Poprzednia relacja
z samotników zawiera tak dużo dydaktycznych rad, że
chyba wyczerpałem limit na jakiś czas.
Ale troszkę musi być, bo inaczej po co pisać?
Zacznijmy od przygotowań. Ponieważ jacht został
zwodowany ponad tydzień przed regatami to jeszcze nie
został przeciążony. Ostatnie graty zawiozłem na jacht
w piątek, ruszając do Gdyni.
Nauczony poprzednimi doświadczeniami, i mając taką
możliwość w systemie SOR, wydrukowałem sobie na
papierze(!) trasy regat.
Woda w zbiorniku była, dwie kanapki na cały dzień na
wyścig (zrobione rano po śniadaniu), zgrzewka
mineralnej (poszły w sumie 4 butelki przez 3 dni). Do
tego ileś tam kubków herbaty i kawa dla gościa w
piątek.
Żagle przygotowane, fał i brasy na właściwej stronie,
ochraniacze na kolana (używam od kilku lat, świetna
rzecz).
Start o godzinie 10. Start jest z wiatrem (ostry
baksztag), wiatr słaby. IŻ zakazuje używania żagli
dodatkowych przed sygnałem startu, więc ludzie
kombinują różnie. Niektórzy startują na samych grotach
i zaraz po sygnale stawiają swoje genakery.
Czarodziejka na samym grocie jest powolna, więc po
namyśle startuję na grocie i z genuą. Zaraz po starcie
zrzucanie genuy i stawianie genakera. Choć idzie dość
sprawnie, to jednak nie wiem, czy to była słuszna
decyzja. Ale bałem się pchać się w grupkę dużych
jachtów od strony pinu mając małą prędkość.
I potem wyszło, że o ile „umiem w spinakery” to w
genakery nie bardzo. Płynę i płynę i coś jakby za
wolno. Ale że to drugi dzień pływania w sezonie, jacht
po liftingu, to odczucia mogą być niesłuszne. Dopiero
porównanie z jachtami obok natrętnie mówi, że jest do
bani. I faktycznie. Rzucam się do genakera i go
reguluję. Szoty, fał, hals.
W efekcie jacht rusza niemal węzeł szybciej. Nosz
kurcze, szkoda, że dobre kilkanaście minut zmarnowałem
zaraz po starcie.
Teraz będzie pierwszy punkt dydaktyczny w tym opisie.
Genaker wcale nie jest łatwiejszy w prowadzeniu od
spinakera. Ludziom tylko się wydaje, że jest dobrze
ustawiony. A potem przychodzi fachowiec (nie ja!) i
wyciska węzeł więcej.
Minusem genakera (na ostrzejszych kursach, nie na
pełnych) jest dodatkowo to, że słabo widać lik przedni
z kokpitu, że zasłania kompletnie widok po
zawietrznej, że trudno jest dobrać kształt przedniego
liku w zależności od siły i kierunku wiatru. Można się
tego nauczyć, tak samo jak spinakera, i tak samo
długo.
Powszechne przekonanie, że „my dobrze prowadzimy
genakera, jest łatwiejszy od spinakera” jest cóż,
tylko pobożnym życzeniem.
Jacht się rozpędza, powoli doganiam Mirabelle i Mata,
nie ucieka mi Oceanna i PorFavor. Albo niewiele. Ale
co straciłem to straciłem.
Potem wiatr coraz bardziej rośnie i lekko ostrzy. Już
nie 110 stopni do wiatru, ale 100 i 90, już nie 8
węzłów wiatru ale 14. Zrzucam genakera, ale chyba
mogłem powalczyć dłużej, bo potem lekko ścichło.
Oczywiście zrzucenie to strata i dystansu i wysokości.
Ląduje w kabinie mokry, ale taka jego uroda.
Przerzucam genuę na szot zewnętrzny (też wolniej niż
normalnie) a sekundy lecą, dostrajam jacht, składam
pod pokładem genakera do worka (składanie żagla
to nie jest sport ekstremalny, dwie minuty i gotowe) i
łapię za rumpel skupiając się.
BTW, zaraz po starcie pokropiło, ale nawet nie
ruszyłem po sztormiak. Sandały na bose nogi, krótkie
spodnie, koszulka pod kamizelką (nie używam
pneumatycznej) i kapelusz są odporne na deszcz. W
miarę krótki...
