Poprzednia relacja z
przygotowań do sezonu miała duże szanse, że nie
powstanie.
Poprzednio zimą zrobiłem przy jachcie bardzo mało. To
była dość wyjątkowa sytuacja (tak myślałem) i plany na
tę zimę były bardziej ambitne.
Tylko że jak na razie prace przy jachcie idą słabo, a
jak robię, to nie to, co bym chciał, ale to co muszę.
Przede wszystkim została naprawiona szyna grota, której
wózek tak (nie?)fortunnie rozleciał się w czasie rejsu na Rugię.
W efekcie wyrzuciłem wózek całkiem. Szyna, choć chciałem
ją też wyrzucić, jednak po namyśle została. Sama belka
drewniana mogłaby być za słaba, nie chcę ryzykować. Z
szyną będzie tak samo pancerna jak była, więc to plus.
Na dole belki, na środku szyny jest oczko, przez które
przechodzi zrobiona samodzielnie miękka szekla. Szekla
otacza całą belkę i przechodzi przez bloczek talii grota
(nie ma tam krętlika).
Szekle zrobiłem w dwóch rozmiarach (i jeszcze można je
podregulować) i zobaczymy jak to zadziała.

Oczywiście szyna aluminiowa została wyczyszczona z tych
czarnych śladów.
Druga praca była prosta. Duża czarna genua pojechała do
drobnych napraw do żaglowni. Reszta żagli po
zeszłorocznych naprawach jest ok.
Trzecia praca do wykonania to wymiana organizerów. Raz
ze względu na braki rolek a dwa, z powodu przecieków
dorabianych kiedyś organizerów na lewej stronie kabiny.
Praca wydawała się lekka, łatwa i przyjemna. Same
organizery kupiłem latem. Jednak pojawiły się problemy.
Stare organizery mają szeroki spód w postaci blachy
(szerokość 50 mm) i tylko jedno piętro rolek.
Nowe są znacznie węższe, do tego są piętrowe (czyli
jedna na drugiej). Do tego śruby mają mniejsze średnice
(w starych to były M8, w nowych są M6). W efekcie, po
namyśle, zamówiłem pod każdą parę podkładki stalowe
szerokości 50 mm, żeby poprawić rozkład naprężeń w dachu
kabiny.
Siły na niektórych rolkach są bardzo duże, np. na fale
genuy. Do tego wstawiłem większe niż wcześniej podkładki
od środka kabiny
Piętrowe rolki wyglądają na zdjęciach dość dziwnie
(realnie lepiej), ale nie powinny przeszkadzać - po
dachu kabiny nie chodzi się często. Poza tym, po lewej
stronie i tak część rolek była piętrowa, więc niewielka
zmiana.
Stare organizery.

I nowe.

Drobną inwestycją było zamówienie drugiego kompletu
uchwytów garnków do kuchenki.
Jacht kupiłem ze stałym uchwytem do czajnika, drugi
palnik nie miał nic. Brak uchwytów na drugim palniku
szybko zaczął przeszkadzać. Trzymanie patelni z
jajecznicą na fali przedłuża prace w kuchni i jest
ryzykowne - zawartość może spaść na podłogę. Wtedy i
jeść nie ma czego i sprzątać trzeba.
Udało się kupić blokadę na drugi palnik. Ale człek z
czasem robi się wygodny i brak możliwości używania
jednego palnika do czegoś poza czajnikiem też zaczął
przeszkadzać. Okazało się, że takich uchwytów kupić się
nie da, więc zamówiłem dorobienie. Mamy dwa
komplety i jest pięknie. I użytecznie.

