Historię naszych startów w wyścigu B8 opisałem dwa lata temu w artykule.
Nie ma sensu się powtarzać, jedyna myśl, jaka mi teraz przyszła do głowy, że trwamy z tymi regatami jak w starym małżeństwie. Są zadawnione urazy, ale ogólnie jest ok. Przy czym ja od kilku lat nie mam zastrzeżeń. Rok temu nie wystartowaliśmy, bo jacht jeszcze stał na brzegu. Za to w tym roku obowiązkowo.
Urlop na piątek, żeby się spokojnie i dobrze (hehe) przygotować. Byliśmy na jachcie po godzinie 12. Dolanie wody do zbiornika oraz do jednego baniaka rezerwowego (wymagane przez OSR). Poza tym, pierwszy raz w sezonie, włączyłem ładowania akumulatora. Naładował się do końca w kilka godzin. Przy okazji trochę przestawiłem ustawienia naszego monitora baterii, bo ciągły komunikat o konieczności synchronizacji był irytujący (napięcie ponad ustawione jako graniczne podbijał panel słoneczny).
Był plan zamontowania nowego kabestanu fałowego, ale upał nas zniechęcił. Za to wynieśliśmy na pomost drewniany naszą czarną genuę i mając do dyspozycji czarny dakron samoprzylepny oraz nożyczki, wspólnymi siłami zakleiliśmy znalezione, małe i większe, rozdarcia materiału. Czas tego żagla kończy się, a szkoda.
Potem była odprawa załóg, która potwierdziła to, co nieoficjalnie wiedzieliśmy. Start przesunięty na 7 rano, trasa zatokowa, wcale nie taka krótka.
Bonus dla mnie, że po tym wszystkim z rozkoszą wszedłem do wody popływać. Upał już w piątek dawał się we znaki.
Wychodzimy z portu po godzinie 6, „wszystko gotowe, już fały ręce trą...”.
Start wychodzi nam bardzo dobrze. Nie przy komisji, bo nie było warto, za to o czasie, bez walki z jachtem obok - razem dobrze wystartowaliśmy nie wożąc się i nie blokując.
Efekt widać na zdjęciu od organizatora.

Krótka halsówka do rozprowadzającej i potem długi bok spinakerowy do pławy ZN. 18 mil. Wieje pełny baksztag, po prostu rewelacja. Możemy iść bez strat prosto na pławę, bo wiatr całkiem silny: 10-13 węzłów.

Po drodze wpadamy w pola sinic, które tym razem są bardzo nieprzyjemne, ale to już końcowy etap ich życia. Sinice będą nam towarzyszyły w wielu miejscach naszej trasy regatowej, ale nie wszędzie w takim natężeniu.

Jachty z genakerami powoli odchodzą w prawo. Za to reszta wchodzi na tor wodny do PP. Tak wiedzie kurs. Słyszymy przez radio, jak szybki jacht przed nami negocjuje ze statkiem minięcie się na torze wodnym - bez problemu się dogadują.
Potem nasza kolej, czyli grupka kilku jachtów bardziej z tyłu, z których my jesteśmy najbardziej na celowniku statku płynącego od strony portu. Ale statek jeszcze zdaje pilota, co widzimy na AIS-ie i co trochę trwa. Potem chyba czeka aż cała nasza grupa przepłynie. To było miłe. Wiatr jednak powoli siada i ostatnie mile naszego długiego boku są już wolniejsze. Genakerowcy próbują różnie, muszą halsować, my płyniemy swoje na pławę.
BTW, tej pławy, jako jednej z bardzo nielicznych, nie miałem w ręcznym GPS-ie i wieczorem w piątek musiałem ją do listy znaków dopisać.
Ponieważ wiatr maleje do prędkości 6 węzłów i mniej, używamy naszej „tajnej broni”. To po prostu bras (a raczej szot, ale mówimy bras, żeby się nie myliło) słabowiatrowy. Cienka linka z karabińczykiem, czekająca w kabinie na swoją kolej.


Ktoś zapyta, czemu ze stalowym karabińczykiem, zamiast np. wiązana do rogu szotowego spinakera? Chodzi o szybkość i o obsługę jedną ręką. Karabińczyk to stalowy hak z blokadą sprężynową. Kupiony oczywiście w sklepie „Dźwignia”. Używamy takich do worków ze spinakerami i genakerem, do zaczepiania topenanty spinakerbomu przy maszcie, do zaczepiania bloczków szotów zewnętrznych sztaksli do uch na burcie oraz właśnie do brasu lekkowiatrowego.