Wyjątkowo i na torze do Gdyni i koło pławy HEL jest
pusto. Okrążam pławę tuż za Mirabelle. Jeszcze nie
wiem, że Robert stracił fał genakera i teraz znów
postawi genakera na topenancie grota. Jak widać, nie
wszyscy szukają pretekstów do wycofania się...
Kurs na pławę NS jest bardzo pełnym baksztagiem.
160-175 stopni do wiatru. Ja jako jedyny w stawce mam
spinakera. Stawiam go nawet dość szybko (ale wychodzą
drobne wpadki - brak rozruchu daje znać) - wiatr
rześki - około 14 węzłów, wychodzi słońce. W sumie
pogoda jest boska, zwłaszcza jak na obecny sezon.
To jest to! Prawie 19 mil pełnego kursu. Jachty przede
mną i za mną odchodzą w bok a ja lecę prosto na znak.
Cieszę się i liczę na to że tak będzie do końca boku.
Prawie się sprawdziło.
Oczywiście wiatr po drodze trochę kręci (bo na Bałtyku
jedyny stabilny wiatr do szóstka w mordę), więc rumpel
w jednej dłoni, szot w drugiej, bras w trzeciej a
jeszcze trochę trzeba regulować obciągacz spinakerbomu
i brasołapki.
W tym momencie kabestany samoknagujące we właściwym
rozmiarze robią dobrze.
Za to knagi brasołapek znów zaczynają puszczać,
więc używam dodatkowo knagi szotowej żeby mi „nie
wylatało”.
Jestem z prawej strony trasy i na kursie kolizyjnym z
dużą, na oko, motorówką. Potem się okaże, że to statek
pomiarowy Iwona i że faktycznie mamy kursy zbieżne.
Wywołują mnie przez radio i na ich prośbę ostrzę 10-15
stopni, choć mi to burzy trochę pęd po wygraną... ;)
Opływam pomiary i wracam na kurs.
Wiatr momentami cichnie do 10-9 węzłów, potem wraca do
12-14. Mijają godziny i zbliżam się do NS.
Wcześniej słyszę jak straż graniczna wywołuje jacht z
naszych regat. Tak po nic...
U mnie pełne skupienie. Achtersztag już wybrany, fał
grota także. Stawiam genuę i szykuję się do akcji na
pławie. A przy niej płynie łódź naszej dzielnej SG. I
wywołuje mnie przez radio. Nosz k...., znowu???
Jestem naprawdę wkurzony, i delikatnie(?) opieprzam
ich przez radio, że przeszkadzają w regatach i niech
odpłyną. Że jestem w trakcie manewru i nie mam czasu.
Odpowiadają, że mam zrobić swoje, poczekają.
Zrzucam spinakera, zrzucam spinakerbom, robię zwrot
przez rufę. Potem już spokojnie ogarniam fały i szoty,
wkopuję spinakera dalej do kabiny, wpinam w reling fał
i brasy. Dopiero jak jest w miarę ogarnięte wywołuję
SG. Odpowiadają mi, że mam dalej płynąć w regatach i
nawet życzą miłego dnia. Znaczy, chcieli tylko
podgadać? Znowu? Czy to nazwa jachtu prowokuje?
Tutaj uwaga i pytanie za sto punktów. Jeżeli widzą na
radarze i AIS-ie ileś tam jachtów płynących po
sznurku, okrążających boję, to chyba wiadomo, że
regaty? Ale nawet jak się nie znają, to przecież
organizator jak zawsze, dwa dni wcześniej zawiózł
osobiście do kapitanatu w Gdyni info o regatach, listę
jachtów, instrukcję żeglugi. Jeżeli to nie dotarło do
SG w Górkach i Nowym Świecie, to myślę, że to bardzo,
bardzo źle.
A całe nasze meldowanie się do bosmatów i kapitanatów
jest jeszcze bardziej bezsensowne.
Tak czy owak, minutę, może kilka, tam straciłem.
Kierunek na NP. Wyciągam moją papierową ściągę i
sprawdzam różnicę kursów na NP i metę.
Pełny bajdewind (70, potem 60 stopni do wiatru), co
potem to się zobaczy. Żałuję trochę, że nie jest
całkiem na ostro, dla mnie byłoby lepiej. Z drugiej
strony teraz wszystkim jest szybciej. Jest już
popołudnie a do mety daleko, oj daleko.