Przy okazji napraw okołosilnikowych, czyli w praktyce po
zdjęciu różnych elementów, wróciłem na chwilę do mojej
klątwy, czyli
hydrauliki.
Naprawę silnika wymusiła sytuacja i zrobiła się z tego grubsza operacja.
Potem jeszcze nastąpiło uzupełnienie prac silnikowych.
A potem zapadła decyzja, żeby wymienić akumulator
hotelowy na nowy, już LiFePo4.
To była naprawdę duża praca, opisana w dwóch częściach.
Jeden art. to sam opis prac,
drugi to idea zmian.
Przy okazji prac elektrycznych i niejako w pakiecie,
zrobiłem nowe mocowanie zbiornika paliwa. Teraz jest
odporne nawet na wywrotkę jachtu i wygodniejsze do
tankowania. Żeby zatankować trzeba wysunąć zbiornik spod
kokpitu do bakisty. To zawsze było upierdliwe
(odkręcanie listwy mocującej), teraz jest lepiej (bo nie
ma listwy).
Przecieki z sufitu kabiny były przez mocowanie szyn
suwklapy, głównie lewej. I właśnie lewą szynę
zamontowałem na nowo. Fabryczne rozwiązanie, czyli
przykręcenie szyny od góry przez wkręty okazało się do
bani. W ogóle wkręty są dyskusyjne, w wielu innych
miejscach także. Chcąc rozwiązać problem definitywnie,
przewierciłem otwory na wylot (dwie warstwy laminatu i
przekładka). I na tym prace zostały zatrzymane, bo z
sufitu wylało się całkiem sporo wody. Poczekałem trochę,
chcąc wszystko podsuszyć.
Potem czyszczenie i montaż na dopasowane śruby. Od spodu
na nakrętki nałożyłem plastikowe kapturki i całkiem
nieźle to wygląda. Zimą to samo trzeba zrobić z prawą
szyną.
Potem można było wrócić do silnika. Po latach
zamontowałem nowy termostat. Przy okazji odkręciłem
spust wody z układu chłodzenia i sporo czasu zajęło jego
wyczyszczenie. Nie da się ukryć, że to zaniedbałem.
Silnik czeka jeszcze na sprawdzenie dokręcenia śrub
głowicy i kontrolę luzów zaworowych. Ale to już po
wodowaniu.
Prace przy dnie i balaście przeciągnęły się fatalnie
przez złą pogodę. Deszcz, wiatr i niskie temperatury.
Żeby nie marnować czasu zamontowałem na topie nową
lampę. Stara lampa, kupiona razem z jachtem, pełniła
rolę lampy kotwicznej (prawie nigdy) i silnikowej (też
niezbyt często).
Nowa lampa, kupiona po długim namyśle, to wypasiona
kombinacja lampy trójsektorowej i kotwiczno-silnikowej.
Produkcji Hella Marine, o zasięgu dwóch mil, z sektorami
przedzielonymi pustymi miejscami - akurat na mocowania
wiatromierza i anteny.
Mamy być lepiej widoczni (top masztu jest 12 metrów nad
wodą), lampa ma dużo wytrzymać (stara jednak wymagała
zerkania do niej). Wszystko fajnie, tylko gorzej z
bilansem wagowym. Na topie przybyło pół kilograma i to
jednak boli.
Bilans wagowy wszystkich zmian tej zimy to minus 7,3 kg.
Niewiele, ale po raz pierwszy od lat jacht zrobił się
lżejszy a nie cięższy.
Kolejną pracą, bardzo drobną, ale wymagającą jednak
przygotowań, była wymiana ostatniego odcinka instalacji
uziemienia. Zrobiłem to kiedyś byle jak z braku czasu i
końcówek. Teraz nowy kawałek przewodu, z końcówką na
śrubę M16 (czyli na szpilkę balastu) i nowe koszulki
termo (te już rzeczywiście dobre, z klejem). Poprzednio
zamiast odpowiedniej końcówki był łącznik z blachy
nierdzewnej.

Dalej to już prace przy dnie jachtu. Czemu to także
trafiło na warsztat? Po pierwsze dlatego, że z balastu
odeszła farba w pewnym miejscu i trzeba było coś z tym
zrobić. Poza tym nie byłem pewien stanu dna jachtu po
latach. Po trzecie ileś tam warstw farby antyporostowej
miękkiej domagało się radykalnej naprawy. Po czwarte od
kilku lat był plan przejścia na twardy antyporost, ale
ciągle nie było mocy przerobowych. Trochę żałuję, stan
dna to ważna sprawa nie tylko w regatach, ale naprawdę
trudno zrobić wszystko na raz.
Prace zostały podzielone na dwie części.
Balast zeszlifowaliśmy do gołego żeliwa i po namyśle
postanowiliśmy, po raz pierwszy, wyprowadzić
powierzchnię balastu. A więc malowanie epoksydem dwa
razy a potem szpachlowanie dołków. Szpachlowanie i
szlifowanie. Nie było tego tak bardzo dużo, w sumie
szpachlówkę nakładałem 5 razy, ale na coraz mniejsze
kawałki. Oczywiście można się było z tym bawić jeszcze
miesiąc ale jednak jest lepiej.
Dokładne przyjrzenie się powierzchni wykazało, że balast
ma pewną niesymetrię w dolnej tylnej części.
Nie został idealnie odlany i to też wyrównaliśmy
szpachlówką. Potem kolejne dwie warstwy farby
epoksydowej, potem jej przeszlifowanie na bardziej
gładką i na to twardy antyporost. Podobna operacja na
sterze, który także wcale nie był idealnie symetryczny.
Dno zostało oskrobane skrobakami ze wszystkich warstw
antyporostu aż do farby epoksydowej. To w ogóle nie było
w planach, ale mieliśmy faktycznie przestoje
technologiczne przez złą pogodę.
Drobne odpryski żelkotu zostały starannie zamalowane i
szapachlowane. Poza tym, zrobiliśmy miejsca na dnie,
które nie zostały kiedyś zrobione, bo były wtedy w
miejscu podpór.
Dno, ponieważ nie było tak zrobione jakbym chciał (np.
wyprowadzenie powierzchni dna wokół balastu), zostało
pomalowane antyporostem miękkim, tylko na ten sezon.
Mimo że ten antyporost trochę przeszlifowaliśmy, to
jednak między powierzchnią dna a balastu/steru jest
przepaść.
Przy okazji i przed malowaniem umyliśmy burty kwasem
szczawiowym. To naprawdę działa a kosztuje grosze.
Trzeba jednak mieć rękawiczki i okulary ochronne. Za to
efekt jest!
Jak widać, wodowanie pasem centralnym jest naprawdę
świetne.