Świat się kończy! W piątek, 11
sierpnia, zaczęliśmy dwutygodniowy urlop. Na ten urlop
mamy płynąć na północny-wschód, czyli do Zatoki Ryskiej.
Czasu mało, więc warto ruszyć od razu, może już w piątek
wieczorem? Ale załoga mnie zaskoczyła, bo stwierdziła, że
może jednak warto wystartować w „Dakronie”? Czyli w
regatach przy okazji Zlotu Dacron'70. Moja pierwsza
odpowiedź: „mało casu kruca bomba”, mieliśmy ruszać
wcześnie i zwiedzać. Turystycznie. Ale zostałem
spacyfikowany. Ok, jedziemy w piątek zrobić na jachcie
kilka rzeczy, coś zawieźć, no i zgłosić się do regat.
Noc z piątku na sobotę zostanie na Pomorzu na dłużej w
pamięci, bo była nawałnica i burza. W AKM-ie stojący na
brzegu mały katamaran zaczął odlatywać i uszkodził jeden
samochód. Został przywiązany porządnie do kotw w ziemi.
Poza tym jachty na wodzie bardzo się przechylały, a ktoś
ręcznym wiatromierzem zmierzył prędkość wiatru - 60
węzłów. Przez te problemy część załóg nie dotarła w sobotę
rano na swoje jachty, w tym i nasz załogant, Grzegorz. Ale
taka nawałnica to siła wyższa, mówi się trudno.
Samego wyścigu już nie będę opisywał, warto tylko
wspomnieć, że wygraliśmy. Po raz pierwszy w tym sezonie.
A potem, w końcu, turystyka. W poniedziałek o godzinie
13:20 rzuciliśmy cumy w AKM-ie, a po 43,5 godzinie
zacumowaliśmy w Windawie. Jak widać, lubimy szybko pływać,
choć warunki sprzyjały średnio. Do wieczora halsowaliśmy
się przez Zatokę i dalej. Potem wiatr w końcu odkręcił,
ale zelżał. Pełnym bajdewindem do półwiatru płynęliśmy
całą noc z prędkością 3-4 węzłów, dopiero rano przywiało
mocniej i ruszyliśmy szybciej. Piękny dzień, słońce,
sterował autopilot, więc można było czytać i jeść (na
zmianę). To taki zupełnie jak dla nas wyjątkowy dzień.

Hundka to dobre miejsce do spania.

Cisza, spokój, nawet „samotny biały żagiel” udało się
spotkać.

Wszystko gra?

Takie warunki zdarzają się naprawdę rzadko - relaks
zupełny.
Druga noc już „normalna”. Przywiało i o północy
zmieniliśmy genuę na foka, a rano nawet wzięliśmy jeden
ref. Wtedy też się okazało, że na zbełtanej, baksztagowej
fali autopilot steruje lepiej niż zasypiający co chwila
sternik.

Wieje już mocniej, na logu 6 węzłów.

Tyle razy widziane, a zawsze ładne - zachód słońca gdzieś
tam...

Nasz cel - wejście do Ventspils, koniec przelotu.
Wchodzimy rano, trochę odsypiamy i ruszamy w miasto.
Miasto wiele osób zna, ale może nie wszystko? Poniżej
galeria zdjęciowa ze zwiedzania.
Galeria zdjęciowa z Windawy
(Ventspils).
Z Windawy przepłynęliśmy do portu Roja i tutaj zostaliśmy
kilka dni.
Droga była już taka dla nas typowa. Po wyjściu z Ventspils
połówka, ale za to z deszczem. Deszcz, rzekomo przelotny,
padał ze 3 godziny. Weszliśmy w cieśninę i tam się nam
poprawiło. Bo najpierw padać przestało, potem wyszło lekko
słoneczko, potem nawet można było spinakera postawić.

Jacht na spokojnych wodach cieśniny.

Wiatr coraz słabszy.

Pogoda, oczywiście, niepewna.

Rejsowa nawigacja, prawie klasyczna.

Spokojnie pod spinakerem.

Pierwszy spotkany okręt wojenny.
Pewnym problemem były powtarzane co jakiś czas ostrzeżenia
przed wiatrem 14-17 m/s. Ale dla jakiego obszaru i na
kiedy, nie udało nam się dowiedzieć. Pomocny kolega
(dzięki!) z domu podał nam informację, że żadnego sztormu
nie ma być w naszym rejonie. Ale wiatr siadał, zbliżał się
wieczór, po okrążeniu cypla Kolka zostało nam 18 mil.
Połówka, ale bardzo zmienna co do siły.

Zachód słońca nad Cyplem Kolka.
W końcu silnik trochę popracował i o godzinie 23 weszliśmy
do awanportu. Mocno na czuja, bo bez planu portu (nie
pytajcie!). W środku, widząc trawiasty brzeg tuż przed
dziobem, pale w wodzie i gwałtownie malejącą głębokość,
wycofaliśmy się.
Czekanie na świt było stresujące: kompletna cisza,
ostrzeżenie o sztormie dla Rygi, burze nad lądem. A my
czekamy, aż się rozjaśni, dryfując bez żagli. Potem z
bardzo sztormowym zestawem.

Zestaw bardzo sztormowy, czyli fok sztormowy i trzy refy
na grocie.
Jeszcze później zaczęło wiać, trochę padać, burze przeszły
a my weszliśmy do portu o godzinie 6. I poszliśmy spać.
Jednym słowem normalna, urlopowa, „lekka” żegluga. Chyba
regaty są mniej stresujące ;)
Za to Roja... To mały porcik, mała miejscowość, ale
miejsce „klimatyczne”.
Galeria zdjęciowa z Roja.
Druga część relacji.