Obiektywnie-subiektywna relacja pierwszej
oficer s/y Czarodziejka.
W końcu załoga w komplecie, nie do wiary, udało się.
Sezon ciężki, bo część przepływana w ciężkich warunkach,
we dwoje. Ale z załogą tak bywa, zwłaszcza tą pracującą.
Umówiliśmy się na godzinę 11.00 w AKM. Przed bramą
wjazdową do klubu słychać odgłosy mocno wzburzonego
morza, to uruchamia wyobraźnię – co nas czeka skoro
takie prognozy? Tym razem załogant był pierwszy i pewnie
się zdziwił jak zobaczył zamkniętą Czarodziejkę.
Spóźnienie jednak tylko kilkuminutowe. Mistrala nie
widać, pewnie już w Gdyni. Busy Lizzy dalej nie ma,
pływają gdzieś daleko, a szkoda bo konkurencja solidna.
Duży Ptak na miejscu, no cóż decyzja podjęta, Ptak nie
startuje. Moje domowe kalkulacje wskazują, że w takim
przypadku, gdy „ptaki” nie startują w GWG, a
Czarodziejka w regatach o Puchar Komandora JKM „Neptun”,
nasze szanse na I miejsce w PZG są marne. Mówi się
trudno, może przyszły sezon będzie lepszy. A tak
lubimy pierwsze miejsca i ostatnio bardzo za nimi
tęsknimy. Nieładnie szanowna nasza konkurencjo,
nieładnie. ;-)
Szykujemy się, rozkładamy liny, wpinamy dużego foka,
spinakerbom na bojowo, a co, nóż-widelec będą w czasie
regat warunki... Niebo wygląda niezachęcająco,
przeżyjemy. Zresztą jeszcze nigdy w całej mojej karierze
załogantki nie zdarzyło się abyśmy nie wystartowali,
skoro już jesteśmy na łódce. Oczywiście padały
„propozycje”, że może jednak nie, ale na zasadzie żartu.
Duch bojowy w nas przecież był zawsze, jest i będzie. No
to do dzieła!
Przy kei jeszcze wodna cisza przed wodną burzą jak się
okazało. Stawiamy grota. Zbliżamy się do główek. Od razu
skojarzenie na widok tego co tam się działo. Drobna
retrospekcja w głowie i obraz gdy wchodzimy w główki z
drogi powrotnej non-stop z Darłowa
(urlop 2015),
przy fali takiej jak teraz, a w morze wychodzi, odważny,
drewniany jacht. Wrażenie niesamowite jak przedzierał
się pod falę. A teraz to my na jego miejscu… Mijamy
ostatnią zieloną pławę i stawiamy foka. Opór na fale. Co
się stało, dlaczego nie idzie do góry? Brak pomysłów
przez chwilę, przecież wszystko wygląda ok. Jeszcze raz
spojrzenie na żagiel, coś się przyblokowało na sztagu.
Decyzja – idę na dziób. I idę na kolanach, trzymając się
mocno relingu. Żeby nie było – kamizelka asekuracyjna
obowiązkowo na grzbiecie, innej opcji nie może być.
Próba ściągnięcia żagla w dół, znowu opór, o co chodzi
do cholery? Okazuje się, że część żagla tak dziwnie się
zawinęła, że raksy tkwiły jedna przy drugiej jak
przyklejone. W tym czasie, jak odbijana piłka,
mimowolnie podskakuję do góry i opadam, i nic w dodatku
się nie dzieje z tym już przeklętym żaglem. Krzyczę, że
nic się nie da i że chyba musimy wracać na spokojniejszą
wodę. Na pomoc idzie Grzegorz, chce wstać i zza mnie
sięgnąć do żagla. Widząc to krzyczę: „Nie! Trzymaj
żagiel żeby nie szalał na tym wietrze!” Już widziałam
jak wstając po chwili wylatuje za burtę, a w takich
warunkach, aż strach pomyśleć, tym bardziej, że nigdy
nie ćwiczyliśmy podejmowania człowieka z wody. Trzeba
będzie! Jeszcze raz ciągnę żagiel w dół, udaje się.
Szlag by to… moje kolana…, to rzucanie po pokładzie nie
wyszło im na dobre. Nie przypuszczałam, że na przelot
Górki - Gdynia należy założyć ochraniacze.
Płyniemy, chlapie, rzuca od czasu do czasu na większej
fali (a były na oko dwumetrowe), ale fala jeszcze w
miarę regularna. Przed portem zwrot. Słoni na grocie i
silniku nas wyprzedza, idą bliżej pirsu, a kartoflisko
niezłe. Fala straciła jakiś porządek, teraz rządzi tu
przypadek i chaos. Płyniemy dalej, kolejne chlusty,
załogant już cały przemoczony. Współczucie w naszych
oczach. Dobry sztormiak to jednak podstawa. Przed
Sopotem fala maleje, wiatr się uspokaja. Szybka rada dla
Grzegorza, aby z domu żona przywiozła mu dodatkowe
ciuchy na zmianę. Niedoświadczenie dało się zauważyć,
ale tak bywa. Dobrze, że nas słucha. Dopływamy do Gdyni,
cumujemy do statku IM-u, krótka pogawędka z
pracownikiem. Wędrujemy do Gryfu, przed odprawą jeszcze
ciepły posiłek w pobliskim barze. A tu spotkanie i
pytanie Łukasza z Goodspeeda: Co to za zło, to w
Górkach?
Dobrze to nazwał. :-) Dało popalić i dało pojęcie co
będzie nas czekać jeśli prognoza się sprawdzi. Ale też
myśl, że może to zło, które miało nas czekać, to właśnie
to zło, które nas już spotkało? Czyli co? Coś się
przesunęło? Być może… to się okaże...
Przed odprawą jeszcze rezygnacje, mała i duża Johnka.
Rozumiemy, jaki jest powód. Próbujemy pożyczyć z klubu
jakiś, nawet stary, sztormiak dla załoganta, do tego
informacja, że jeśli się nie uda to Grzegorz nie płynie.
Jeśli nie płynie to my też nie. Na nas dwoje będzie za
ciężko. Spodnie znalezione. Dzięki uprzejmości kolegi z
Tauriego Czarodziejka popłynie. Dochodzą do nas
przecieki, że jeszcze kilka innych jachtów się wycofało.
No tak, nie widać kilku twarzy, które miały być. Na
odprawie, jak na odprawie, ale też nowy element. Na
ekranie telewizora wyświetlana prognoza pogody, mapa
akwenu, do tego wskazówki i bezwzględne zalecenia
sędziego. Ruszamy. W myślach: „będzie się działo…, ale
przecież Czarodziejka już coś takiego przetrwała, więc
po co się zastanawiać na zapas...”.
Po wypłynięciu na akwen, wizja sprawdzającej się
prognozy pogody nie pozwala na postawienie genuy (duża,
innej nie mamy, znowu będziemy w plecy). Trudno. Może to
„trudno” nie było przejawem waleczności, ale w tym
momencie było już za późno na zmiany. Start. Nie tak
zły, ale na pewno nie w tym miejscu, w którym
chcieliśmy. Robimy co możemy aby było dobrze. I jest.
Wchodzimy na rozprowadzającą w towarzystwie większych
jachtów. Za nami doskonale nam znany Pallas (sentyment
nadal jest). Spostrzeżenie, po dość długim czasie ;-)
Przecież mieliśmy zabrać załoganta Rastabana, hmmm. Co z
Rastabanem? W oddali widać żółty kadłub halsującej
łódki. To pewnie oni, spóźnią się. Czy zdążą
wystartować? W myślach pytanie: czy jeśli minie 15 minut
dane na wystartowanie to czy go przyjmą? Obawa, jak się
potem okazało, sprawdziła się. Po boi ciche przekonanie,
że jednak trzeba było postawić genuę. Płyniemy, ale
można by płynąć jeszcze szybciej. Przecież nie wieje
mocno. Za nami Pallas stawia białego spinakera. Płynie,
daje radę. Pytanie: może też postawimy czarnego? Wahamy
się, ale stawiamy. Kilka razy nas wywozi, ale płyniemy.
Płyniemy ale spadamy, tracimy wysokość. Pallas dogania.
Przez jakiś czas płynie lekko za nami obok, wyżej. W
końcu spada i płynie przez jakiś czas tuż za nami,
dokładnie w naszej linii, jakieś 10 m za rufą. Ładny
widok, ładnie skrojony i pracujący ten biały spinaker,
mimo swej świeżości to już po ciężkich przeżyciach...
Decyzja - zrzucamy. Fok do góry. Zrzucamy, bo spadamy za
mocno, trochę tracimy do tych, którzy płynęli na genuach
i fokach. Na nieszczęście przy ściąganiu spinakera do
kabiny wypina się bras. Moja wina. Powinnam pilnować aby
nie zahaczyć karabinkiem o zejściówkę. Biegnę na dziób,
wypinam bras ze spinakerbomu i ściągam czarnego.
Po chwili mam pomoc.
Udało się, dość sprawnie. Jednak strata pewna
jest.
Przy cyplu wyprzedza nas Pallas. Cichnie. Bujamy się dwa
węzły – słyszę siedząc w kabinie. Kapitan oddelegował,
więc trzeba było. :-)
Ściemnia się, Pallas coraz dalej. Widać jego białe,
mocne, ledowe światło. Rozpędzamy się, w końcu coś
zaczyna się dziać. Fala rośnie, jest już spora, ale
łagodna. Chyba podganiamy Pallasa, który jakby bliżej.
Widać coraz lepiej rufę. Nie chcąc iść za bardzo w morze
robimy zwrot. Pallas jeszcze płynie dalej. Po dłuższym
czasie robi zwrot i widzimy jego czerwone światło,
czasami przechodzące w białe. Wiatr się wzmaga.
Próbujemy na balaście znaleźć dogodne ułożenie. Takie
siedzenie bez ruchu sprawia, że robi się chłodno. Na
szczęście woda jest ciepła i nawet się cieszę gdy nas
oblewa. Oblewa nas coraz częściej. Siedzę na pierwszej
linii, w końcu mam lepszy sztormiak. Dobrze, że mamy
pianki pod tyłki, bo bez tego było by nieprzyjemnie,
zimno, i ciepła woda na nic by się zdawała. Marek! Chyba
w końcu musimy Ci je oddać? Zadomowiły się na dobre na
Czarodziejce. :-) Monotonność sprawia, że ucinam sobie
kilkunastominutową drzemkę, świadomą drzemkę. Trzymam
się rękoma za odbojnicę, przechylona przez reling.
Względna cisza i spokój. Rozwiewa się, deszcz zaczyna
padać, ale to już nie ma znaczenia skoro fala wlewa się
co jakiś czas przez kołnierz. W okolicy Kuźnicy, robi
się coraz ciekawiej. Rzucam nieśmiało: może ref? Tomek
wzrusza tylko ramionami, chyba jeszcze nie. Poczekajmy.
Dajemy radę. Przechył nie taki mocny w tym
najsilniejszym wietrze. Od razu pojawia się kolejne
wspomnienie, sprzed 5 lat gdy takie warunki
zastały nas na Pallasie. Zbliżamy się do Wła. Mijają nas
jachty już po minięciu pławy, mijają niebezpiecznie
blisko, sądząc z reakcji Tomka. Ja zgięta w pół i
balastująca, ochlapywana uderzającymi w burtę falami nie
widzę tego. Nie patrzę się na wprost póki co bo woda
chlusta prosto w twarz i dostaje się za kołnierz. Trwam
ze schyloną i odwróconą głową. To samo robi Grzegorz.
Pława Wła o dziwo dobrze dla nas widoczna. Nie mamy
większego problemu z jej znalezieniem, ładnie błyska na
tle latarni w Rozewiu. Zbliżamy się, mijamy ją, luzujemy
żagle i od razu przyjemniej. Zupełnie inna jazda. W
głowie przemyka myśl: dlaczego nie pada propozycja a
nawet komenda stawiamy spinakera? Rzucam pytanie: czy
warto postawić spinakera? Tomek odpowiada, że nie, nie
będziemy stawiać. Mamy dobrą prędkość i lepiej nie
ryzykować, w końcu mamy świeżaka na pokładzie i w razie
W byłoby ciężko. I to była dobra decyzja jak się potem
okazało. Płynęliśmy blisko brzegu w ślad jedynego
jachtu, którego widzieliśmy przy brzegu. Zobaczymy na
trakingu kto to był. Trochę zirytował nas widok bardzo
wyraźnej lampy topowej, zielonego światła jachtu,
którego nie mogliśmy zidentyfikować a który płynął po
naszej lewej burcie. Myśleliśmy, że to Pallas nas
dogonił, ale ta perspektywa wydawała się wątpliwa, bo
przecież jeszcze przed WŁA został gdzieś daleko za nami.
Z relacji Zbyszka wyszło, że to był Jaricho. Grzegorz
niedługo po minięciu WŁA położył się, cały przemoknięty.
Rozumiemy i nie zazdrościmy. Doskonale wiem jak to jest
bo kilka lat przepływałam w lichych ciuchach
zastępczych, zanim udało się dorobić porządnego
sztormiaka. I tak, ze śpiącym załogantem pod pokładem
dopłynęliśmy do mety, po drodze mijając statki na redzie
włącznie z Darem Młodzieży. O warunkach, jakie panowały
w tym czasie pisze już Tomek, więc tylko wspomnę, że od
WŁA były zmiany za sterem. Tomek zdołał trochę odpocząć.
Przed metą zameldowaliśmy, że się zbliżamy. Pamiętając
ubiegłoroczne nagłe zmaterializowanie się Pallasa zaraz
po naszym wejściu na metę, zapytałam się przyjmującego
nas Tomka S. czy Pallas był przed nami (taką możliwość
dopuściliśmy). Nie wszystkich meldujących dopłynięcie
słyszeliśmy przez UKF-kę. Tomek (sędzia) powiedział, że
Pallas jest na środku zatoki i ma jeszcze kawałek do
przepłynięcia. Nasze zdziwienie było spore, bo to przy
tym wietrze jaki wówczas panował to około 1 godzina
straty do nas. Rzuciłam, że pewnie postawił po WŁA
spinakera i mieli jakieś przeboje. Jak było już wiecie,
bo p. Jasiu został prawie bohaterem tegorocznych regat
GWG :-) Podjął ryzyko, wyszło jak wyszło. Po nas,
widzieliśmy, wpłynął Jaricho prawie łeb w łeb z Saint
Amour. Potem na radio słyszeliśmy meldującego się
Oriona, Andromedę – i tu nasze zdziwienie, bo
andromedowcy mieli plany zawinięcia do Helu i nie
ukończenia wyścigu – to przecieki jeszcze sprzed
odprawy. Widocznie ktoś podziałał na ambicję Zbyszka.
:-)
Podsumowując: ze względu na zestaw jaki dobraliśmy
troszkę było szkoda, że prognoza się nie sprawdziła.
Czarodziejka zdała kolejny egzamin, nowy załogant też.
Gdyby nie zmoczenie, może by dotrwał bez snu.
Czarodziejka nie śpi :-) bo za dużo się traci :-)
przecież są wrażenia i przeżycia, widoki, spostrzeżenia,
które nam szkoda przegapić!!! Pewnie jest ktoś, kto jest
w stanie nas zrozumieć. Liczę na to! Akurat ten dystans
daje takie możliwości.
Ewentualnie krótka drzemka…
Jeśli po przeczytaniu tej relacji ktoś stwierdzi, że
złagodziłam warunki, które panowały zwłaszcza za Helem,
to być może tak jest. Wynika to jednak z tego, że
pływanie bez wiatromierza powoduje pewne przyzwyczajenie
i wyciszenie emocji. Może to źle, ale na pewno nasza
czujność jeszcze nie została przez to stłumiona!
W niedzielę jak zwykle pyszne jedzenie w postaci
pierogów i przysmaków z grilla. Sympatyczne rozmowy.
Szkoda że zapomnieliśmy upominków z Łotwy dla naszych
pomagaczy w czasie urlopowego rejsowania - jednego
spóźnialskiego i drugiego nieobecnego bo zapracowanego.
Jeszcze nic straconego ;-)
Podtrzymuję zdanie, że regaty GWG są moimi ulubionymi
regatami.
Na koniec zdjęcia, które zrobił Cezary Spigarski i
które zostały skopiowane ze strony Oficyny Morskiej.
