Przyjaźń Narodów 2026, czyli nowe u nas regaty
24.05.2026

Do tych regat, po weekendzie, mam na razie tylko zastrzeżenie co do nazwy. Chyba wszystkim wychowanym w Polsce w moich czasach taka nazwa nie kojarzy się najlepiej...
Na start w regatach zdecydowaliśmy się spontanicznie dopiero w czwartek, po przeczytaniu IŻ. Tak ściślej, to Asia zaproponowała start. Sprawdziliśmy prognozę pogody - miało być słonecznie i słabowiatrowo. No to czemu nie? Tym bardziej, że wszystko w Górkach, co nie jest bez znaczenia. Nie trzeba nigdzie płynąć i martwić się w piątek o dodatkowe zajęcia/odprawy/formalności.
Odprawa była w sobotę przed regatami, a ogólnie wszystko co na lądzie odbywało się na terenie JSG (obecznie Marina Miejska).
W sobotę wiatr był słaby, ale start odbył się punktulanie, czyli o godzinie 11:05 (zgodnie z IŻ). Woda gładka, pogoda piękna, wiatr na początku 4-5-6 węzłów.
W sobotę odbyły się dwa wyścigi typu góra-dół. Tylko że pierwszy wyścig miał 3 okrążenia, a długość boku to jedna mila. Wyszedł naprawdę długi wyścig krótki, do tego stopnia, że w połowie drugiego okrążenia doszliśmy do wniosku, że czujemy się jak na wyścigu długim. Dobrze, że wiatr jednak nie siadał i bardzo powoli, ale rósł. Niemniej jednak nasz czas trasy to 2 godziny i 19 minut.
Drugi wyścig został skrócony do 2 okrążeń, poza tym trochę jednak przywiało, więc na jego przepłynięcie wystarczyła nam godzina i 20 minut.
Między wyścigami wiatr chwilowo wzrósł do 12-14 węzłów, ale to się szybko zakończyło.
Linia startu tak była ustawiona, że warto było startować koło pinu i tak się staraliśmy, ale wychodziło trochę zbyt daleko. Cóż, ćwiczyć trzeba, jak mawiał porucznik Rżewski w znanym dowcipie...
Po wyścigach był grill z naprawdę dobrym i urozmaiconym jedzeniem (mnie wciągnęły buraczki i tortila z serem). Na spotkaniu usłyszeliśmy, że szybko stawiamiamy spinaker, co jest zupełnie niezgodne z naszymi odczuciami. Spinaker stawiamy długo, nawet w słabym wietrze, bo brakuje nam trzeciej osoby.
Zwłaszcza gdy stawiamy go nie z worka, ale z kabiny. Jedna ręka do sterowania, dwie ręce do wybierania brasu nawietrznego, dwie ręce do wybierania fału, dwie ręce do wyrzucania żagla z kabiny (albo z worka), jedna ręka do brasu zawietrznego. Jeszcze trzeba zluzować grota, przełożyć szot genuy z kabestanu na knagę, poluzować achtersztag no i zrzucić genuę. Potem jeszcze zluzować fał grota. Nie wyrabiamy się odowiednio szybko, cóż...
Przy zrzucaniu spinakera też trzeba się sprężyć. Postawienie genuy (jak najpóźniej), zrzucenie spinakera. Jak słabo wieje to po nawietrznej, czyli kiwi-drop a to oznacza opuszczenie sinakerbomu na pokład (samej końcówki), zebranie spinakera i ściągnięcie go do kabiny (ktoś z kokpitu luzje bras/szot i potem fał), przełożenie szota genuy na kabestan, wybranie achtersztagu (to wcześniej), wybranie fału grota już za boją, zrzucenie spinakerbomu na pokład, porządki w kokpicie.
Sprawdzenie, że wszystko gra, ustalenie gdzie w ogóle płyniemy... ;)
W niedzielę nie było już odprawy, więc rano mieliśmy więcej czasu. Tym razem wyścig długi, na dość ciekawej trasie.
Start, rozprowadzająca i potem kurs na SWB. Aktualnie SWB jest (no, powiedzmy, patrz dalej) po wschodniej stronie Wisły, więc trzeba ominąć ujście rzeki z mieliznami. Trasa o tyle ciekawa, że podejście do SWB i powrót mogły wymagać przemyślenia, gdyby wiatr był inny niż był.
Ale na razie sam start, który wyszedł już dość blisko pinu. Wiało około 6-7 węzłów. Ale gdy byliśmy już bliżej boi rozprowadzającej wiatr nagle siadł i zaczął kręcić. Trudno powiedzieć, jak dobrze sobie z tym poradziliśmy. Niedaleko boi wiatr dość nagle wzrósł i można było zacząć żeglować szybciej. Sunloox, jednak szybszy, poleciał przed nami. Wiatr był taki, że wypadało postawić genaker. Wiatr z burty, 90 stopni, 100 stopni. Czasami więcej. Na razie przerzuciliśmy genuę na zewnętrzny szot. Potem chwilkę się zastanawialiśmy, ale przy wietrze 7-9 węzłów nie było w sumie wyboru.
Teraz chwila dydaktyki. Wcześniej z detalami opisałem stawianie spinakera. Z genakerem jest gorzej. Głównie dlatego, że używa się go na kursach ostrzejszych, takich na granicy opłacalności jego używania. A to o oznacza, że i przechył jest, i stawia się z odpadaniem (co zawsze jest stratą), że trzeba mocno i szybko wybierać hals genakera (z jednej strony jest trudniej), jego fał (a żagiel ucieka do rufy). Jacht dostaje kopa, przechył rośnie, a mimo braku rąk trzeba szybko lecieć na dziób i zrzucać genuę. Genakera nie widać, nie widać nic po zawietrznej.