Mimo że są stosunkowo ciężkie, wygrały casting z szeklami miękkimi czy snajpkami.
Bo jak wygląda przepinanie szotów spinakera? Ktoś z załogi nurkuje w kabinie i przynosi buchtę z brasem. Wolny koniec przekłada się przez kosz rufowy, a koniec z karabinkiem bierze w rękę i przechodzi pod bomem do relingu. Jedną ręką łapie się szot spinakera i przyciąga róg żagla do relingu. Drugą ręką wpina się karabinek linki, wypina się snajpkę brasu, puszcza się żagiel (to pierwsza ręka), snajpkę brasu wpina w reling i wraca do kokpitu. W czasie manewru warto trzymać się trzecią ręką jachtu. W tym czasie ktoś w kokpicie wybiera i trzyma drugi koniec cienkiej linki.
Opisałem to tak detalicznie, bo tego brasu użyliśmy w regatach kilka razy i zawsze podmianę warto robić jak najszybciej. Także w drugą stronę.
Na pławie spinaker na dół, zwrot i powrót. Mniej lub bardziej pod wiatr. Początek boku jest pod małą, krótką, irytującą falkę. Potem wiatr cichnie niemal do zera dla naszej grupki kilku jachtów. Pytanie, w którą stronę płynąć, jest rozważane na każdym chyba jachcie. Tak czy owak, generalnie stoimy. Potem wraca bardzo lekki wiatr. Log i tak pokazuje zero, dziób skierowany w kierunku Gdyni, wiatromierz pokazuje cuda, a GPS pokazuje, że płyniemy prawie na pławę GW, nieważne że bokiem, z prędkością około 1 węzła. Tak, na Zatoce są prądy. Dwie godziny takiego prawie dryfowania męczy psychicznie i fizycznie. Upał ciągle doskwiera. Gdy w końcu, w końcu po wielu godzinach dopływamy do pławy GW, mamy wielką nadzieję, że wyścig został skrócony na tej pierwszej pętli dla jachtów choćby drugiej grupy. Ale nic z tego. Wszyscy płyną dalej, co dobrze widać na AIS-ie. Nie ma wyjścia, ruszamy na pławę NS. Niemal równie daleko, ale w inną stronę. Pełny bajdewind, genaker odpada. To będzie długi bok, bo wiatr naprawdę jest słaby 3-4-5 węzłów. Większe jachty powoli nas wyprzedzają. Wcześniej wyrobiliśmy przewagę, którą teraz tracimy. Mówię o wolniejszych jachtach, bo szybkie i duże są daleko przed nami. Upał męczy (powtarzam się?!?), swoją kamizelkę asekuracyjną, którą normalnie tak lubię, dawno już zdjąłem. Ale zbliża się wieczór, mijamy powoli ujście Wisły. Wiatr cichnie niemal do zera i potem odkręca tak, że mamy halsówkę. Ostatnie kilka mil to właśnie halsówka. Wiatr jest, choć słaby. Płyniemy powoli, ale płyniemy. Co ciekawe, nasza konkurecja obok, czyli BF One, IRS Challenger i Oceanna powoli nam uciekają. A nie powinni. Sprawdzamy ustawienia wszystkiego, ale płyniemy wolniej i koniec. Czemu - nie wiem. Może po całym dniu upału coś oczywistego nam umknęło? Ale wózki są ok, napięcia fałów także, szoty, icki. Wszystko wygląda normalnie. Poza wskazaniami wiatromierza, który jakby zupełnie zwariował. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że albo wiatromierz faktycznie się zepsuł, albo mamy silny, skośny prąd w kierunku NS. Częściowo w kierunku NS. Na jednym halsie prąd pcha nas niemal bokiem, na drugim prawie od rufy. Ale jestem tak wymęczony upałem, że nie potrafię w pamięci poustawiać i zsumować wektorów.
Nie jest dobrze. Zerkam za burtę - woda jest prawie bez sinic. Sciągam resztkę ciuchów i wylewam na siebie kilka wiader wody zaburtowej. To było to!
Znów zmieniamy się przy sterze (w ogóle zmienialiśm się często, bo sterowanie na milimetry jest męczące), robimy kanapki, wodę, herbatę.
