Sezon zaczął się już jakiś czas temu,
przed wyścigiem B8, na koncie Czarodziejki są trzy regaty
i 8 dni pływania (w tym dwa dni turystyczne, a co!).
Wyścig B8 to wyścig do platformy wydobywczej dawniej Petrobalticu,
obecnie Lotosu.
Pierwszy taki wyścig, w ramach regat Nord Cup, odbył się w
zeszłym roku.
Przy czym sam pomysł pochodzi z kluby Gryf z Gdyni. W tym
klubie są co pięć lat organizowane regaty rocznicowe.
Ostatnie takie regaty miały odbyć się na trasie Gdynia -
Oland Sodra Grund - Gdynia, ale z braku wiatru trasa
została skrócona właśnie do platformy B8. Było, hmm,
ciekawie.
Ale wróćmy do tego roku i tego wyścigu. Trasa jest prosta:
Górki - pława B8 - Górki. Trochę po drodze przeszkadza
Hel, co na mapie widać.
Start w piątek, o godzinie 19:00. Teoretycznie czasu jest
dużo na wszystko, ale w praktyce dawno logistyka nie była
tak napięta, a czas wyśrubowany. W efekcie dawno nie
byliśmy tak słabo do regat przygotowani.
Jeszcze w piątek montowałem na lewej koi fartuch. To
nowość na Czarodziejce, chodzi o możliwość spania na lewej
burcie przy lewym halsie. Na prawej burcie jest hundka,
więc można. Ale spanie na lewej burcie, gdy ta jest
nawietrzną, dotąd było niemożliwe. A to w długim wyścigu
bardzo ważna rzecz.
Uzupełnianie braków w wyposażeniu też chwilę trwało.
W końcu zgłoszenia, potem odprawa przed startem. Flota nie
jest liczna, ale jednak trochę jachtów zdecydowało się na
start. Prognozy nie są zachęcające. Deszcze, na początku
cisza a potem dość silny, zachodni wiatr. Szkoda, że tym
razem prognozy sprawdziły się jak nigdy.
Po odprawie jeszcze ostatnie przygotowania, choć czas
goni. Przyjeżdża Olek (Asia już była wcześniej), ruszamy
na start. Słaby wiatr, niestety, po starcie jeszcze
słabnie. Ale walczymy, choć z niewielką prędkością. Idzie
nam naprawdę dobrze, udaje się trafiać w wiatr i jego
zmiany, po pewnym czasie nawet zbliżamy się do czołówki,
idąc generalnie środkiem trasy. Bo do Helu jest halsówka.
Na zdjęciu skupienie w sterowaniu i szukaniu wiatru.

Ale w końcu wiatr cichnie całkiem. Bujamy się, a fala jest
wredna. Kilka razy obraca jacht, czyli robimy kółka, nic
nie daje się zrobić. W końcu, zmęczeni łomotem takielunku,
przy kompletnym braku nawet powiewu, zrzucamy żagle. O
dziwo, bez żagli udaje się łatwiej trzymać dziób w
kierunku celu. Czekamy. W końcu przychodzi wiatr, z
prawego baksztagu. A z nim przychodzi deszcz. Stawiamy
spinakera, jest już zupełnie ciemno. Log pokazuje najpierw
3, potem nawet 4 węzły. Jest pięknie, szkoda tylko że
pada. Pod Helem wiatr odkręca, robimy po ciemku
przebrasowanie. Ale dość szybko trzeba zrzucać spinakera,
wiatr odkręca na zachodni i rośnie. Kompletnie mokry
spinaker ląduje w kabinie, a potem w worku. Ruszamy na
serio.
W nocy wszystkie koty są czarne, a perspektywa czasami się
zmienia. Niby widać Hel, niby widać HLS (czasami, w
deszczu), ale coś mi się nie zgadza. Dopiero naniesienie
pozycji na mapę ustawia wszystko na właściwych miejscach.
Tak bywa i warto o tym pamiętać. Nie pływać na pamięć.
Mijamy Hel, pełny bajdewind, kurs na platformę. W zasadzie
załoga nie ma co robić, można spać. Wiatr rośnie, fala
powoli też. Prędkość jest niezła, cały czas około 6
węzłów, często więcej. Bardzo szybko, jak to w czerwcu,
przychodzi świt. Wieje. Fale rosną. Nikt nie ma apetytu.
Olek, pierwsza raz w tym roku na jachcie, trochę choruje.
Potem i mnie, bo schodzę często pod podkład, bierze. Tylko
Asi nic nie jest, trwa dzielnie na pokładzie. Do boi
zwrotnej coraz bliżej, ale i wieje coraz mocniej, choć
nierówno. Zakładamy pierwszy ref, potem drugi. Maksymalnie
odsuwam w czasie zmianę genuy na dużego foka. Znów,
niestety, bardzo brakuje nam genuy nr 2. Fok po pierwsze
jest na silniejszy wiatr, a po drugie lata świetności ma
dawno za sobą. Idę na dziób, trochę w ramach rozgrzewki.
Nie mam kaloszy, noga wpada mi po kolana do wody. Ale
żagiel zmieniony, ruszamy dalej, przechył mniejszy a
prędkość na razie ta sama. Schodzę do kabiny w końcu się
przebrać. Jak zwykle lekceważę sobie deszcz, mam zwykłe
buty na sobie, mokre rękawy (ściągacze w mankietach
działają dobrze, pod warunkiem, że się je zaciąga).
Słychać w UKF-ce jak jacht zgłasza się do operatora
platformy (taki był wymóg regat - zgłosić czas okrążenia
boi). Teraz wiem, że to była Bigger Johnka (godzina 7:55).
GPS pokazuje, że do boi mamy około 2 godziny.
Tadam, mijamy się z Błagodarnost'ią. Czyli mają nad nami
około 4 godziny, czyli naprawdę nie jest źle.

Potem mijamy inne jachty, ale nie potrafimy ich rozpoznać.
Nagle wielka fala zalewa jacht, sporo wody wlewa się do
kabiny, moczy materace, radio. W sumie nic takiego, ale
mokro będzie się spało na drugim halsie. Widać samą
platformę, tankowiec niedaleko. Szukamy pławy. Szukamy,
szukamy. W końcu jest, widać, znika co chwila między
falami.
Na zdjęciu poniżej miała być boja, ale nie udało jej się
złapać w obiektyw.

Za to platforma nie znika między falami.

Pławę, specjalnie na regaty, wystawiła obsługa platformy i
podała jej pozycję.
Robimy zwrot, z dość dużym zapasem, zgłaszamy na platformę
czas: 10:32.
Kto był przed nami, wiem teraz z listy podanej przez
operatora platformy do organizatora regat:
Blagodarnost 7:16
Dancing Queen 7:45
Bigger Johnka 7:55
Good Speed 8:15
Smoke 8:37
Scamp One 8:45
Aquarella 9:10
Little Johnka 9:28
Oceanna 9:30
N Fun 9:45
Jeszcze fragment komunikatu z platformy: „Niestety pogoda
w tym roku nie do końca rozpieszcza żeglarzy. Wiatr SW 6
Bf fala 2m, lekkie zamglenie i przelotne opady”.
Drugi hals miał oznaczać zmiany. Myślałem że kurs będzie
trochę pełniejszy, ale nie jest. Dokładnie to samo, pełny
bajdewind. Tyle że w kokpicie siedzi się na drugiej
burcie, druga ręka steruje, szyja się wykręca w drugą
stronę. No i można spać w hundce.
Długi wyścig, które lubię, polega na trzymaniu kursu i
prędkości, jak najdłużej, na jak najwyższym poziomie. A
to, po dobie w morzu, zaczyna być trudne. Im gorsze
warunki tym bardziej jest to trudne. Zmęczona załoga,
trudne warunki (im mniejszy jacht tym gorzej) powodują
rozprężenie. Trudno jest zebrać znów wszystkich do walki i
wysiłku. W tym momencie przegrywa się regaty. Lub nie...
