Relacja o tym, jak było fajnie, choć
wyścig kompletnie się nie udał.
Relacja o pływaniu nie na dalekich wodach, bez wielkich
przygód, zupełnie blisko domu.
Czyli ostatni wyścig z cyklu Pucharu 6 piw.
Nazwa Pucharu może być dla piwoszy kusząca, sponsorem tych
regat, już od wielu lat jest Browar Amber. Dają jakieś
Koźlaki i inne Heweliusze. Ja tego nie pijam w ogóle, ale
znawcy mówią, że dobre.
Chodzi o to, że przez cały wrzesień, w każdą sobotę, czyli
4 razy, odbywają się wyścigi. Trasa wiślano-zatokowa, jak
to w Górkach często, taktycznie wcale nie taka łatwa przy
pewnych kierunkach wiatru.
Tutaj ważne zastrzeżenie - nie mam absolutnie pretensji do
Asi i Wojtka za ten wyścig. Nie szło im, to prawda, ale
mnie nie szło o wiele bardziej.
Im miało prawo nie iść, zwłaszcza Wojtkowi, który ma małe
doświadczenie regatowe i jeszcze mojej upierdliwości mógł
nie przetrawić ![]()
Ponieważ start jest o godzinie 13, a mamy blisko, umawiam
się z Wojtkiem późno. Ja i Asia przyjeżdżamy sporo
wcześniej, bo czemu nie. Woda, las, AKM, a ja mam plan, że
naprawię stół w mesie.
Pogoda cudna, droga przez las takoż. Widok ludzi na
grzybach wywołuje w Asi niezdrową namiętność. Dlatego po
wejściu na jacht ja się zabieram za ten stolik a Asia
ubiera kalosze, kurtkę, bierze reklamówkę i nóż i idzie w
las. Niby na grzyby. Okazuje się, że wcale nie tak niby,
bo wraca po godzinie z hakiem z ładnym zestawem
czerwonogłowców(?), prawdziwków, kozaków i jednego
maślaka. W każdym razie tak twierdzi. Ale grzyby bardzo
ładne. Znalezione tuż przy drodze, teoretycznie trochę
uczęszczanej.
Stół, mimo braków różnych i trudności technicznych -
naprawiony. Grzyby obrane i pokrojone trafiają do garnka
na obgotowanie.
Wieje. Prognozy, do których niepotrzebnie zajrzałem rano,
mówiły, że wiatr będzie cichł dopiero po południu.
Szykujemy jacht do pływania. Tutaj pierwszy błąd.
Widziałem że wieje, widziałem że kierunek jest taki, że
będą przebrasowania. Czemu nie kazałem założyć podwójnych
brasów, nie mam pojęcia. Wychodzimy na silniku, wiatr
dopychający. Już wtedy było wiadomo, że z władzami
umysłowymi jest coś nie tak, bo odejście jest wyjątkowo
ślamazarne i niemrawe.
Płyniemy te pół mili do klubu Stoczni, żeby zgłosić się do
regat, zapłacić wpisowe (całe 10 złotych od jachtu) i
poznać trasę dzisiejszego wyścigu.
Podpływamy do basenu klubu i trudna decyzja, gdzie dobić.
Do Fujimo - ale daleko się idzie. Do betonu po lewej
stronie - bliżej ale fala jest. Nie mogę się zdecydować,
ale w końcu dobijamy do Fujimo - tam wydaje się być
spokojniej. Dobijamy, cumujemy niemrawo ale w końcu
cumujemy. Asia gasi silnik, nie cofając wajchy od gaszenia
tegoż silnika (do tej pory nie wiem czy to odprężnik czy
blokada paliwa).
Załoga zostaje na jachcie pilnować, bo jednak trochę buja,
a ja wędruję dookoła basenu do sekretariatu. Zgłaszam
jacht, wpłacam pieniądze, i po znajomości dostaję wydruk
trasy (zamiast samego opisu). Dobrze, że mamy to na
papierze, bo kto wie, gdzie byśmy popłynęli. Po drodze
pytam znajomych ile wieje. Kilkanaście węzłów.
Wracam po spacerze na jacht. Odchodzimy na żaglach, bo
wiatr odpychający. Ale też jakoś niemrawo. W końcu się
ogarniamy, idzie do góry grot z jednym refem oraz duży fok
zamiast głównej genuy. Szykujemy się do startu, a wiatr,
jak czuję, trochę cichnie. No cóż, za późno na zmiany.