Poza tym szukamy pławy NS. Ściemnia się, widać światła głowic portowych, ale pława jest słabo widoczna. Może jeszcze nie świeciła?
Jachty przed nami okrążają pławę, robimy kilka zdjęć.

W koncu nasza kolej. Spinaker, zaraz potem przebrasowanie. Na pławę GW jest prawie fordewind, lewy hals kieruje nas na brzeg. Trzeba odejść w morze, choć trochę. Powoli płyniemy, starając się dopasować do zmian prędkości wiatru. Woda gładka jak stół.
Próbujemy znaleźć na trackingu inne jachty, tak samo na AIS-ie. Ale jachty z ekranu plotera znikają niemal wszystkie.
Odzywa się nasz ploter, w sposób nam nieznany. Alarm zmiany pozycji albo jej braku. Trafiamy na zakłócenia, rozmowy przez radio potwierdzają problem. Ale u nas pozycję traci tylko ploter. Radio z własnym GPS-em raczej pokazuje pozycję poprawnie, a na pewno poprawnie działa nasz ręczny GPS Garmina, używany na regatach ciągle.
Rozważam nasze przygotowanie na całkowitą awarię wszystkich GPS-ów. Niby jestesmy przygotowani, ale wszystko jest pochowane i wyciągnięcie mapy, przyrządów, zrobienie namiarów chwilę by trwało. Inna rzecz, że w tej chwili potrzebny nam jest jedynie kurs docelowy, a to zapewnia nam kompas (o ile zapamiętaliśmy, jaki kurs trzeba trzymać). No i widok świateł na brzegu. Daleko bo daleko, ale mniej więcej trafimy... ;)
Wydaje nam się, że przebrasowanie zrobiliśmy ciut za późno, niepotrzebnie odchodząc zbyt daleko w morze. BF One płynie bliżej brzegu i ginie nam z oczu. Oceanna wyraźnie zmieniła kurs na brzeg, co nas zastanawia i trochę deprymuje. IRS w ogóle zaginął. I wtedy wiatr cichnie i odkręca na połówkę/bajdewind. Spinaker na dół, genua do góry, prędkość symboliczna. Próbujemy sprawdzić gdzie jest konkurencja. Ale na AIS-ie nie widać niemal nic, na trackingu w sumie jeszcze mniej. O ile w ogóle mamy internet, bo na początku wcale.
Stwierdzamy zgodnie, że tutaj przerżnęliśmy regaty. Jachty pod brzegiem mają więcej wiatru i na pewno uciekły. Co gorsza, o godzinie około 2 w nocy robimy ostatnie kanapki. Koniec chleba. Nie mamy żadnych batonów, bananów, innych owoców czy innych słodkości. Został nam ser kaszubski, masło i pasta rybna. Kończy się także woda mineralna. Czyli grozi nam niedługo głód, a do picia będzie herbata i woda niegazowana ze zbiornika.
Jesteśmy znużeni i zmęczeni. Raczej psychicznie i upałem. Co gorsza i czego nigdy wcześniej nie było, mimo że jesteśmy daleko w morzu, atakują nas hordy komarów. Ubieram polar i zaczynam się gotować. Rozważamy, co my tu w ogóle robimy? Czemu regaty nie zostały skrócone? Wyniki teraz będą całkiem od czapy. I najgorsze, że zrobiliśmy potworny błąd nie idąc po brzegu i wyprzedzą nas wszyscy, łącznie z Pallasem, Vervą i Eljachtem.
Gdy jesteśmy już bliżej GW, nagle na ploterze widać BF One i Oceannę niedalko wejścia do Górek, kilka mil przed nami. Uciekli masakrycznie, klęska po prostu. Przyznaję oficjalnie, że dałem dupy koncertowo i jesteśmy kompletnie przegrani. Kolejny raz rozważamy wycofanie się.
Wstaje świt, wiatr trochę silniejszy, udaje się trzymać kurs na GW, przyspieszamy. Niedaleko do GW, robi się jasno. Schodzę pod pokład i oglądam ploter. Zaraz zaraz: Oceanna i BF One są w porcie! Albo trasa jest skrócona (niemożliwe, inne jachty duże płyną dalej!) albo się wycofali?!? Chwila, to nam nie uciekli? Po prostu włączyli silniki? Rozglądamy się. Bliżej brzegu, równolegle do nas, widać jacht. Czyżby IRS? Lornetka! Tak, to IRS, on nie tylko nie uciekł w nocy, ale go dogoniliśmy!!! Daleko za nami biała plama. Pallas? Możliwe...
