Samotnicy 2025, czyli też troszkę dydaktycznie
20.07.2025

Poprzednia relacja z samotników zawiera tak dużo dydaktycznych rad, że chyba wyczerpałem limit na jakiś czas.
Ale troszkę musi być, bo inaczej po co pisać?

Zacznijmy od przygotowań. Ponieważ jacht został zwodowany ponad tydzień przed regatami to jeszcze nie został przeciążony. Ostatnie graty zawiozłem na jacht w piątek, ruszając do Gdyni.
Nauczony poprzednimi doświadczeniami, i mając taką możliwość w systemie SOR, wydrukowałem sobie na papierze(!) trasy regat.
Woda w zbiorniku była, dwie kanapki na cały dzień na wyścig (zrobione rano po śniadaniu), zgrzewka mineralnej (poszły w sumie 4 butelki przez 3 dni). Do tego ileś tam kubków herbaty i kawa dla gościa w piątek.
Żagle przygotowane, fał i brasy na właściwej stronie, ochraniacze na kolana (używam od kilku lat, świetna rzecz).

Start o godzinie 10. Start jest z wiatrem (ostry baksztag), wiatr słaby. IŻ zakazuje używania żagli dodatkowych przed sygnałem startu, więc ludzie kombinują różnie. Niektórzy startują na samych grotach i zaraz po sygnale stawiają swoje genakery. Czarodziejka na samym grocie jest powolna, więc po namyśle startuję na grocie i z genuą. Zaraz po starcie zrzucanie genuy i stawianie genakera. Choć idzie dość sprawnie, to jednak nie wiem, czy to była słuszna decyzja. Ale bałem się pchać się w grupkę dużych jachtów od strony pinu mając małą prędkość.

I potem wyszło, że o ile „umiem w spinakery” to w genakery nie bardzo. Płynę i płynę i coś jakby za wolno. Ale że to drugi dzień pływania w sezonie, jacht po liftingu, to odczucia mogą być niesłuszne. Dopiero porównanie z jachtami obok natrętnie mówi, że jest do bani. I faktycznie. Rzucam się do genakera i go reguluję. Szoty, fał, hals.
W efekcie jacht rusza niemal węzeł szybciej. Nosz kurcze, szkoda, że dobre kilkanaście minut zmarnowałem zaraz po starcie.
Teraz będzie pierwszy punkt dydaktyczny w tym opisie.
Genaker wcale nie jest łatwiejszy w prowadzeniu od spinakera. Ludziom tylko się wydaje, że jest dobrze ustawiony. A potem przychodzi fachowiec (nie ja!) i wyciska węzeł więcej.
Minusem genakera (na ostrzejszych kursach, nie na pełnych) jest dodatkowo to, że słabo widać lik przedni z kokpitu, że zasłania kompletnie widok po zawietrznej, że trudno jest dobrać kształt przedniego liku w zależności od siły i kierunku wiatru. Można się tego nauczyć, tak samo jak spinakera, i tak samo długo.
Powszechne przekonanie, że „my dobrze prowadzimy genakera, jest łatwiejszy od spinakera” jest cóż, tylko pobożnym życzeniem.

Jacht się rozpędza, powoli doganiam Mirabelle i Mata, nie ucieka mi Oceanna i PorFavor. Albo niewiele. Ale co straciłem to straciłem.
Potem wiatr coraz bardziej rośnie i lekko ostrzy. Już nie 110 stopni do wiatru, ale 100 i 90, już nie 8 węzłów wiatru ale 14. Zrzucam genakera, ale chyba mogłem powalczyć dłużej, bo potem lekko ścichło. Oczywiście zrzucenie to strata i dystansu i wysokości. Ląduje w kabinie mokry, ale taka jego uroda. Przerzucam genuę na szot zewnętrzny (też wolniej niż normalnie) a sekundy lecą, dostrajam jacht, składam pod pokładem genakera do worka  (składanie żagla to nie jest sport ekstremalny, dwie minuty i gotowe) i łapię za rumpel skupiając się.

BTW, zaraz po starcie pokropiło, ale nawet nie ruszyłem po sztormiak. Sandały na bose nogi, krótkie spodnie, koszulka pod kamizelką (nie używam pneumatycznej) i kapelusz są odporne na deszcz. W miarę krótki...