Im mniej liczna załoga, tym mniejsze zamieszanie na
jachcie, tym wszystko idzie sprawniej.
Do Helu coraz bliżej, już tylko 40 mil, 30. Zaczyna padać.
Potem przestaje, wiatr cichnie, robi się spokojniej.
Zdejmujemy refy na grocie, po pewnym czasie zmiana foka na
genuę. Wiatr wyostrza, niestety. Znów rośnie. Do Helu
podchodzimy już ostrym bajdewindem. Mocno szkwali, nawet
na jakiś czas zakładany jeden ref na grocie. Różnica
wskazań między kompasem a kursem na GPS-ie pokazuje, że
jest prąd z prawej burty, który odrzuca jacht w lewo. Za
Helem oba kursy się schodzą. Wiatr się lekko wypełnia, nawet
chwilę niebo jest jaśniejsze. Pisałem już, że po drodze
padało. Ale teraz przychodzi naprawdę silny deszcz, leje.
Wszystko znika (to jakaś klątwa Helu dla nas???), trzymam
kurs na Górki, nie widząc za wiele. Włączamy światła
nawigacyjne i oświetlenie kompasu. Dobrze że nie znika
wiatr. Potem deszcz się kończy, a z nim wiatr słabnie. Za
to w dziób rośnie wredna, krótka fala, która mocno nas
zwalnia. Osiem mil do Górek, siedem. Zdążymy za dnia, czy
nie? Wszystko zależy od wiatru. Jeszcze przed Helem, gdy
zaczęło mocniej przywiewać, załoga siadła na balast,
wszyscy chcemy już skończyć wyścig. Robi się szaro. Widać
wejście do Górek, a wiatr trochę rośnie. Jednocześnie, bo
jesteśmy coraz bliżej brzegu, woda się wygładza. Prędkość
cały czas dość wysoka, mimo że coraz bardziej trzeba
dobierać żagle. Przed samym wejściem musimy zrobić
docinkę, tak wiatr odkręcił. Cóż, jeżeli czołówka miała
pełniejszy wiatr i bardziej stały, to nie będzie dobrego
wyniku.
Przed samą metą niemal cisza, wiatr zasłania budynek Klubu
Stoczni Gdańskiej. Jeszcze dwa zwroty słychać trąbkę
komisji. Godzina 22:32. Zrzucamy genuę, wyciągam z kabiny
kluczyki od silnika, zrzucamy grota i ruszamy do AKM-u na
swoje „leże”.
Wszystko jest mokre, w tym trzy żagle, trochę wody w
zęzie. Ale nie mamy siły robić porządków, składamy tylko
wszystko, zamykamy jacht i do domu.
Konkluzja jest taka: rzucamy żeglarstwo morskie. Zwłaszcza
na Bałtyku, tym bardziej w regatach. Od dzisiaj żadnych
regat, tylko jeziora albo Chorwacja. Czyli ciepło,
spokojnie, sucho, słonecznie. Żadnych fal, przy wietrze
powyżej 3 Bf siedzimy w porcie!
Następnego dnia wybieramy z zęzy kilka litrów wody, więc
nie jest źle. Suszymy co się da, choć pogoda nie sprzyja.
Montuję fartuch ochronny na drugiej koi, poprawiam zaczepy
pierwszego fartucha. Po drobnym liftingu będzie to
działać dobrze.
A wyniki? Mamy 4 miejsce. Czemu nie wyżej? Być może
przegraliśmy w ciszy na Zatoce na początku regat. Być może
w słabym wietrze (mimo szkwałów) pod koniec regat, czyli
też na Zatoce i przed nią. Być może za wolno płynęliśmy.
Być może wszystko na raz.
Wyniki
wyścigu