Na komisji regatowej 2026, czyli widok z drugiej strony
06.07.2026

Druga część regat NordCup dla jachtów morskich, czyli Nord Cup Classic.
Ponieważ zostałem na ten weekend bez załogi (Asi), to wymyśliłem, że czas zrobić ostatnią zaległą na jachcie pracę. Miałem się w sobotę wyspać, spokojnie pojechać na jacht i zrobić co trzeba. Materiały do prac w bagażniku, nic tylko jechać.
Ale w piątek wieczorem jakiś chochlik w głowie wymyślił, że przy takiej okazji warto wprosić się na statek komisji regatowej. Zadzwoniłem z pytaniem, czy może mają wolne miejsce i mogą mnie przygarnąć na pokład jako świadomego(?!) pasażera. Miejsce było, start z portu został wyznaczony na godzinę 9. Czyli z długiego spania nici, zwłaszcza że nie wiedząc co mnie czeka i jak długo będziemy na wodzie, zjadłem w domu śniadanie i zrobiłem sobie na dzień dwie kanapki, co bardzo rzadko mi się zdarza. Do tego woda mineralna, ciuchy/sztormiak/czapka z jachtu i aparat foto. Spokojnie można było wziąć cały plecak, ale tego nie wiedziałem.
W załodze był sędzia głowny, czyli Tomasz, oraz Dorota i Paulina. Flagi wszystkie przygotowali na bramownicy jeszcze w porcie, co było dobrym pomysłem.



Do tego lista jachtów i ogólnie dokumenty regat, głównie instrukcja żeglugi. Poza nami były jeszcze dwa riby do ustawiania, przestawiania, wyciągania boi regatowych. Co wcale nie jest takie łatwe, bo kotwice, ciężary, liny i nawet sama boja swoje ważą.
Motorówkę Galion znają wszyscy, którzy startują w regatach na Zatoce. Duża nie jest. Kierunek wiatru był około 270 stopni, czyli przy Górkach woda nie była już gładka. Siła wiatru? W podstawie 20+, w szkwałach dobre 30+.
Co oznacza, że była fala. Nie wielka i grożna, ale spora i uciążliwa. Galion buja się mocno jak płynie, na kotwicy już w ogóle. Na razie podziwiam w duchu kompletną obojętność na gwałtowne ruchy całej komisji. Podczas gdy ja trzymam się wszystkiego co można wszystkimi czterema kończynami, to reszta ledwo w ogóle trzyma się czegokolwiek do tego rozmawiając przez telefon. Doszedłem wtedy do wniosku, że na Galionie brakuje lekko licząc z 10 metrów różnych uchwytów na ręce. Druga rzecz, to po pewnym czasie zastanawia się, czy pierwszy raz rozchoruję się będąc na pokładzie, ale jednak nie. Szybko przyzwyczaiłem się i już mnie kołysanie nie ruszało, ale do sterówki jednak wolałem nie wchodzić. Tak nawiasem, to ciekawe, że jak ktoś nie choruje, to bywa z tego aż dumny, a jak ktoś choruje, to uważa, że to jego wina. Skłonność do choroby morskiej jest cechą wybitnie indywidualną i niezależną od człowiek. Oczywiście trochę można się przyzwyczaić, oczywiście można też samo chorowanie znosić lepiej lub gorzej, ale mimo wszystko to jest cecha indywidualna, bardzo zmienna i niezależna.
Natomiast kołysanie jest po prostu męczące. I też trzeba się przyzwyczaić do szarpnięć, wyczuć ruchy motorówki i dostosować. Sędziowie mają to opanowane bardzo dobrze, na co też patrzę z uznaniem, ale po kilku godzinach i ja przestaję chodzić jak małpa i poruszam się już sprawniej... ;)
Tak w ogóle, to nie jestem na statku komisji pierwszy raz. Zdarzało mi się to już kilka razy, nawet nie zawsze jako pasażer. Z drugiej strony myślę, że każdy z regatowców choć raz powinien na KR trafić, żeby zobaczyć, jak to wygląda z drugiej strony. Przy okazji zrozumieć jak myśli komisja, co może się przydać i w samych regatach.
Paulina z ręcznym wiatromierzem wychodzi na ławkę. Wieje jak napisałem na początku. Z nami miały też startować Delphie 24 OD (w wyścigu bursztynowym), ale one faktycznie nie nadają się na takie warunki i zostają w porcie. Podobnie klasa Europa i Finn, choć oni są o wiele bardziej odporni. A co z jachtami morskimi? No cóż... - bardzo różnie.
Na razie komisja ustawia trasę wyścigu góra-dół. Jachty startujące w wyścigu mają obowiązek przepłynąć za rufą i ogólnie pokazać się komisji. Pierwsze rezygnacje zgłaszane przez radio. U nas zupełny spokój, wszystkie kartki przygotowane, flagi też, w zasadzie można podrzemać. Tylko Tomek dogrywa z ribami szczegóły trasy i startu przez radio.