Wyjątkowo i na torze do Gdyni i koło pławy HEL jest pusto. Okrążam pławę tuż za Mirabelle. Jeszcze nie wiem, że Robert stracił fał genakera i teraz znów postawi genakera na topenancie grota. Jak widać, nie wszyscy szukają pretekstów do wycofania się...

Kurs na pławę NS jest bardzo pełnym baksztagiem. 160-175 stopni do wiatru. Ja jako jedyny w stawce mam spinakera. Stawiam go nawet dość szybko (ale wychodzą drobne wpadki - brak rozruchu daje znać) - wiatr rześki - około 14 węzłów, wychodzi słońce. W sumie pogoda jest boska, zwłaszcza jak na obecny sezon.

To jest to! Prawie 19 mil pełnego kursu. Jachty przede mną i za mną odchodzą w bok a ja lecę prosto na znak. Cieszę się i liczę na to że tak będzie do końca boku. Prawie się sprawdziło.
Oczywiście wiatr po drodze trochę kręci (bo na Bałtyku jedyny stabilny wiatr do szóstka w mordę), więc rumpel w jednej dłoni, szot w drugiej, bras w trzeciej a jeszcze trochę trzeba regulować obciągacz spinakerbomu i brasołapki.
W tym momencie kabestany samoknagujące we właściwym rozmiarze robią dobrze.
Za to knagi brasołapek znów zaczynają  puszczać, więc używam dodatkowo knagi szotowej żeby mi „nie wylatało”.

Jestem z prawej strony trasy i na kursie kolizyjnym z dużą, na oko, motorówką. Potem się okaże, że to statek pomiarowy Iwona i że faktycznie mamy kursy zbieżne. Wywołują mnie przez radio i na ich prośbę ostrzę 10-15 stopni, choć mi to burzy trochę pęd po wygraną... ;) Opływam pomiary i wracam na kurs.

Wiatr momentami cichnie do 10-9 węzłów, potem wraca do 12-14. Mijają godziny i zbliżam się do NS.
Wcześniej słyszę jak straż graniczna wywołuje jacht z naszych regat. Tak po nic...
U mnie pełne skupienie. Achtersztag już wybrany, fał grota także. Stawiam genuę i szykuję się do akcji na pławie. A przy niej płynie łódź naszej dzielnej SG. I wywołuje mnie przez radio. Nosz k...., znowu???
Jestem naprawdę wkurzony, i delikatnie(?) opieprzam ich przez radio, że przeszkadzają w regatach i niech odpłyną. Że jestem w trakcie manewru i nie mam czasu. Odpowiadają, że mam zrobić swoje, poczekają.
Zrzucam spinakera, zrzucam spinakerbom, robię zwrot przez rufę. Potem już spokojnie ogarniam fały i szoty, wkopuję spinakera dalej do kabiny, wpinam w reling fał i brasy. Dopiero jak jest w miarę ogarnięte wywołuję SG. Odpowiadają mi, że mam dalej płynąć w regatach i nawet życzą miłego dnia. Znaczy, chcieli tylko podgadać? Znowu? Czy to nazwa jachtu prowokuje?

Tutaj uwaga i pytanie za sto punktów. Jeżeli widzą na radarze i AIS-ie ileś tam jachtów płynących po sznurku, okrążających boję, to chyba wiadomo, że regaty? Ale nawet jak się nie znają, to przecież organizator jak zawsze, dwa dni wcześniej zawiózł osobiście do kapitanatu w Gdyni info o regatach, listę jachtów, instrukcję żeglugi. Jeżeli to nie dotarło do SG w Górkach i Nowym Świecie, to myślę, że to bardzo, bardzo źle.
A całe nasze meldowanie się do bosmatów i kapitanatów jest jeszcze bardziej bezsensowne.

