Opis jak kupiłem jacht jest na stronie
w swoim własnym dziale. Minęło lato 2012 roku, minęła zima
z pewnymi pracami, zaczął się sezon 2013 roku. Stare
dzieje już. Pierwsze wodowanie jachtu, pierwsze
przygotowania, pierwszy rejs do Górek na miejsce letniego
postoju. Poznawanie silnika, o którym wiedziałem tylko, że
jest i że nawet działa. Pomiary na wodzie do świadectwa
ORC. Pierwsze pływanie turystyczne, pierwsze stawianie
spinakera, pierwsze przebrasowanie. Pierwsze regaty, na
których dostaliśmy łomot zajmując ósme miejsce na osiem jachtów
w ORC. Ale ostatni wyścig już nie był zły, wywalczyliśmy
drugie miejsce. Potem rocznicowe regaty Gryfu, czyli
pierwsze wyjście na pełne morze (do platformy Baltic Beta).
Pierwsze regaty samotników i w ogóle wszystko pierwsze ;)
Skoro jacht jest, do tego własny i całkiem wygodny, to
warto go wykorzystać bardziej. Czyli rejs turystyczny, w
planach krajówka, może Bornholm.
Z powodów służbowych Asi ruszam do Władysławowa tylko z
Elą. Jest wtorek, czyli dość nietypowo. Wychodzimy z Górek
w samo południe. Do Helu płynie się całkiem miło. Ale
przed Helem łapie nas to, co niejako stanie się potem
tradycją. Burza, ulewa, silny wiatr, halsówka.

Zmieniamy małą genuę na małego foka (na jachcie wtedy nie
było więcej sztaksli, poza fokiem sztormowym), refujemy
się. W którymś momencie grot rozdziera się na szwie. Burza
przechodzi, ale wiatr dalej jest zmienny, więc żagle
zmieniamy nie ostatni raz. W końcu pogoda się poprawia,
płyniemy dalej.

Do Władysławowa dopływamy po godzinie 20, czas na
obiadokolację w knajpie. Rano Ela schodzi z jachtu, a ja
mam wolny dzień i mogę dochodzić do siebie. Dochodzić
dosłownie, bo bardzo bolą mnie plecy i nawet spanie jest
trudne. Następnego dnia przyjeżdża Asia, czyli w końcu
załoga w komplecie. Nie obijamy się, trzeba zszyć grota i
zlikwidować przeciek wody ze zbiornika. Robimy też lekką
korektę ustawienia masztu (to wnioski z burzy i halsowania
na samym sztakslu).
Jest piątek, ruszamy dalej. Pogoda bardzo ładna, spokojna
woda, sielanka. Do tego stopnia, że włączamy na 45 minut
silnik gdy wiatr cichnie. Piękna pogoda, piękne widoki,
ludzie na plaży.
W wejściu spory ruch, ale woda spokojna. Po godzinie 17
cumujemy w Łebie. Plaża, kąpiel i po raz pierwszy od kilku
dni plecy przestają mnie boleć gdy leżę na piasku, a to
powoduje, że odpływam w sen. Na krótko, ale jednak.
Co można zwiedzać w Łebie? Po drodze do wydm trafiamy nad
jezioro. I na wieżę widokową.
Pogoda piękna, choć wiatr dość silny. Do wydm jedziemy w
melexowych wagonikach, a co sobie będziemy żałować. Same
wydmy, które w sumie wszyscy znają, są warte zobaczenia.
Zwłaszcza po latach nieobecności.
Wracamy pieszo długą drogą przez las, i ten spacer, oraz
przejście po Łebie, nas wykańczają.
Knajpa, obiad, krzesła, to prawdziwa ulga. Łeba ma ten
duży plus, że w marinie jest cicho i spokojnie.
Wychodzimy z Łeby w niedzielę, dość wcześnie rano.
Śniadanie na wodzie... A potem spokojne sterowanie.
Żegluga robi się miła, jest wiatr, prędkość ponad 5
węzłów. Płyniemy blisko brzegu, bo czemu nie. Sporo ludzi
na plażach, zwłaszcza koło Rowów.
