zeszłym roku
byliśmy w Jastarni raz. Być może tak samo będzie w tym
roku, czyli jedna wizyta wystarczy. Czemu akurat
Jastarnia? Bo w niedzielę miało mało wiać, więc dłuższa
trasa do Górek mogła oznaczać dłuższą pracę silnika.
Wypad miał być totalnie relaksowy. Wyszliśmy z Górek w
sobotę dość wcześnie rano, oczywiście bez śniadania, bo
szkoda czasu.
Wieje słabo. Za wyjściem są widoczne żółte boje
wyznaczające budowę FSRU. Trochę się wyjaśnia ich
pozycja w WŻ. Są dwie grupy tych bojek. Jedna mała,
blisko wejścia do Górek i znacznie większa czy
rozleglejsza grupa dalej, sięgająca prawie do toru
wodnego.
Omijamy je i tak już pewnie będzie zawsze. Ponieważ
kanapki są ważniejsze, to najpierw robię je dla nas
(załoga twierdzi, że zrobione przeze mnie są
najlepsze...) a potem stawiamy genakera. Wieje z
baksztagu, ale dość słabo i jednak trochę kręci.
Baksztag jest na tyle ostry, że właśnie genakera. Znów
trochę czasu schodzi na jego ustawieniu, ciągle nie
czujemy tego żagla. Bo nie chodzi o to, żeby ten żagiel
pracował - to jest łatwo osiągnąć. Chodzi o to, żeby
pracował maksymalnie wydajnie - to już nie jest takie
łatwe.
W każdym razie po podregulowaniu (ciągle nie wiem, na
ile napinać lik przedni - można regulować to halsem i
fałem) jacht wyraźnie przyspiesza.
Oceniając prędkość jachtu warto pamiętać, że nasz
genaker jest mały (A3). Nie mamy dużego genakera na
takie warunki, bo to bez sensu. Odrobinę pełniej
płynęlibyśmy na spinakerze.
Na torze do
Gdyni spotykamy się ze statkiem, a że wiatr zmalał do
3-4 węzłów, zrzucamy genakera i włączamy silnik. Pogoda
dalej jest ładna więc na wysokości „wieży
prezydenckiej”, daleko od lądu, zatrzymujemy jacht
i decydujemy się na kąpiel. Pierwszy raz wspólnie w tym
roku. Woda jest dość przejrzysta, widać jasną plamę
balastu. Taka kąpiel to jest to, zwłaszcza w ciepły i
prawie bezwietrzny dzień.
Choć w porcie jesteśmy tuż po godzinie 14, okazuje się,
że w marinie nie ma już miejsca. Nawet dla takiego
malucha jak my. Stajemy przy nabrzeżu w wolnym miejscu,
ale po chwili przestawiamy jacht do burty niedużej
motorówki. Słusznie, jak się okazuje wieczorem,
gdy wraca mały kuter rybacki. To jego miejscówka.
Niemniej jednak marina w zasadzie nie jest nam
potrzebna. Wodę mamy, prądu nie potrzebujemy. Pływanie z
dużym zapasem energii w akumulatorze jest naprawdę miłe.
To nasz trzeci weekend bez ładowania z lądu i dalej mamy
mnóstwo zapasu. WC w Jastarni jest i tak osobno płatne,
więc właściwie po co nam marina? Zbiornik WC bardzo się
przydaje, poza tym obok jest WC w knajpie, do której
wieczorem idziemy na piwo (Asia) i lemoniadę (ja).
Ale wcześniej idziemy do bosmana mariny pogadać, potem
na obiad, tradycyjnie na znany nam od lat gyros. Ale są
także dobre pączki i winogrona do zjedzenia potem na
jachcie. Po chwili odpoczynku idziemy najpierw na
falochron wschodni, a potem na zachodni. Wcześniej w
planach była plaża na pełnym morzu, ale po kąpieli przed
portem już tak nas nie ciągnie. Za to wędrujemy po
płytkiej wodzie do mola zachodniego, na którym bardzo
daaawno nie byłem.
Wracamy na jacht, zbliża się wieczór. Widać mnóstwo
jaskółek, które robią nam nad jachtem pokazy akrobacji.
Zwinne i sprawne są niesamowicie. Przysiadają co chwila
na długim przewodzie nad ośrodkiem obok, ale także na
kutrze stojącym obok. Oswoiły się z nami. Asia robi
eksperymenty ze zdjęciami przez lornetkę.
Kilka jaskółek
siada także na nasz maszt, ale jedna eksperymentuje.
Najpierw siada na ramieniu wiatromierza, ale potem na
samym wskaźniku wiatru. Kręci się w różne strony razem z
nim, co wyraźnie jej się podoba. Bawi się tak dłuższą
chwilę dzięki czemu mamy czas zrobić i zdjęcia i film. W
końcu odlatuje, ale po chwili wraca na drugą część
zabawy.

Film
z jaskółką na karuzeli
Rano wstajemy wcześnie i bez śniadania ruszymy do domu.
Wiatru nie ma i nie będzie, trudno się mówi.
Cała droga na silniku - to jedno, ale poza tym męczą nas
chmary muszek na pokładzie, na okularach, na rekach i
ciuchach. Nas to męczy, ale jachtowe pająki będą miały
niezłą ucztę wieczorem.
Bardzo lekki wiatr prosto z rufy powoduje, że na
pokładzie praktycznie nie ma przewiewu. Woda jest gładka a
atmosfera ponura - co nam się podoba.
Dopiero za
Helem wiatr lekko odkręca i robi się przyjemniej. Za to
zaczyna lekko padać.
W klubie jesteśmy bardzo wcześnie, co ma swoje plusy.