Tak czy owak, minutę, może kilka, tam straciłem.
Kierunek na NP. Wyciągam moją papierową ściągę i sprawdzam różnicę kursów na NP i metę.
Pełny bajdewind (70, potem 60 stopni do wiatru), co potem to się zobaczy. Żałuję trochę, że nie jest całkiem na ostro, dla mnie byłoby lepiej. Z drugiej strony teraz wszystkim jest szybciej. Jest już popołudnie a do mety daleko, oj daleko.
Wspominam jeszcze rozmowę z SG, schodzę pod pokład założyć polar pod moją kurtko-kamizelkę. Wyciągam drugą kanapkę. Korzystam z WC (to ważna sprawa, jak nie ma kiedy to nie ma kiedy). Fala jest całkiem spora, jacht ładnie się rzuca, wieje około 13-14 węzłów, więc przechył słuszny.
Wredne na tym kursie jest to, że słońce zaczyna świecić w oczy. Zerkam na zegarek. Gdy wiatr trochę słabnie a do NP nie zostało już wiele drogi, szaleję i robię sobie herbatę. Pełny kubek i to z sokiem, no luksus normalnie. Proste radości na jachcie są nie do pobicia! Oczywiście potem wracam do rumpla. Na tym boku przegoniła mnie Oceanna, ale jachtów z tyłu nie widać już w ogóle. Tych z przodu też niewiele, ale doganiam powoli IRS-a.
Za NP zrobiło się ostro na wiatr. Oceanna trochę przede mną (pół mili, może ciut więcej) jeszcze skutecznie rzeźbi na wiatr, ale my i IRS powoli jesteśmy odrzucani w lewo. Widać granicę wiatrów. Wiatr siadł, do 8-9 węzłów, czasami mniej.
Zaczynam się obawiać o wiatr, mijamy Redłowo i wtedy trochę nam przywiało, do 11 węzłów. To miłe!
Siadam prawie na rufę IRS, udało się go dogonić, ale do mety go nie wyprzedzę. Tak myślę. Widać, że bez docinki nie wejdziemy. I wtedy Robert popełnia błąd. Robi zwrot za wcześnie przed GS, odchodzi za daleko w prawo.
Ja wytrzymuję nerwowo spadek siły wiatru pod brzegiem i wchodzę na metę pierwszy (godzina 20:27). Nie ma to w regatach przelicznikowych żadnego znaczenia, wręcz nie należy walczyć bezpośrednio z jachtami (no, czasami tak), ale zawsze miło.

Tym razem, inaczej niż rok temu, i obiecałem zanocować i nie chce mi się płynąć do Górek, więc po mecie wchodzę do Gdyni. O dziwo, są miejsca przy falochronie wschodnim. W sobotę, w środka lata, wieczorem?

Czekamy jeszcze na Mirabelle, która musi halsować na końcówce a potem na Mata II.
Warto zauważyć, że Mat to jacht typu Micro Jumper, więc maleństwo i bez silnika. Można, jak się chce.
Wchodzi do Gdyni już po ciemku, oczywiście na żaglach. Dowiadujemy się, że Amaris dalej płynie i że Janeczka się wycofała. Ale już nie mam siły czekać, padam na koję.

W niedzielę przed godziną 7 obudzili mnie wędkarze. Większe gaduły niż żeglarze?! Zrobiłem herbatę i w sumie pomyślałem, że czas płynąć. Zgodzili się ze mną Robert z Mirabelle i Jacek ze Smoke.
Wyszliśmy po ósmej. Był prawie fordewind, koło Gdyni wiatr dość słaby, więc spinaker poszedł w górę. Bo czemu nie? Płynęło się miło, słońce, rumpel i rozmowa przez telefon. Asia mówi mi, że szybko płynę (widzi na vesselfinder). Zerkam na wiatromierz - nic dziwnego, wieje 18 węzłów. Nawet nie zauważyłem, że tak przywiało. Ale tak to jest, gdy jacht jest dobrze strymowany, spinaker ustawiony. Można, jak się chce. Ponieważ wiatr też trochę wyostrzył, a chciałem jeszcze wysuszyć genuę, to zrzuciłem spinakera. To naprawdę jest wykonalne, nawet jak wieje 16 węzłów. Potem genua w górę, autopilot, złożenie spinakera do worka w kabinie (3 minuty?).

W nagrodę, już w marinie, jak wszystko sklarowałem, wykąpałem się z jachtu pierwszy raz w tym roku.

Zrzut trasy z vesselfinder (część trasy regat i powrót niedzielny do Górek)


Wyniki i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfu.