Po MP był wymuszony wolny weekend. A
potem przyszedł czas na zwyczajne u nas regaty.
Zwyczajne, czyli znane, czyli powtarzające się co roku od
lat.
Puchar Korsarza nie jest taki całkiem zwyczajny. To dość długi
wyścig po zatoce. Tak się ułożyło, że płynęliśmy tylko we
dwoje. Długi wyścig oznacza mniej manewrów niż w wyścigu
up-down, więc o tyle łatwiej. Jadąc rano do Górek
widzieliśmy, że wieje. No do licha, znów silny wiatr? Czy
w końcu nie może się trafić jakaś przyjemna pogoda? Chyba
nie, tylko za jakie grzechy? Wychodzę w morze niechętnie,
chyba widać zmęczenie tym latem. Szybko się uzbrajamy
(trzeba rozłożyć szoty, brasy, obciągacze brasów,
spinakerbom do masztu, klar w bagażach) i ruszamy. Ale
sztakslem jest duży fok, bo i wieje i w mordę.
W wejściu widać już białe grzywki na falach. Na szczęście
wieje od lądu, fala mała (to niezupełnie prawda, ale
gorzej będzie później). Wiatr od lądu bardzo kręci,
zwłaszcza przy Porcie Północnym. Ale w końcu co to dla
nas. Tyle że trochę jednak trzeba się ubrać, bo bryzgi
dolatują do kokpitu. W sumie nie jest źle. Spokojnie
zdążamy na start, choć trzeba do Brzeźna się dohalsować. I
czekamy. Start jest spóźniony, ale to z powodu
spóźnionych, porannych zgłoszeń jachtów, które się
obudziły i dopiero wtedy się zgłaszały.
Dużo można mieć zastrzeżeń do komisji regatowych, ale
żeglarze też przeginają. Czy naprawdę tak trudno jest się
zgłosić wcześniej, choćby mailowo lub telefonicznie?
Wiatr jest niestały, cichnie i rośnie, kręci. Sprawdzam
najpierw jakie kurs będzie na znak po boi
rozprowadzającej. Spinaker lewego halsu. Ale że dalej
wieje, na pokładzie zostaje duży fok.
Start wychodzi korzystny koło pinu i tak próbuję
wystartować. To się udaje, ale start wychodzi trochę
spóźniony, przez zamieszanie na linii, między Falconem i
Błagodarnoscia, a przed Hadarem. Ale nie jest źle, strona
halsówki też dobra. Niedaleko rozprowadzającej spotykamy się
z Busy Lizzy i Małą Johnką. W tym momencie wiatr odkręca o
kilkanaście stopni i będąc na lewym halsie, muszę oba te
jachty puścić. W sumie i tak jest dobrze, ale zawsze
szkoda. Pława, zwrot, odpadamy. Czas na spinaker. Wcześniej
został już przygotowany mniejszy, czarny. I dobrze. Ostry
baksztag, szkwali, płyniemy prawie po torze wodnym, z
przeciwka wchodzi statek, przed nim dwa holowniki. Nie są
to wymarzone warunki do płynięcia. Wozi nas kilka razy,
nie bardzo można odpadać (bo statek), fok spinakerowi
przeszkadza, ale nie mam pewności, czy tak ujedziemy, i
nie bardzo kto ma iść na dziób. W końcu statek nas mija (Busy
Lizzy odważnie szedł bliżej statku, po torze). Zrzucamy
foka, od razu spinaker lepiej pracuje. I ruszamy na poważnie.
Emocjonujące 8 mil, tylko ile tych emocji można mieć? Log
na długie chwile dochodzi do 8 węzłów. Ale spinaker nie
pracuje dobrze. Dobieramy trochę fał, ustawiamy prawą
brasołapkę, luzujemy achtersztag, luzujemy fał grota.
Pozostaje drobiazg - unieruchomienie spinakerbomu. I tutaj
lipa, bo obciągacz dochodzi do masztu. Żeby przełożyć go
na bloczek bliżej dziobu i tak definitywnie unieruchomić,
zwyczajnie brakuje nam rąk. Albo bloczka z otwieranym
policzkiem, żeby nie trzeba było obciągacza wywlekać z kip
i bloczków i knagi.
Ewidentny brak w wyposażeniu. I nauczka, że to należy
robić wcześniej, na długich wyścigach, gdy mocno wieje. To
jest właśnie brak w przygotowaniu jachtu do pełnej i
poprawnej obsługi spinakera.
Już po wyścigu pomyślałem sobie, że właśnie tutaj mogliśmy
stracić najwięcej. Oczywiście mniej niż straciły jachty,
które w ogóle spinakera nie postawiły, albo postawiły, ale
miały trudności z jego prowadzeniem.
Zbliża się nasz cel, pława GN. Wiatr jednak zelżał i
pojawia się natarczywe pytanie: zmienić foka na duża genuę
czy nie? Co mówią prognozy? Chrzanić prognozy! Zmieniamy.
Znaczy najpierw Asia idzie na dziób i szybko zdejmuje foka
i wrzuca do kabiny. Potem wędruje z genuą na dziób, wpina
ją. Wiatr wyostrza, pława coraz bliżej. Stawiamy genuę,
zrzucamy spinakera, może ciut za wcześnie. Kolejne
natarczywe pytanie: refować się czy nie? Zakładamy
pierwszy ref, ledwo się z tym wyrabiając.
Co widać z tyłu? Kilka spinakerów, ale nie dogoniły nas
ani trochę, wręcz przeciwnie. Przed nami daleko Duży ptak,
blisko Little Johnka, Słoni, Hadar.
Zaczyna się halsówka do pławy GD, prawie pięć mil orania
pod falę o okresie 2 sekund. Tłucze, zatrzymuje. Na prawym
halsie jest lepiej, fala jest bardziej z boku i płyniemy
wyraźnie szybciej.
Wiatr powoli słabnie, można, wręcz należy(!), zdjąć ref na
grocie. Poluzować outhaul, lekko poluzować achtersztag
(mamy napinacz). Ta halsówka idzie nam naprawdę dobrze.
Johnka nam nie ucieka, Busy Lizzy też chyba nie. Z tyłu
Vataha nie może nas dogonić, a mniejsze jachty wyraźnie
zostały z tyłu.
Podchodzimy już do GD i mamy powtórkę z rozprowadzającej -
wiatr odkręca o około 20 stopni w prawo i możemy się...
Wraca, gdy jesteśmy na wysokości GD. Szlag, co straciliśmy
to nasze...
Żużel do N7. Tutaj niewiele można wymyślić - trzeba gnać,
pilnować tylko ustawienia żagli, na spinaker nie ma szans.
Wiatr powoli znów rośnie. Potem się dowiedziałem, że ci za
nami mieli pod GD szkwały 22-26 węzłów. U nas prędkość
słuszna, nie schodzi poniżej 6 węzłów.
Trochę zamieszania było z następnym znakiem zwrotnym. Była
to pława wystawiona trochę na zachód od N7. Nie od razu
zorientowaliśmy się gdzie naprawdę jest, ale straciliśmy
tam stosunkowo niewiele. W każdym razie niektóre jachty
nadłożyły więcej drogi. Krótka halsówka na metę i koniec.
Wiatr oczywiście szkwalił i kręcił jak cholera, ale taki
to był właśnie dzień.
Zaraz po mecie kurs do domu. Ostry baksztag, kręcący, szkwalisty.
Spinakera nie stawiamy, za to powoli sprzątamy liny i
robimy klar. Potem ja, korzystając z deseczki do krojenia
jako talerza, jedynego noża kuchennego, jednej łyżeczki,
ale wystarczającej liczby kubków, robię kanapki i herbatę.
Braki w wyposażeniu kuchennym to oczywiście wina porządków
przed MP. Zostało to wyposażenie w bagażniku drugiego
samochodu. Ale herbata była i to podniosło morale.
W sumie morale nie było złe, ale jednak załogo była
zmęczona, bo wyścig, choć długi, wymagał naprawdę sporego
wysiłku, a pod spinakerem wręcz była to walka.
Sprawdziłem z ciekawości, okazało się, że pierwsze miejsce
przegraliśmy o niecałe 2 minuty czasu rzeczywistego.
Na koniec zdjęcia, które zrobił Cezary Spigarski i które
skopiowałem ze strony Oficyny Morskiej. Artykułu już (rok 2025) oczywiście nie ma.


Wyniki w klasie ORC