Ja przy każdej okazji robię zdjęcia. Nie jest to takie proste, gdy rzuca człowiekiem, ale po przytuleniu się do właściwej rury można działać.
Na statku dobrze widać różne błędy na jachtach, widać kto zaspał na starcie, kto się wpycha. Gdy wszystkie grupy poszły (2x2) mamy chwilę oddechu. Można zjeść kanapkę, wypić wodę czy inną herbatę. Można też rozważać, jak kto jest przygotowany na silny wiatr, kto jak płynie, prawie się założyć, czy ktoś postawi spinaker/genaker. Mnie kwestia przygotowania nurtuje. Najlepiej w wyścigu pierwszym wypadły dwa jachty, które po prostu były przygotowane na warunki. Odpowiednie żagle i świadomość co robić. Widać to bardzo dobrze w jakości halsowania choćby. Ale widać także w żegludze z wiatrem. Bez spinakera też trzeba umieć sobie skutecznie radzić. Zrolowana częściowo genua lub fok działają słabo. Gdy nie są zrolowane, to raz że żagla jest za dużo a dwa, nie jest to żagiel na takie warunki (profil!). Refowanie grota to jeszcze inna sprawa.
Mamy kolejne wycofania. Powodem jest zazwyczaj porwany fok/grot. O ile grot to jeszcze rozumiem (prawie*), to jak się porwie fok, to się schodzi pod pokład i wyciaga inny. Może mniejszy, ale stawia i płynie dalej. Jak to jest, że na wypasionym jachcie za zylion złotych nie ma kompletu żagli? Oczywiście, to kwestia podejścia i statystyki. Dodatkowe żagle niepotrzebnie obciążają jacht. Poza tym, można ścigać się tylko przy brzegu. Można mieć pretensje do sędziów, że w wietrze 20+ puszczają wyścig, bo wszak: to już bez sensu, to nie regaty, szkoda sprzętu i podobne wykręty.
Znaczy dla mnie to są wykręty. Tym bardziej gdy mówimy o jachtach które czasami ruszają i na dalsze trasy.
Jeżeli ktoś ma jacht przygotowany tylko na krótkie wyścig, bez kompletu żagli i zapasów i z tego powodu ma większe szanse w słabym wietrze, to niech nie deprecjonuje regat w wietrze silnym, na który inni są przygotwani. Cała ta dywagacja wynika z rozmowy po wyścigu w porcie, gdzie usłyszałem typowe teksty: wycofaliśmy się, bo tak było rozsądnie, to już nie są regaty, szkoda sprzętu i tak dalej i tym podobnie. Gdy podałem przykład Pallasa, który jest mały i stary a jednak skutecznie płynie, to padło stwierdzenie, że owszem, fajny jachcik, ale bądźmy poważni... Zagotowałem się.
Prawda jest taka, że ten mały jacht (i oczywiście inne, które ukończyły) wygrał bezapelacyjnie z tymi, które albo w ogóle nie wystartowały albo się wycofały. Ukończył wyścigi, wygrał, jest wyżej w klasyfikacji. To boli? No cóż...


Na razie mamy metę wyścigu pierwszego i pierwsze wyniki. Tabeli mety robi się zdjęcie i wysyła do Iwony do domu, która błyskawicznie wprowadza czasy i liczy wyniki. Postęp... Ważne jest też zapisanie pozycji wszystkich znaków zwrotnych, żeby najdokładniej jak się da wyznaczyć długość trasy wyścigu dla każdej grupy (trasy są dwie).
Wyścigi się kończy, teraz czas na Bursztynowy Puchar Neptuna. Decyzja, że Delphie 24 w nim nie płyną. Dla reszty jachtów różnica jest taka, że wszyscy startują wspólnie i ruszją w drogę do Brzeźna i Sopotu.


Nasze dwa riby także ruszają, żeby wystawić boje zwrotne. Muszą się spieszyć.
My zwijamy boję i ruszamy do portu. Koło pomostu NCŻ oglądamy chwilkę wyścig radiojachtingu. Staramy się nie zasłaniać im wiatru.
Dorota schodzi z pokładu, my mamy chwilkę czasu na zjedzenie czegoś (mało kanapek, kruca bomba), i wracamy na wodę już w mniejszym składzie. Ustawiamy metę (mam namiastkę siłowni pomagając wyciagnąć i rzucić boje) i czekamy. Buja, ale wiatr lekko jednak osłabł i pogoda się poprawiła. Wyszło słońce, zrobiło się cieplej. Ja znalazłem sobie miejsce do siedzenia na stole, z nogami opartymi o ławkę. Dobrze widać jachty podchodzące na metę. Sprawdzamy na trackingu i na AIS-ie kto gdzie jest. Wygląda na to, że nie będziemy musieli stać do nocy.
Ktoś, chyba więcej niż jeden jacht, od strony Sopotu płynął na spinakerze.
Jachty płynące od strony Sopotu muszą przeciąć tor wodny do Portu Północnego. Jasna sprawa. UM i kapitanaty czepiają się żeglarzy, gdy jachty zbliżą się zbytnio, wg nich, do płynących statków. To jest oczywiście wielkie zagrożenie bezpieczństwa. Za to gdy dwa statki mijają się ma torze wodnym, to jakimś magicznym cudem żadnego zagrożenia nie ma. Podwójne standardy i czepianie się żeglarzy i regat. Wkurzające.



Czekamy cierpliwie. Buja? No w sumie dalej mocno buja, ale i ja się już przyzwyczaiłem. Jachty po kolei wchodzą na metę, ja robię zdjęcia. Po ostatnim jachcie możemy wracać do domu.
To był fajny dzień, choć męczący!




* Kiedyś, gdy na regatach GWG w okolicy Helu rozdarł się na szwie stary grot, to go ściągnęliśmy do kabiny i zszyliśmy. Oczywiście, trwało to dość długo (1,5h ?), ale co z tego? Gdy grot się rwie od wiatru, to czas na nowy. To samo z fokiem/genuą. Poza tym nie wyobrażam sobie nie mieć kilku sztaksli na jachcie. Zresztą żagle na jachcie szyłem, sklejałem i naprawiałem w regatach nie raz.