Wspominam jeszcze rozmowę z SG, schodzę pod pokład
założyć polar pod moją kurtko-kamizelkę. Wyciągam
drugą kanapkę. Korzystam z WC (to ważna sprawa, jak
nie ma kiedy to nie ma kiedy). Fala jest całkiem
spora, jacht ładnie się rzuca, wieje około 13-14
węzłów, więc przechył słuszny.
Wredne na tym kursie jest to, że słońce zaczyna
świecić w oczy. Zerkam na zegarek. Gdy wiatr trochę
słabnie a do NP nie zostało już wiele drogi, szaleję i
robię sobie herbatę. Pełny kubek i to z sokiem, no
luksus normalnie. Proste radości na jachcie są nie do
pobicia! Oczywiście potem wracam do rumpla. Na tym
boku przegoniła mnie Oceanna, ale jachtów z tyłu nie
widać już w ogóle. Tych z przodu też niewiele, ale
doganiam powoli IRS-a.
Za NP zrobiło się ostro na wiatr. Oceanna trochę
przede mną (pół mili, może ciut więcej) jeszcze
skutecznie rzeźbi na wiatr, ale my i IRS powoli
jesteśmy odrzucani w lewo. Widać granicę wiatrów.
Wiatr siadł, do 8-9 węzłów, czasami mniej.
Zaczynam się obawiać o wiatr, mijamy Redłowo i wtedy
trochę nam przywiało, do 11 węzłów. To miłe!
Siadam prawie na rufę IRS, udało się go dogonić, ale
do mety go nie wyprzedzę. Tak myślę. Widać, że bez
docinki nie wejdziemy. I wtedy Robert popełnia błąd.
Robi zwrot za wcześnie przed GS, odchodzi za daleko w
prawo.
Ja wytrzymuję nerwowo spadek siły wiatru pod brzegiem
i wchodzę na metę pierwszy (godzina 20:27). Nie ma to
w regatach przelicznikowych żadnego znaczenia, wręcz
nie należy walczyć bezpośrednio z jachtami (no,
czasami tak), ale zawsze miło.
Tym razem, inaczej niż rok temu, i obiecałem zanocować
i nie chce mi się płynąć do Górek, więc po mecie
wchodzę do Gdyni. O dziwo, są miejsca przy falochronie
wschodnim. W sobotę, w środka lata, wieczorem?
Czekamy jeszcze na Mirabelle, która musi halsować na
końcówce a potem na Mata II.
Warto zauważyć, że Mat to jacht typu Micro Jumper,
więc maleństwo i bez silnika. Można, jak się chce.
Wchodzi do Gdyni już po ciemku, oczywiście na żaglach.
Dowiadujemy się, że Amaris dalej płynie i że Janeczka
się wycofała. Ale już nie mam siły czekać, padam na
koję.
W niedzielę przed godziną 7 obudzili mnie wędkarze.
Większe gaduły niż żeglarze?! Zrobiłem herbatę i w
sumie pomyślałem, że czas płynąć. Zgodzili się ze mną
Robert z Mirabelle i Jacek ze Smoke.
Wyszliśmy po ósmej. Był prawie fordewind, koło Gdyni
wiatr dość słaby, więc spinaker poszedł w górę. Bo
czemu nie? Płynęło się miło, słońce, rumpel i rozmowa
przez telefon. Asia mówi mi, że szybko płynę (widzi na
vesselfinder). Zerkam na wiatromierz - nic dziwnego,
wieje 18 węzłów. Nawet nie zauważyłem, że tak
przywiało. Ale tak to jest, gdy jacht jest dobrze
strymowany, spinaker ustawiony. Można, jak się chce.
Ponieważ wiatr też trochę wyostrzył, a chciałem
jeszcze wysuszyć genuę, to zrzuciłem spinakera. To
naprawdę jest wykonalne, nawet jak wieje 16 węzłów.
Potem genua w górę, autopilot, złożenie spinakera do
worka w kabinie (3 minuty?).
W nagrodę, już w marinie, jak wszystko sklarowałem,
wykąpałem się z jachtu pierwszy raz w tym roku.
Zrzut trasy z vesselfinder (część trasy regat i powrót
niedzielny do Górek)

Wyniki
i oficjalny opis regat są oczywiście na stronie Gryfu.