Start spóźniony, co tego dnia już zupełnie nie dziwi. Ale
halsujemy się w kierunku wyjścia na morze. Dzięki temu, że
jest fok, zwroty wychodzą szybciej niż zazwyczaj. W ogóle
załoga tutaj dostała w kość, bo zwroty co chwila, wiatr
niemal dokładnie w osi rzeki. Co gorsza, ponieważ tego
dnia odbywa się Memoriał Zawalskiego, organizowany przez
NCŻ, to my, halsując, musimy się przebijać najpierw przez
wyścig Laserów, potem przez wyścig Optymistów, a na końcu
przez wyścig deskarzy. Za wyjściem także są deskarze, ale
o tym się przekonamy później. Halsówka o dziwo idzie nam
całkiem dobrze, załoga kręci kabestanami jak w transie i
powoli przebijamy się do przodu. Jeden jacht z konkurencji
wszedł na chwilę na mieliznę, inny sczepił się z deskarzem
a raczej deską. Halsujemy. Doganiamy Kapryska. W samym
wejściu na zwrotach wyprzedzamy Quicka, który nagle
rezygnuje, gdy blokuje mu się kabestan szotowy. Widzimy
wracającego GoodSpeeda - zerwany sztag. Wychodzimy na
morze, a tutaj fala, wiatr słabszy, i zwalniamy jak te
ostatnie sierotki. W końcu jest okazja, żeby zdjąć ref na
grocie. Ale to i tak za mało żagla. Płyniemy na P16. Ci za
nami powoli jednak zostają z tyłu, ci przed nami powoli
jednak uciekają. W końcu udaje nam się dotrzeć do P16,
zwrot w prawo i żużel do GW. Jakby trochę przywiało.
Zmieniamy foka na dużą genuę, co poprawia osiągi ale
wiadomo, że zmiana żagla kosztuje dystans. Widzimy, że
Eljacht postawił na tym boku genakera, Diament spinakera,
ale na krótko. Mnie wychodzi, że nie warto, zbyt ostry
kurs. Ale spinakera i tak szykujemy bo będzie za chwilę
używany. Zwrot przez rufę na GW, spinaker góra. To nam
nawet wyszło, po pewnym zamieszaniu genua na dół, i
ruszamy. Fordewind, na logu 7 węzłów i więcej. Fajna
jazda, falka podgania i kołysze. Spinaker na pełnym kursie
też kołysze i nawet momentami sporo. Zbliżamy się do
wejścia do Górek i czas na przebrasowanie. Nie uda się, na
pewno się nie uda - prorokuję. Asia idzie na dziób i
zaczynamy. Ale nie wychodzi. Spinaker na fali szaleje, nie
daje się wpiąć, siły są za duże. Jednak brak wprawy w
silnym wietrze i dobrze ponad 50 metrów żagla (to ten
mniejszy spinaker) robią swoje. Mam niejasne przeczucie,
że lepszym sterowaniem mógłbym trochę pomóc. W końcu
decyzja - zrzucamy, póki jeszcze spinaker cały i nie
zaplątał się zupełnie. I teraz zaczynają się schody.
Załoga się gubi, zanim ściągamy spinakerbom i spinakera
trochę czasu schodzi. Stawiamy genuę, ale szoty są
zaplątane wokół spinakerbomu na pokładzie. Przepinanie i
porządkowanie lin trochę trwa. W końcu genua pracuje, ale
co z tego - jest dokładny fordewind.
Trochę na motyla, trochę baksztagami przebijamy się na
rzece przez deskarzy, Optymistów i Lasery. Warto było
postawić spinakera ponownie, ale pewna różnica zdań na
pokładzie, związana z poprzednimi niepowodzeniami, zabrała
nam ducha walki. Ao potem już było ciut późn, zwłaszcza że
składanie spinakera też trochę trwa. Końcowa halsówka na
metę. Okazało się, że i fał grota i fał genuy są źle
wybrane, wózki szotowe źle ustawione, fał spinakera
zaczepił się o saling i blokuje wybranie genuy na jednym
halsie. Robimy z tym porządki, ale meta coraz bliżej, a
wiatr coraz silniejszy. Przywiało na koniec, genua i pełny
grot to było już ciut dużo. Przy okazji rozleciała się
blokada korby w tej gorszej korbie, ale to już drobiazg.
Wchodzimy na metę, zrzucamy genuę i leniwie halsujemy na
samym grocie do naszej przystani. Dochodzimy do wniosku,
że tak słabego wyścigu jeszcze w tym sezonie nie było. Ale
w sumie nie jest źle, pogoda ładna, całkiem ciepło, nic
się nie rozleciało (a mogło!), nie pozabijaliśmy się,
nawet nie obrażaliśmy - czego chcieć więcej? Teraz czekają
nas dobre kiełbaski i karkówka, dla chętnych piwo, rozmowy
z kolegami/koleżankami i w ogóle relaks.
Żeglowanie jednak jest piękne, także regatowe... ;)
Wieczorem w domu, grzyby smażone z cebulą i dodatkami oraz
jajkiem, były pyszne!
Podsumowanie w dzienniku jachtowym: „na niemoc nie ma
mocnych”.
Wyniki, choć bez rewelacji, wcale nie były takie fatalne.
Ale pierwsze miejsce w ORC i KWR przepadło, właśnie przez
ten wyścig.
O NHC się nie wypowiadam, bo w ogóle w tę formułę nie
wnikam. Nawet, w co nikt nie chce uwierzyć, nie wiem i nie
chcę wiedzieć jak się wyniki liczy
Zdjęcia, co prawda z innego dnia:
http://www.jachtklub.nsm.pl
Polecam przeczytanie regulaminu obiektu pływającego -
zabawna lektura, choć sam regulamin jest traktowany serio.
Ta relacja ukazała się zaraz po regatach na
forum.zegluj.net. A że wydaje się fajna, to trafiła tutaj,
żeby nie przepadła w czeluściach internetu.
Zdjęcia z roku 2015, choć z innego dnia, zrobił i udostępnił
Paweł Paterek z „Żagli” za co bardzo dziękuję!