W Ustce cumujemy wcześnie, bo o godzinie 15. Jak zwykle
chcemy coś zjeść, potem odwiedzamy znajomy, ustecki jacht.
W Ustce wtedy nie było mariny dla gości, nie było mowy o
prysznicu, nawet o WC ciężko. Dla równowagi nie było też
opłat. Słusznie, bo za co płacić. Wieczór przywitał nas
deszczem, padało i w nocy. Wychodzimy z Ustki po 7 rano,
bo i czasu szkoda i czekać nie ma na co. Poza tym, trzeba
ominąć poligon. Już za rogiem poligonu wiatr cichnie
zupełnie. Korzystamy z okazji i kąpiemy się na pełnym
morzu. Potem włączamy silnik, potem go wyłączamy. O 16:30
dopiero mijamy drugi róg poligonu. Wiatru trochę więcej,
stawiamy nawet spinakera. Warunki do relaksowej żeglugi
bardzo dobre, ale wolno się płynie. W Darłówku czekamy 50
minut na otwarcie mostu. Niby wiatr słaby i woda spokojna,
ale przy nabrzeżu lepiej się pilnować. Dopiero po godzinie
20 cumujemy w nowej marinie w Darłówku. Płynęło się długo,
a przez poligon musieliśmy nadłożyć sporo mil.
Dwa dni przeznaczone na zwiedzanie Darłowa (kilka zdjęć z
budowanej w mieście przystani) i oczywiście samo
miasteczko, z zamkiem. Następnego dnia zwiedzamy Darłówko.
Zawsze obowiązkowa jest latarnia i próbowanie zupy rybnej
(takie drobne upodobanie).
Marina w Darłówku, choć ciasna, jest bardzo miła. Gdy tam
byliśmy budowana była docelowa marina dla żeglarzy
(zdjęcie drugiego brzegu rzeki), teraz już uruchomiona.
W Darłówku są już jachty, które przypłynęły na Mistrzostwa
Polski. My ze startu rezygnujemy, jacht i załoga zupełnie
nie były na MP przygotowane. Jeszcze nie teraz.
Rezygnujemy także z wypadu na Bornholm, czas nam się
skończył.
Wypływamy do domu dzień przed MP, wcześnie rano. Mamy
zamiar dotrzeć do Górek bez postojów. Oczywiście mamy
pecha i poligon jest zamknięty. Dwa jego rogi wbite są w
GPS i płyniemy jak na regatach, po waypointach. Korzystny
początkowo i niezbyt silny wiatr w nocy się zmienia,
odkręca na NE. Na szczęście jesteśmy już za Rozewiem, więc
mamy pełny bajdewind. Ale wiatr jest silny i rośnie, fala
także. Na wysokości Kuźnicy widzimy bardzo dziwną, czarną
chmurę, z wysuniętym stożkiem. Później gwałtowna,
niespodziewana(?) zmiana kierunku wiatru o kilkadziesiąt
stopni, Asię bom lekko muska po głowie. Na szczęście bez
strat. W dzienniku zapisano, żartem oczywiście, że może to
była mała trąbka wodna. Pod Helem ciuciubabka z promem, a
potem kurs na Górki. Fala jest naprawdę duża, wiatr
oceniamy na 7B, kurs idealnie fordewindowy. Dwa refy na
grocie i żałuję, że nie ma trzeciego refu. Każdy
zwrot przez rufę, a było ich kilka, jest celebrowany
- nie chcemy uszkodzić starego, słabego żagla.
Wchodzimy do Górek z naprawdę dużą falą, bardzo pełnym
baksztagiem. Spotykamy w wejściu nieduży, drewniany jacht,
który wychodzi w morze. Cumujemy o godzinie 9:05.
Log od Darłówka pokazuje 141 mil, które przepłynęliśmy w
26 godzin i 20 minut, co daje średnią 5,35 węzła. Łącznie
przepłynęliśmy, spokojnie i leniwie, 290 mil, zwiedzając
miejsca, w których rzadko się bywa. Cały wypad trwał 11
dni.
Jak widać pływamy też turystycznie, poza regatami.