Po jakimś czasie jacht jest na kursie a żagiel pracuje. Ale nikt nie wie, ja na pewno jeszcze nie, na ile dobrze pracuje. Bo to, że nie łopocze, to trochę mało. Zaczyna się trymowanie: hals, fał, szot. Działa? Niby tak, jacht płynie wyraźnie szybciej. Czy można lepiej? A kto to wie... Na pewno można!
Nikt mi już nie wmówi, że trymowanie genakera jest łatwiejsze niż spinakera. A kto myśli, że robi to dobrze, to albo ma solidny trening za sobą i dobre podstawy, albo się zwyczajnie łudzi.
W każdym razie lecimy. Warto było stawiać, bo Aries za nami zostaje coraz bardziej, a Sunloox z przodu nie ucieka, albo niewiele. Wiatr powoli rośnie, czasami się lekko wypełnia (110 stopni, nawet chwilami pod 120). Prędkość czasami ponad 6 węzłów. Trochę poprawiamy długość halsu, wysyłam Asię do masztu żeby zobaczyła, ile od masztu jest głowica żagla. Te parametry to ciągłe wróżenie z fusów. Przyznaję: „nie umiem w genakery”.
Do pozycji pławy SWB zostały dwie mile. Sunloox przed nami traci wiatr, widać, że jest tam cisza. Na razie lecimy swoje, ale już czujniej. Wiatr siada do 2-3 węzłów i zaczyna kręcić. Zrzucamy genaker, stawiamy genuę. Siadamy po zawietrznej, ja z przodu kokpitu i z ręką za plecami na rumplu, z okiem na Sunlooxa pod genuą i wiatromierzem pod okiem, robię co mogę. Wiatr jest generalnie z boku, od pełnego bajdewindu do połówki, bardzo słaby. Ale po ustawieniu żagli jachty płynie cały czas ponad 2 węzły. W sumie nie jest źle.
Ktoś może zapytać, czemu znów nie postawiliście genakera? Ano dlatego, że doświadczenie nas nauczyło, i to boleśnie, że w wietrze tak kręcącym, na wrednej falce z boku, genua pracuje stabilniej i lepiej trzyma się właciwy kurs. Do tego po zawietrznej mamy ujście Wisły i mielizny, jako dodatkowy czynnik.
Aries za nami zbliżył się bardzo, tak jak i my do Sunlooxa. Ale on nas prawie dogonił. Dopiero wtedy wszyscy ugrzęźliśmy, prawie w ciszy. Prawie robi różnicę, cały czas płyniemy ponad 2 węzły, a to bardzo szybko jak na te warunki. Wiatromierz pokazuje właśnie 2-3 wezły wiatru. Szukamy przez lornetkę pławy, ale nie widać jej. Gdy do jej pozycji została nam mila, Sunloox zgłasza sędziemu, że pławy nie ma. 9 osób jej nie wypatrzyło. My też nie. Sędzia decyduje, że okrążamy jej wirtualną już pozycję. Na razie Asia robi nam herbatę. Kuchenka na jachcie jest bezcenna.
Potem wiatr wyraźnie rośnie i płynie się już normalnie. Taktyczne rozważania schodzą na drugi plan, i tak nie ma nad czym myśleć. Omijamy motorówkę na kotwicy, okrążamy nasz wirtualny punkt, robimy zwrot. Cały czas zerkając na echosondę. Ale jest dość głęboko.
Jeszcze w ciszy Asia złożyła genaker w kabinie do worka. Potem, gdy trochę przywiało, przenieśliśmy fał, hals i brasy na lewą burtę. Po zwrocie wracamy po własnym śladzie, ciągle zerkając na jacht przed nami. Mamy ciut mniejsze zanurzenie a trasa jest bardziej w lewo niż wcześniej, możemy trochę ściąć łuk. Omijamy znaną nam już motorówkę na kotwicy, ustalamy kurs na metę i dylemat. Genaker czy nie? Wieje mocniej, pod 10 węzłów. Kierunek trochę poza półwiatrem. Trzeba chyba stawiać. Podczas stawiania, gdy wybieramy hals, wypina się jego snajpka. Cóż, żagiel na dół, łapiemy hals z dziobu, ale wiatr nie zachęca. Wyostrzyło, przywiało. Co straciliśmy na próbie stawiania, to nasze. Ale w sumie dobrze, że się wypiął (szukanie pozytywów!). Robimy porządki, ustawiamy żagle porządnie, Asia siada na balast. Wiatr 12-14 węzłów, kierunek 80-90 stopni.
Teoretycznie można lecieć na genakerze, ale my tego w dwie osoby nie ogarniamy.
I tak mamy bardzo fajną żeglugę, prosto na metę, z prędkością często ponad 6 wezłów, nawet pod 7.
Przed metą w okolicy Górek wiatr trochę słabnie, ale to już bez znaczenia.
W porcie, po sklarowaniu jachtu (genaker do worka, genua także, ale po suszeniu) kuszę się na kąpiel z rufy. Woda jest rześka (18 stopni), ale dało się i po krótkiej adaptacji nawet proszę o gąbkę i myję dziwne ślady na jednej burcie. Kąpiel to jednak super sprawa i zawsze dobrze robi.
Jedziemy na zakończenie, co jest także okazją do rozmów. Zakończenie nas miło zaskakuje.
To był udany weekend.

Trasa długiego wyścigu z niedzieli