Co nas napadło? Wymyśliłem wypad na Hel do ulubionego Kuttra. Pojechaliśmy mało przygotowani. Co prawda po śniadaniu, ale jedyne jedzenie to było trochę moreli zabranych w ostatniej chwili z domu. Do picia woda ze zbiornika i zapas wody w baniaku 5 litrów, który został po ostatnich regatach.
Co gorsze, Asia nie miała ciuchów na zmianę. Akurat poprzednio zabrała z jachtu do prania i teraz nie wzięła. Moje jachtowe na zmianę na szczęście były.
W klubie zerknęliśmy na drzewa. Wiało mocno niemal z północy. To wręcz najmniej sprzyjające warunki do wypadu na Hel. Po chwili namysłu zakładamy na sztag dużego foka a nie małą genuę. Żagiel rzadko używany, ale bardzo przydatny.
Wychodzimy z naszego miejsca. Log nie działa, ale może zaraz się włączy. Niestety, nie działał całą drogę i trzeba zerknąć do czujnika (nie lubimy go wyjmować). Stawiamy po chwili grota, a że pogoda wredna i wieje prosto w wejście do Górek, to i foka. Skoro żagle już są, to głupio, żeby łopotały, więc wyłączam silnik i dalej już halsujemy.

Wieje pod 20 węzłów. Odczyt szacunkowy, bo log się nie włączył, więc mamy tylko wiatr pozorny. Dziwnie tak, człek się jednak przyzwyczaja do ekranów.
Wygląda na to, że jednak będzie chlapać. Asia zakłada spodnie stormiakowe, ja czapkę i polar pod kamizelkę. Krótkie spodnie i sandały to wszystko. Jak zwykle sobie lekceważę. Na razie ruszamy na serio lewym halsem, który jest halsem docelowy, a poza tym omija strefę zamkniętą po lewej stronie GW. Podchodzimy pod tor wodny i jak często bywa, mamy kumulację. Dwa spore statki mijają się przed nami, jeden zdaje pilota. Musimy trochę odczekać, ale ja robię zdjęcia przy okazji. Skoro zbliżanie się jachtu do statku jest w ocenie UM mega niebezpieczne, to dwa statki na torze tym bardziej są niebezpieczne. Albo to zwykłe czepialstwo i hipokryzja.

Potem w zasadzie nie ma o czym mówić. Akurat jak robię zdjęcia, oglądam aparat w rogu kokpitu przychodzi prawdziwy dziad i mam mokre niemal wszystko. Dobrze że aparat foto jest wodoodporny. Asię też podlało, bo nie miała góry sztormiaka.

Cóż, a to dopiero początek. Potem wiatro rósł, słabł odrobinę, trochę kręcił. Lecimy szybko, to fakt, ale z hukiem. Dawno nas tak nie wyłomotało. Fala oczywiście ogromna nie jest, ale dawno nie widziałem tak nieregularnej, takiego kotła lub pralki. Potem, koło pławy Wysypisko Gdańsk, omijamy półdryfujący kontenerowiec. I tak halsujemy, więc w sumie nam wszystko jedno. Asia zeszła się trochę przebrać, bo jednak zmarzła i stwierdziła, że już zostanie w środku. U nas można siedzieć na koi nawietrznej, zapierając się nogami o zawietrzną i tak drzemać. Wcześniej posiedziałem w kabinie robiąc herbatę i podając morele i wolałem wyjść. Steruję dzielnie, choć chlapie i zalewa mi okulary. Dalej pod wiatr (rośnie, wiatromierz pokazuje do 24 węzłów pozornego), dalej pod pokręconą, zbeltaną falę. To kocioł czarownic. Zwrot i pod HLS.
Do portu wchodzimy na żaglach, dopiero w środku zrzucamy fok, potem grot z klarowaniem i robimy przygotowania do cumowania. Trochę nam się spieszy. Raz, że jesteśmy serio głodni, dwa, że wieczorem musimy być w domu, trzy - żeby zmieścić się w dwugodzinnym czasie postoju.
Obiad w Kuttrze bardzo poprawia nasze morale, Asia stwierdza, że w sumie nie jest źle. Potem jeszcze dobre gofry w znanej Asi gofiarni i można wracać.
Czasu postoju nie przekroczyliśmy. Żagle stawiamy jeszcze w porcie.
Powrót na razie jest bajkowy. Choć słońca coraz mniej, choć na ostrym baksztagu nieźle buja bez spinakera, to jest bosko. Ciepło (nooo, realtywnie!) i szybko. Przy czym bujanie przeszkadza tylko podczas robienia herbaty, bo w kokpicie się siedzi i nie ma problemu. Robię trochę zdjęć, kręcę kilka filmów na próbę. Zobaczymy, co z tego się nada. Chyba jednak muszę dokładnie przeczytać instrukcję do aparatu...
Zgodnie stwierdzamy, że wypad jest udany, po obiedzie jest nam błogo, lecimy szybko do domu i jest w miarę ciepło.


Czas mija szybko, tak jak i droga. Wiatr powoli słabnie i zaczyna kropić. Zosstały nam już tylko trzy mile, więc się nie przejmujemy. Trzeba się tylko lepiej ubrać.

Wiatr coraz słabszy ale i tak jesteśmy w porcie przed czasem. Nie mamy zbyt wiele do sprzątania. Mokry fok ląduje w kabinie a my zabieramy mokre ciuchy do domu.

Dzisiaj naprawdę nas na wodzie przetrzepało.
W czasie wypadu sprawdziliśmy nowy kabestan fałowy. Różnica w mocy jest niezbyt duża, ale jednak wyczuwalna. Będzie lepiej.