Czyli nie zrobiliśmy koszmarnego błędu, wprost przeciwnie. Morale rośnie gwałtownie, przy okazji wiatr również. Koło pławy GW widać statek komisji. Skrócenie trasy? Ale nie ma żadnych flag, więc raczej nie. Wiatromierz sugeruje, że po pławie będzie ostry baksztag, raczej na genaker. Mijamy komisję, sędzia zdziwiony sugestią o skróceniu trasy. Została nam ostatnia, najkrótsza pętla, łącznie 14 mil. Okrążamy pławę razem z IRS-em. Stawiamy genaker i to był błąd. Wiatr osłabł i wypełnił się. Nosz jasna cholera. IRS na swojej „czarnej mambie” - jasne. Ale my? Płyniemy tak krótką chwilę, ale wiatr jest jaki jest. Szybka decyzja i szybka podmiana. Wpinamy w reling spinaker, genaker na dół, przepinamy liny i spinaker w górę. Szybko poszło, jacht wyraźnie przyspieszył.
Ale wiatr jest znów słaby, nie możemy wyprzedzić po zawietrznej IRS - oni nas blokują, a wiatr jest za słaby, żeby odejść pełniejszym kursem. Pat. Poza tym znów mamy kryzys. Wydaje nam się, że Pallas się wycofał (co nas naprawdę zasmuciło). Więc w naszej grupie jest tylko IRS i my. Aktualnie wygraliśmy, więc po co płynąć dalej? Dla oficjalnego wyniku? Potem się okazuje, że Pallas jednak płynie dalej. Z nim raczej przegraliśmy więc po co płynąć dalej? Dla oficjalnego wyniku? Ale wtedy Asia przypomina, że jest jeszcze klasyfikacja DH... Moana jest przed nami, ale niezbyt daleko. Wątpliwości upadają, mimo głodu na pokładzie płyniemy dalej. Przechodzimy za rufą IRS na nawietrzną i ruszamy szybciej, choć w bok. Ale wiatr kręci, więc czasami daje się płynąć na pławę ZS, czyli nasz cel. Pytanie, czy po pławie będzie halsówka czy nie? Okazało się, że nie. Oceniamy jak wcześnie mamy się szykować do zmiany żagli. Stawiamy genuę za wcześnie, zrzucamy spinaker bardzo sprawnie, więc za wcześnie. Asekuranctwo to zło!!! IRS jest trochę przed nami. Pallas - gdzieś za rufą, ale raczej za blisko. Ruszamy już na metę pełnym bajdewindem. Mijamy się z Pallasem. Ja padam na chwilę w kabinie. Nie wiem ile pospałem, chyba kilka minut. Wiatr się wypełnia, przepinamy genuę na zewnętrzy szot i ruszamy wyraźnie szybciej. Mile mijają powoli, zbliżamy się do IRS (który to już raz w regatach? chyba czwarty). Ale oni twardo walczą - widzimy, że stawiają biały żagiel - to mały genaker albo code 0. Znów nam uciekają, nic nie poradzimy. Ale meta jest tuż-tuż.
Wyścig trwał dla nas 25 godzin i 5 minut. Nie był fizycznie męczący, ale psychicznie tak. Nużący bardzo. I ten upał. Ja spałem kilka minut, Asia może kilkanaście. Efekt? Drugie miejsce w naszej grupie, za Pallasem a przed IRS Challengerem.
Za to w grupie DH wygraliśmy! (Pallas płynął w 3 osoby).
Jesteśmy bardzo zadowoleni, że jednak się nie wycofaliśmy.
W marinie rozmawialiśmy z załogami dwóch jachtów i okazało się, ku naszemu lekkiemu zdziwneniu, że regaty bardzo im się podobały.
Ciekawostka. Trasa wyścigu miała długość 84,63 mili (rzecz jasna, przepłynęliśmy trochę więcej). Nasz czas to 25 godzin i 5 minut. Daje to średnią 3,37 węzła.
P.S. Jeszcze zrzut trasy z vesselfinder. Widać, że w halsówce przed NS pomagał nam korzystny prąd - kąty do wiatru są świetne, ale to właśnie prąd swoje dołożył.
